Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama POLONEZ
czwartek, 11 czerwca 2026 18:35
Reklama KD Market
Nowy front wojny prezydenta Trumpa z imigrantami

Coraz trudniej pracować legalnie w USA

Administracja prezydenta Donalda Trumpa otwiera kolejny rozdział zaostrzonej polityki imigracyjnej. Tym razem nie chodzi o spektakularne naloty policji ICE, deportacje pokazywane w telewizji ani o kolejne działania na granicy z Meksykiem. Chodzi o coś mniej widowiskowego, lecz dla setek tysięcy ludzi równie dotkliwego: prawo do legalnej pracy.
Coraz trudniej pracować legalnie w USA

Autor: Adobe Stock

Departament Bezpieczeństwa Krajowego (DHS) zaproponował nowe rozporządzenie dotyczące zezwoleń na zatrudnienie, czyli Employment Authorization Documents (EAD). W praktyce dokument ten dla wielu imigrantów jest przepustką do normalnego życia: pozwala pracować, wynająć mieszkanie, utrzymać rodzinę, płacić podatki, kupić samochód, budować historię kredytową i funkcjonować bez ciągłego strachu, że każda kontrola pracodawcy zakończy się katastrofą.

Nowe przepisy mają ograniczyć dostęp do takich zezwoleń osobom objętym różnymi formami tymczasowej ochrony. Chodzi m.in. o osoby wpuszczone do USA w ramach humanitarnego parole, część osób z nakazami deportacji, które z różnych powodów nie mogą zostać usunięte z kraju, a także — przynajmniej w części przepisów — beneficjentów Deferred Action for Childhood Arrivals (DACA), czyli tych, którzy dotarli do USA nielegalnie jako dzieci lub osoby nieletnie.

Dokładna nazwa projektu rozporządzenia to: Clarification of Discretionary Employment Authorization for Certain Aliens, czyli w luźnym tłumaczeniu „Doprecyzowanie zasad uznaniowego zezwolenia na zatrudnienie dla określonych cudzoziemców”. Formalnie jest to Notice of Proposed Rulemaking — czyli zawiadomienie o projektowanym rozporządzeniu — opublikowane przez U.S. Citizenship and Immigration Services (USCIS) w Federal Register z 5 czerwca 2026 r. 

Administracja przedstawia projekt jako porządkowanie systemu i dalszą ochronę amerykańskich pracowników. Krytycy widzą w nim jednak świadomą próbę wypchnięcia imigrantów z legalnego rynku pracy, a następnie oskarżania ich o pracę „na czarno”.

E-Verify jako nowa brama

Jednym z najważniejszych elementów projektu jest powiązanie odnowienia pozwolenia na pracę z zatrudnieniem u pracodawcy korzystającego z systemu E-Verify. To elektroniczny mechanizm sprawdzania uprawnień do pracy w USA. Dla administracji jest to narzędzie kontroli i uszczelnienia rynku. Dla wielu imigrantów — kolejna bariera.

Problem polega na tym, że E-Verify nie jest powszechnie używany przez wszystkich pracodawców. W wielu branżach, zwłaszcza w gastronomii, budownictwie, usługach, opiece, hotelarstwie czy rolnictwie, część firm może nie chcieć wchodzić w dodatkowe procedury. Efekt będzie prosty: zamiast dostosowywać się do nowych wymogów, niektórzy pracodawcy po prostu przestaną zatrudniać osoby, których status wymaga dodatkowego sprawdzania.

To właśnie tutaj projekt uderza w imigrantów, którzy mogą już wieść uporządkowane życie — mieć rodziny, dzieci w szkołach, wynajęte mieszkania, kredyty na samochód i stałą pracę. Jeśli jednak jego pracodawca nie uczestniczy w E-Verify, odnowienie dokumentu może stać się problemem. Utrata pozwolenia na pracę nie jest wtedy abstrakcyjną decyzją urzędową. To utrata legalnych zarobków, stabilności, ubezpieczeń zdrowotnych, a w ostateczności także dachu nad głową.

Warunek konieczności ekonomicznej

Projekt zakłada również, że część cudzoziemców będzie musiała wykazać „ekonomiczną konieczność” pracy. Brzmi to technicznie, ale w praktyce oznacza, że sam fakt legalnego pobytu w USA w ramach określonego w projekcie rozporządzenia statusu nie będzie już wystarczał. Trzeba będzie jeszcze przekonać urzędnika, że praca jest rzeczywiście potrzebna.

Dla administracji to sposób na przywrócenie uznaniowości. Zezwolenie na pracę ma nie być automatycznym dodatkiem do tymczasowej ochrony, lecz przywilejem zależnym od oceny państwa. Dla przeciwników projektu to zaproszenie do arbitralności i biurokratycznego paraliżu. Im więcej uznaniowości, tym większa niepewność. A w systemie imigracyjnym, który już dziś cierpi na opóźnienia, każda dodatkowa procedura oznacza miesiące życia w zawieszeniu.

Szczególnie kontrowersyjne są przepisy dotyczące osób, które były zatrzymane, oskarżone lub skazane za określone czyny. Administracja argumentuje, że państwo nie powinno ułatwiać zatrudnienia osobom mogącym stanowić zagrożenie. Krytycy odpowiadają, że projekt idzie za daleko, bo samo aresztowanie lub zarzut nie jest jeszcze wyrokiem w systemie prawnym, w którym jako zasada fundamentalną obowiązuje domniemanie niewinności. W polityce imigracyjnej coraz częściej ustępuje ono jednak logice podejrzenia.

Gospodarka też zapłaci 

Największym paradoksem propozycji jest to, że uderza ona nie tylko w imigrantów, lecz także w pracodawców. Sam DHS przyznaje, że nowe przepisy mogą zmniejszyć liczbę osób uprawnionych do legalnej pracy, zwiększyć koszty rotacji pracowników i przynieść spadek wpływów podatkowych. To ważne, bo debata imigracyjna w USA często toczy się tak, jakby imigranci istnieli poza gospodarką. W rzeczywistości są jej integralną częścią.

Chicago, Nowy Jork, Los Angeles czy wiele miast Florydy i Teksasu funkcjonuje dzięki pracy ludzi o niepewnym lub tymczasowym statusie. Płacą oni podatki, kupują towary, wynajmują mieszkania, obsługują restauracje, budują domy, sprzątają hotele, opiekują się dziećmi i seniorami. Jeśli państwo odbierze im możliwość legalnej pracy, nie sprawi, że nagle znikną. Sprawi raczej, że część z nich zostanie wypchnięta do szarej strefy.

To z kolei osłabi pozycję zarówno imigrantów, jak i amerykańskich pracowników. Pracownik pozbawiony legalnego statusu zatrudnienia jest bardziej podatny na wyzysk, gorzej wynagradzany i mniej skłonny do zgłaszania nadużyć. Taka polityka nie musi więc chronić rynku pracy. 

Polityka odstraszania

Nowy projekt rozporządzenia wpisuje się w szerszą strategię administracji Trumpa: ograniczać nie tylko nielegalną imigrację, lecz także legalne i półlegalne ścieżki przetrwania w USA. Przekaz polityczny jest prosty: jeśli nie można wszystkich szybko deportować, można uczynić ich życie tak trudnym, by sami wyjechali albo zrezygnowali z walki o status.

Zwolennicy takiego podejścia powiedzą, że państwo ma prawo decydować, kto pracuje na jego terytorium, i że system imigracyjny nie może nagradzać obchodzenia prawa. To argument, którego nie da się zbyć wzruszeniem ramion. Problem zaczyna się jednak, gdy procedury stają się narzędziem presji. Ameryka przez dekady przyciągała ludzi nie tylko obietnicą wolności, ale także prostą zasadą: jeśli pracujesz, utrzymujesz rodzinę i nie łamiesz prawa, masz szansę budować lepsze życie. Nowy projekt osłabia właśnie tę zasadę. 

Między siłą a chaosem

Najbardziej niepokojące w tej propozycji nie jest nawet samo zaostrzenie kryteriów, ale filozofia, która za nim stoi. Administracja zdaje się mówić: imigrant w niepewnym statusie może w pierwszej kolejności stanowić zagrożenie bezpieczeństwa, zanim potwierdzi, że jest człowiekiem pracującym, płacącym podatki i wychowującym dzieci.

Tyle że państwo naprawdę silne nie musi spychać ludzi do podziemia, by pokazać stanowczość. Silne państwo potrafi odróżnić przestępcę od pracownika, zagrożenie od rodziny, nadużycie od desperacji. Jeśli tego nie robi, produkuje chaos, który później przedstawia jako dowód, że potrzebuje jeszcze większej władzy.

Nowe rozporządzenie może więc stać się czymś więcej niż techniczną zmianą w przepisach o pozwoleniach na pracę. Może być testem tego, czy amerykańska polityka imigracyjna nadal widzi w pracy drogę do integracji, czy już tylko kolejne pole walki administracyjnej. Dla imigrantów stawką jest pensja i stabilność. Dla Ameryki — pytanie, czy nadal potrafi odróżnić porządek od zwykłego wypychania ludzi w cień.

Jolanta Telega
[email protected]

 

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama