Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama POLONEZ
piątek, 19 czerwca 2026 13:15
Reklama KD Market

Prowokatorka z teatru

Sięga po Mickiewicza, Wyspiańskiego czy Szekspira, kanonu polskiej i światowej literatury. Przepisuje ich dzieła na język współczesnych problemów, nie bojąc się przy tym drastycznych ingerencji w tekst. Na swoim koncie ma wiele prestiżowych nagród krajowych i międzynarodowych. Nie oznacza to jednak, że wszyscy się z nią zgadzają. Wręcz przeciwnie. Maja Kleczewska od lat budzi emocje większe niż niejeden polityczny manifest.
Prowokatorka z teatru
Maja Kleczewska, Teatr Powszechny

Autor: Rafał Komorowski/Wikipedia//MateuszWęgrzynWarszawa/Wikipedia

Jedni widzą w niej bezkompromisową artystkę, która z chirurgiczną precyzją rozcina społeczne tabu. Inni – prowokatorkę, która przekracza granice dobrego smaku i wykorzystuje skandal jako narzędzi promocji swoich spektakli. Ale to właśnie dlatego od ponad dwóch dekad Kleczewska pozostaje jedną z najważniejszych i najbardziej niepokojących nazwisk w świecie kultury. 

Lekarka duszy

Ze strzępków jej zwierzeń można wysnuć, że reżyserka zawsze miała potrzebę robienia wszystkiego po swojemu. W wywiadzie dla magazynu „Zwierciadło” powiedziała: „Urodziłam się w latach 70. Rodzice uważali, że dziewczynki muszą się miło uśmiechać, być dobrze wychowane, nosić spódniczki, potem chodzić na obcasach i wyjść za mąż. Była niekończąca się lista zasad do spełnienia”. Ona jednak wolała „wyrwać się spod pręgierza oczekiwań”. To doprowadziło ją do marzeń o medycynie. 

W liceum była w klasie biologiczno-chemicznej. Jednak pod koniec nauki zrozumiała, że nie ma do tego talentu. „Nie byłam orłem z biologii ani z chemii. Żeby być dobrym lekarzem, trzeba mieć piątki i szóstki. Tu chodzi o ludzkie życie, nie ma żartów” – wyznała dziennikarce „Twojego stylu”. 

Postanowiła więc, że zostanie lekarzem duszy i poszła na psychologię. Ale i tu – po trzech latach – doszła do wniosku, że bycie terapeutką to zawód smutny i samotny. Owszem, psychologia wciąż ją interesowała, ale nie w formie praktycznej. Nie wiedziała, co robić, więc… poszła na egzaminy do szkoły teatralnej. „To nie była poważna decyzja, żaden głęboki namysł, raczej żart” – zdradziła we wspomnianym wywiadzie. Kiedy się dostała, skwitowała to stwierdzeniem: „To są te niewytłumaczalne zbiegi okoliczności. Poszłam za tym i się zachwyciłam. To był cud – znalazłam swoje miejsce”.

Bolesny upadek

Najpierw studiowała trzy lata w warszawskiej Akademii Teatralnej, a kolejne trzy – w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowie. Jeszcze w trakcie studiów została asystentką Krzysztofa Warlikowskiego przy realizacji spektaklu „Elektra” Sofoklesa w stołecznym Teatrze Dramatycznym, a w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie współpracowała z Krystianem Lupą. W tym też mieście w 2000 roku zadebiutowała spektaklem „Jordan” Anny Reynolds i Moiry Buffini. 

Jej zawodowe początki nie były jednak takie różowe. W 2002 roku po krakowskiej premierze spektaklu „Noże w kurach” Davida Harrowera dostała od lokalnej „Gazety Wyborczej” tytuł „Żenada Roku”. Załamała się. Stwierdziła, że musi skończyć z teatrem i zmienić zawód. Wyjechała do Turcji i została pilotem wycieczek. Po jakimś czasie zadzwonił do niej dobry kolega ze szkoły teatralnej, Piotr Kruszczyński, który właśnie objął posadę dyrektora Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu i zaproponował jej pracę. Początkowo nie chciała się zgodzić. Stwierdziła, że skończyła z teatrem, a Wałbrzych jest przecież gdzieś na końcu świata. Ale przyjechała. 

Teatr odbudowany

Na początku była przerażona. Budynek był w takim stanie, że trudno to opisać: farba odchodziła ze ścian, wszędzie był grzyb, a fotele na widowni trzeszczały. „To się nie uda” – powiedziała Kruszczyńskiemu. Ale następnego dnia przyjechał fotograf Mariusz Stachowiak, serdeczny przyjaciel dyrektora. Rozejrzał się po okolicy i krzyknął: „Co za wspaniałe miasto! Jestem zachwycony!”. Początkowo popatrzyli na niego jak na wariata, ale jego entuzjazm powoli zaczął się im udzielać. Wiedzieli, że Szekspir im widowni nie zapełni, więc postanowili wystawi

„Lot nad kukułczym gniazdem” Dale’a Wassermana. Przecież dzięki filmowi z Jackiem Nicholsonem ten tytuł każdy kojarzy.

Wszystko ruszyło z kopyta. Wśród mieszkańców miasta ogłosili casting na statystów. Myśleli, że przyjdą trzy osoby, przyszło 50. Promowali spektakl, jeżdżąc miejskimi autobusami w szpitalnych piżamach. Spektakl zachwycił i przyniósł reżyserce Nagrodę Publiczności na VII Ogólnopolskim Festiwalu Sztuki Reżyserskiej „Interpretacje” w Katowicach. Rok później Kleczewska zrealizowała równie głośny tytuł „Czyż nie dobija się koni?” Horace’a McCoya. Wtedy zaczęły się do niej odzywać inne teatry z mniejszych miast: Opola, Kalisza czy Jeleniej Góry. Aż wreszcie artystka dojrzała, by wrócić do Krakowa. 

W 2005 w Narodowym Starym Teatrze wyreżyserowała „Sen nocy letniej” Szekspira i wszystko nagle przyspieszyło. Kleczewska przestała być jedynie „obiecującą reżyserką młodego pokolenia”, a stała się nazwiskiem, o którym mówiło się z mieszaniną zachwytu i lęku. Krytycy byli podzieleni, widzowie oburzeni albo zachwyceni, ale jedno było jasne: narodziła się nowa gwiazda polskiej reżyserii. 

Zjawisko kulturowe

W jej teatrze klasyka przestawała być pomnikiem. „Makbet”, „Woyzeck” czy późniejsza „Fedra” stawały się opowieściami o społeczeństwie żyjącym na granicy psychicznego rozpadu. Szczególnie „Fedra” z Danutą Stenką była momentem przełomowym: kobiece pożądanie po raz pierwszy pokazano w polskim teatrze tak bezwstydnie, dziko i fizycznie. Potem przyszły spektakle, które budowały jej legendę i wywoływały kolejne skandale. „Zbombardowani” w Starym Teatrze byli jak policzek wymierzony mieszczańskiej wrażliwości. W „Babel”, „Zmierzchu bogów” czy „Podróży zimowej” rozbierała Europę z jej pozorów stabilności, pokazując świat ludzi samotnych, uzależnionych od traum i emocjonalnych katastrof. 

W połowie lat 2010 Kleczewska była już nie tylko reżyserką, ale zjawiskiem kulturowym. „Dybuk” w Teatrze Żydowskim stał się jednym z najgłośniejszych spektakli dekady. Za „Dybuka” otrzymała kolejny Laur Konrada. Później przyszły spektakle jeszcze bardziej osobiste i radykalne: „Pod presją”, „Malowany ptak” czy „Wściekłość”. Kleczewska coraz częściej opowiadała o kobiecej furii, depresji, przemocy psychicznej i społecznej hipokryzji. Jej teatr stawał się jednocześnie intymny i polityczny, jakby prywatne załamania bohaterów były odbiciem rozpadającego się świata. 

Konflikty i rany

W ostatnich latach weszła także do głównego nurtu publicznej debaty. Jej „Dziady” w krakowskim Teatrze Słowackiego wywołały polityczną burzę i oskarżenia o antyrządowy manifest. Sama Kleczewska stała się symbolem artystki bezkompromisowej, która nie oddziela teatru od rzeczywistości i nie boi się konfliktu. Obejmując dyrekcję Teatru Powszechnego w Warszawie i wchodząc do instytucjonalnego centrum polskiego teatru, nadal pozostała outsiderką, artystką, która zamiast dawać ukojenie, woli rozdrapywać rany. 

Jej sposób pracy nie wszystkim jednak odpowiada. W 2021 roku w mediach głośno było o konflikcie reżyserki z jej wieloletnim współpracownikiem, aktorem Ryszardem Węgrzynem, który oskarżył ją o stosowanie przemocy psychicznej. Na swoim profilu na Facebooku opisał traumatyczne doświadczenia, które wyniósł z okresu pracy nad sztuką „Czyż nie dobija się koni?”, którą współtworzył z Kleczewską w 2003 roku w Wałbrzychu. Węgrzyn wspomniał, że już od początku prób „poziom agresji ze strony reżyserki wzrastał”. Aktor wyznał, że czuł się wtedy zastraszony i zmanipulowany na wielu poziomach. Twierdził nawet, że wiedza psychologiczna reżyserki miała sprawić, iż doskonale wiedziała, jak się nad nim pastwić. Sprawa zakończyła się jednak publicznym pojednaniem i wybaczeniem po latach.

Wierna sobie

W Wałbrzychu Kleczewska nie tylko odzyskała wiarę w swój reżyserski talent po tym, jak chciała odejść z zawodu, ale też poznała swojego męża, Piotra Kondrata, aktora. Para doczekała się dwóch synów, choć małżeństwo nie przetrwało. 

Artystka nie lubi wprost mówić o sobie. Zapytana jednak przez dziennikarza o to, która z bohaterek jest jej najbliższa, odpowiada, że Mabel Longhetti, matka i żona z „Pod presją”, spektaklu inspirowanego filmem Johna Cassavetesa. „Nierozumiana kobieta. Krucha czy silna? Wrażliwa czy szalona? Łatwo jest wpaść pod gilotynę osądu, doświadczyć ostracyzmu, zostać wykluczonym, zaszufladkowanym. Czy o Mabel można powiedzieć, że jest szalona, bo przekracza coś, co nazywamy normą? Jako artystka całe życie przekraczam normy, pracuję w nienormalnych godzinach, w nienormalnych emocjach, nienormalnych sytuacjach. Kocham to, bo to moje życie. Moja wrażliwość może być też postrzegana jako nienormalna. Nie pasuję do rzeczywistości albo tego, jak ją sobie społeczeństwo wyobraża” – wyznała szczerze Kleczewska. Bo dla niej wierność sobie ma największą wartość. 

Małgorzata Matuszewska


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama