Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama POLONEZ
piątek, 19 czerwca 2026 13:15
Reklama KD Market

Jaskinia bez powrotu

24 listopada 2009 roku, dwa dni przed Świętem Dziękczynienia, grupa młodych ludzi wybrała się do jaskini Nutty Putty w stanie Utah. Nie była to dla nich żadna nowość – wychowali się w tamtej okolicy i od czasów nastoletnich regularnie eksplorowali wąskie podziemne przesmyki oraz niewielkie jaskinie regionu. Jednak wyprawa, która zaczęła się jak wiele innych, w ciągu kilku godzin zamieniła się w dramatyczną walkę o życie.
Jaskinia bez powrotu

Autor: Chat GPT/AI

Nutty Putty Cave, położona około 90 kilometrów na południe od Salt Lake City, od lat przyciągała miłośników podziemnej eksploracji. Słynęła z wyjątkowo ciasnych przejść, błotnistych tuneli i klaustrofobicznych szczelin, stanowiących ekscytujące wyzwanie dla amatorów speleologii. Nazwa jaskini pochodziła od miękkiego, gliniastego błota przypominającego konsystencją dziecięcą masę plastyczną typu „nutty putty”, pokrywającego jej dno. Choć wcześniej dochodziło tam do drobnych wypadków i sytuacji wymagających interwencji ratowników, miejsce nie uchodziło za szczególnie niebezpieczne.

Tragiczny błąd

Jednym z uczestników wyprawy był 26-letni John Jones – student medycyny, który wraz z żoną Emily i maleńką córeczką przyjechał z Wirginii do rodzinnego Utah, by spędzić z bliskimi Święto Dziękczynienia. Dla Johna wyjazd oznaczał również okazję do powrotu do jednej z dawnych pasji. Wraz z bratem Joshem od lat uwielbiał eksplorować jaskinie, a Nutty Putty Cave była miejscem, które odwiedzali już wcześniej wielokrotnie. W tamtej okolicy podobne wyprawy stanowiły niemal część lokalnej tradycji – były sposobem na wspólne spędzanie czasu i dostarczenie sobie odrobiny adrenaliny.

Po wejściu do środka grupa rozdzieliła się. John i Josh postanowili odnaleźć słynny korytarz określany mianem „Birth Canal”. Był to wyjątkowo wąski przesmyk, dobrze znany miłośnikom ekstremalnej speleologii i uchodzący za jedno z najbardziej wymagających miejsc w jaskini. Bracia chcieli sprawdzić, czy uda im się go pokonać. Nie przypuszczali, że właśnie tam dojdzie do pomyłki, która przesądzi o wszystkim.

Przez pewien czas pokonywali podziemne korytarze bez większych problemów. Oznaczało to wprawdzie długie czołganie się po błotnistym dnie, ale zupełnie im to nie przeszkadzało. Obaj uwielbiali takie przygody. W którymś momencie, w ciemności panującej w gęstej sieci podziemnych tuneli, John pomylił jednak drogę. Zamiast do „Birth Canal” wczołgał się do wąskiej szczeliny znajdującej się niedaleko poszukiwanego przejścia.

Początkowo nic nie wzbudziło jego niepokoju. Tunel był ciasny, ale z wcześniejszych wypraw pamiętał, że podobne przejścia często po pewnym czasie się rozszerzały, dlatego powoli przesuwał się naprzód. Z każdym kolejnym metrem przestrzeń robiła się jednak coraz węższa. W pewnym momencie musiał wypuścić całe powietrze z płuc i maksymalnie wciągnąć klatkę piersiową oraz brzuch, by przecisnąć się dalej. Nagle szczelina zaczęła gwałtownie opadać. John osunął się i zaklinował pomiędzy ścianami. Utknął głową w dół pod kątem około 70 stopni, w miejscu tak ciasnym, że nie był w stanie się poruszyć. Znajdował się około 30 metrów pod ziemią, w tunelu, którego szerokość miejscami nie przekraczała kilkudziesięciu centymetrów.

Początkowo próbował wydostać się sam, jednak każdy ruch przynosił odwrotny skutek – zamiast się uwolnić, osuwał się coraz głębiej. W końcu zaczął wołać brata. Josh natychmiast ruszył mu na pomoc. Chwycił Johna za nogi i próbował wyciągnąć go z pułapki, lecz szybko stało się jasne, że sam nie da rady. Po kolejnych bezskutecznych próbach musiał zostawić brata w szczelinie i wyjść na powierzchnię, by wezwać pomoc.

 

Akcja ratunkowa

Na miejsce natychmiast skierowano ratowników specjalizujących się w akcjach jaskiniowych. Sytuacja od początku wyglądała wyjątkowo poważnie. Problemem nie było wyłącznie samo zaklinowanie, lecz również pozycja, w której znajdował się John. Długotrwałe przebywanie głową w dół stanowi ogromne obciążenie dla organizmu. Serce musi wtedy pracować znacznie ciężej, by utrzymać prawidłowe krążenie krwi. Wzrasta też ciśnienie w głowie, a oddychanie staje się coraz trudniejsze.

Każda kolejna godzina zmniejszała szanse Johna na przeżycie, dlatego ratownicy niezwłocznie przystąpili do działania. Początkowo pojedynczo schodzili na dół i próbowali ciągnąć go za nogi. Szybko jednak zrozumieli, że nic to nie da. Po przeanalizowaniu sytuacji uznano, że jedyną realną szansą będzie wyciągnięcie go przy pomocy systemu bloczków, lin i punktów kotwiczących wywierconych w skale. Członkowie zespołu ratowniczego pojedynczo i z ogromnym trudem transportowali na miejsce akcji potrzebny sprzęt. Zanim udało się w końcu złożyć prowizoryczny system dźwigni, John tkwił w pułapce już od 19 godzin.

Początkowo wydawało się, że akcja ratunkowa zakończy się sukcesem – udało się przesunąć go nieco ku górze. Wtedy jednak zawiódł jeden z elementów systemu mocowania. Skała przy punkcie kotwiczącym nie wytrzymała naprężenia i cały mechanizm puścił, przez co John osunął się z powrotem głębiej w szczelinę. Co więcej, bloczek uderzył w twarz jednego z ratowników, Ryana Shurtza, z taką siłą, że stracił przytomność. Koledzy musieli przerwać akcję, by pomóc mu wydostać się na powierzchnię.

 

Dramatyczna walka z czasem

Przez kolejne osiem godzin trwała desperacka walka o uratowanie Johna, choć z każdą minutą szanse malały. Ratownicy próbowali wszystkiego, co mogło dać choć cień nadziei. Jeden z nich, Brandon Kowallis, wspominał później, że przez długi czas wiercono nowe punkty mocowania i testowano lżejszy sprzęt, którym łatwiej byłoby manewrować w skrajnie ciasnej przestrzeni. Niestety, nic nie przynosiło rezultatu.

Rozważano nawet złamanie obu nóg Johna, ponieważ ich pozycja dodatkowo blokowała ciało w szczelinie. Przez chwilę zastanawiano się również nad wykopaniem równoległego tunelu i próbą wydobycia go inną drogą. Szybko jednak stało się jasne, że zajęłoby to zbyt wiele czasu, którego już nie miał. Jego stan z minuty na minutę dramatycznie się pogarszał.

Coraz wyraźniej było widać, że sytuacja staje się niemal beznadziejna. John od dłuższego czasu pozostawał nieprzytomny i nie mógł współpracować z osobami próbującymi go uwolnić. Bez jego aktywnej pomocy wydobycie go z pułapki graniczyło z cudem. Nawet gdyby udało się zmienić jego pozycję, pozostawał jeszcze najtrudniejszy etap – przeciśnięcie go przez wyjątkowo wąskie odcinki korytarza. Sam Brandon, mimo bardzo drobnej budowy ciała, miał ogromny problem z poruszaniem się w tym miejscu. Jeden z członków ekipy, Dave Shurtz, w pewnym momencie również utknął w ciasnym przesmyku i potrzebował pomocy kolegi, by się uwolnić. W takich warunkach wydostanie nieprzytomnego, bezwładnego człowieka ważącego ponad 90 kilogramów było praktycznie niemożliwe.

Brandon pozostał przy Johnie do samego końca. Na prośbę obecnego na miejscu lekarza co jakiś czas sprawdzał jego parametry życiowe. Czuł, jak John słabnie – puls stawał się coraz słabszy, a oddech coraz płytszy i cichszy. W pewnym momencie Brandon wsunął rękę między skałę a jego klatkę piersiową, próbując wyczuć choćby najdrobniejszy ruch świadczący o tym, że nadal oddycha. Nie poczuł nic. Ciało pozostawało jeszcze ciepłe w miejscach przyciśniętych do skały, jednak pozostałe partie stawały się coraz chłodniejsze. John nie żył.

Po tragedii władze stanęły przed niezwykle trudną decyzją – co zrobić z jego ciałem. Ostatecznie uznano, że kolejna akcja w tak niebezpiecznych warunkach mogłaby doprowadzić do następnych ofiar. Zapadła więc decyzja o trwałym zamknięciu Nutty Putty Cave. Wejście do jaskini zabezpieczono betonem, a miejsce, w którym zginął John, pozostało jego ostatnim miejscem spoczynku.

Maggie Sawicka


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama