Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama POLONEZ
Reklama KD Market

Amerykańscy obcy / America’s Aliens

Amerykańscy obcy / America’s Aliens

Autor: Adobe Stock

Kiedy w 1951 roku staliśmy na pokładzie transportowca „General Taylor”, patrząc na szary port w Nowym Jorku, moi rodzice nie widzieli w Statui Wolności symbolu łatwo spełniających się obietnic. Dla Jana i Tekli Guzlowskich – którzy przeżyli nazistowskie obozy pracy przymusowej w Niemczech, Buchenwald oraz cierpienia w powojennych obozach dla uchodźców – Ameryka była czystą kartą, ale taką, która stawiała niewyobrażalny opór przy próbie obrócenia.

Byliśmy DP – Displaced Persons, czyli osobami przesiedlonymi. Na szkolnych boiskach i w zaułkach wokół Humboldt Park w Chicago amerykańskie dzieci wyjaśniły nam, co naprawdę oznacza skrót DP. Wypluwały go w naszą stronę. Głupie Polaczki, brudne świnie, brudne Polaczki (ang. Dumb Polacks. Dirty Pigs. Dirty Polacks). Byliśmy obcymi. Dziwnymi stworzeniami z miejsc, których Amerykanie nie potrafili znaleźć na mapie i o których nie chcieli nic wiedzieć. 

W tamtych czasach nikogo nie obchodziła nasza trauma. Ameryka nie wiedziała, co z nią zrobić. Nie było psychologów, programów pomocy dla przesiedleńców ani kursów przygotowujących do życia w nowym kraju. Mojemu ojcu, który po zakończeniu wojny ważył zaledwie 75 funtów (około 34 kilogramów), wręczono łopatę i kazano iść do pracy. I nie był jedyny. Moja matka, moja pięcioletnia siostra i ja – trzyletni chłopiec – również pomagaliśmy spłacić koszt naszej podróży, pracując na farmach w północnej części stanu Nowy Jork, zanim dotarliśmy do Chicago. Dzielnica, w której w końcu się osiedliśmy, była krajobrazem niewypowiedzianego bólu. Wchodziłeś do sklepu z narzędziami przy Division Street, a sprzedawca pomagający ci dobrać gwoździe miał na nadgarstku wytatuowany numer z Auschwitz. Spotykałeś dawnych polskich oficerów kawalerii, którzy wciąż opłakiwali swoje poległe konie, albo kobiety, które pieszo przeszły z Syberii do Iranu, by uciec przed Sowietami. 

Nikt nie chciał słuchać o „tym obozowym gównie”, jak zwykła mówić moja matka. Ameryka chciała zapomnieć o wojnie i chciała, żebyśmy my również o niej zapomnieli. Chciano, abyśmy stali się anonimowymi Amerykanami, zmyli obcy akcent z naszych poranionych języków. 

Dzisiaj, kiedy patrzę na uchodźców przybywających do Ameryki – uciekających przed zniszczeniami wojny w Syrii, wojną w Ukrainie, konfliktami politycznymi w Afganistanie i Sudanie czy chaosem na Haiti i w Ameryce Środkowej – widzę, że wszystko się zmieniło, a jednocześnie nie zmieniło się nic. 

Tym, co jest dziś inne, jest świat, do którego trafiają. Współcześni uchodźcy wchodzą do pewnego systemu. Pomimo decyzji prezydenta Trumpa o zawieszeniu Programu Przyjmowania Uchodźców do Stanów Zjednoczonych (USRAP), wciąż istnieją agencje rządowe, organizacje pozarządowe, kursy językowe i pracownicy socjalni, którzy starają się pomóc uchodźcom odnaleźć się w skomplikowanej rzeczywistości amerykańskiego życia. 

Tym, co się nie zmieniło, jest okrucieństwo ulicy. 

Dzisiejsi uchodźcy napotykają dokładnie ten sam mur podejrzliwości, z którym moi rodzice zetknęli się w 1951 roku. Ludzie patrzą na nich w sklepach spożywczych i życzą, żeby wrócili tam, skąd przybyli. Politycy nadal wykorzystują ich jako straszak na wyborców, przedstawiając ich jako ciężar lub zagrożenie, tak samo jak dawni zwolennicy natywizmu patrzyli na zrujnowanych i pozbawionych grosza Polaków z Europy i widzieli w nich jedynie „nędzne odpadki”. 

Kiedy widzę dziś nowo przybyłą rodzinę imigrantów, ściskającą plastikowe torby z całym swoim dobytkiem i rozglądającą się wokół z tym nieruchomym, przerażonym spojrzeniem, serce mi się ściska. Znam to spojrzenie. To dokładnie to samo spojrzenie, jakie miała moja matka. 

Musimy pamiętać, że uchodźcy nie opuszczają swoich domów dlatego, że tego chcą. Opuszczają, ponieważ ziemia pod ich stopami zamieniła się w ogień. Niezależnie od tego, czy było to siedemdziesiąt pięć lat temu, czy zaledwie wczoraj, historia uchodźcy pozostaje historią ostatecznej walki o przetrwanie. Przebijają się przez chaos historii, aby dotrzeć tutaj. Minimum, które możemy zrobić jako społeczność, która pamięta ból słowa „DP”, to wyciągnąć do nich rękę zamiast zaciskać pięść. 

 



America’s Aliens

When we stood on the deck of the troop ship General Taylor in 1951, looking out at the gray harbor of New York, my parents didn’t see the Statue of Liberty as a symbol of easy promises. For Jan and Tekla Guzlowski—who had survived the slave labor camps of Nazi Germany, Buchenwald, and the suffering of the postwar refugee camps—America was a blank page, but one that felt impossibly heavy to turn.

We were DPs: Displaced Persons. In the schoolyards and alleys around Humboldt Park in Chicago, the American kids told us what DP really meant. They spit it at us. Dumb Polacks. Dirty Pigs. Dirty Polacks. We were aliens. Strange creatures from places Americans couldn’t find on a map and didn’t want to know about.

Back then, nobody gave a damn about our trauma. America didn’t know what to do about it. There were no counselors, no resettlement grants, no cultural orientations. My father, who weighed 75 pounds when the war ended, was handed a shovel and told to get to work, and he wasn’t the only one. My mother, my five-year old sister, and I – a three-year old – all helped to pay off our passage by laboring on farms in upstate New York before we ever made it to Chicago. The Chicago neighborhood we finally settled in was a landscape of unspoken grief. You would walk into a hardware store on Division Street, and the clerk helping you with nails had an Auschwitz tattoo on his wrist. You’d meet old Polish cavalry officers who still wept for their dead horses, or women who had walked all the way from Siberia to Iran just to escape the Soviets. 

Nobody wanted to hear about “that camp shit,” as my mother used to call it. America wanted to forget the war, and they wanted us to forget it, too. They wanted us to become anonymous Americans, to scrub the accent from our tattered tongues.

Now, when I look at the refugees arriving in America today—whether they are fleeing the wreckage of Syria, the war in Ukraine, the political conflict in Afghanistan and Sudan, or the chaos in Haiti and Central America—I see that everything has changed, and yet nothing has changed at all.

What is different now is the world they enter. Today’s refugees enter a system. Despite Trump’s decision to suspend the U.S. Refugee Admissions Program (USRAP), there are still some government agencies, non-governmental organizations, language classes, and case workers trying to help the refugees navigate the maze of American life. 

But what hasn’t changed is the cruelty of the street.

Today’s refugees face the exact same wall of suspicion that my parents faced in 1951. People look at these recent refugees in the grocery stores and wish they would go back to where they came from. Politicians still use them as props to scare voters, painting them as a burden or a threat, just as the old nativists looked at the broken, penniless Poles of Europe and saw nothing but “wretched refuse.”

When I see a new immigrant family arriving today, clutching their plastic bags of belongings, looking around with that terrified stillness in their eyes, my heart aches for them. I know that look. It’s the same look my mother had.

We must remember that refugees do not leave their homes because they want to; they leave because the earth beneath their feet has turned into fire. Whether it was seventy-five years ago or just yesterday, the story of the refugee remains a story of ultimate survival. They have broken through the chaos of history to get here. The least we can do, as a community that remembers the sting of the word “DP,” is to offer these refugees a hand instead of a fist.

[email protected]

John Guzlowski

amerykański pisarz i poeta polskiego pochodzenia. Publikował w wielu pismach literackich, zarówno w USA, jak i za granicą, m.in. w „Writer’s Almanac”, „Akcent”, „Ontario Review” i „North American Review”. Jego wiersze i eseje opisujące przeżycia jego rodziców – robotników przymusowych w nazistowskich Niemczech oraz uchodźców wojennych, którzy emigrowali do Chicago – ukazały się we wspomnieniowym tomie pt. „Echoes of Tattered Tongues”. W 2017 roku książka ta zdobyła nagrodę poetycką im. Benjamina Franklina oraz nagrodę literacką Erica Hoffera za najbardziej prowokującą do myślenia książkę roku. Jest również autorem serii powieści kryminalnych o Hanku i Marvinie, których akcja toczy się w Chicago oraz powieści wojennej pt. „Retreat— A Love Story”. John Guzlowski jest emerytowanym profesorem Eastern Illinois University.
-
John Guzlowski's writing has been featured in Garrison Keillor’s Writer’s Almanac, Akcent, Ontario Review, North American Review, and other journals here and abroad. His poems and personal essays about his Polish parents’ experiences as slave laborers in Nazi Germany and refugees in Chicago appear in his memoir Echoes of Tattered Tongues. Echoes received the 2017 Benjamin Franklin Poetry Award and the Eric Hoffer Foundation's Montaigne Award for most thought-provoking book of the year. He is also the author of two Hank Purcell mysteries and the war novel Road of Bones. Guzlowski is a Professor Emeritus at Eastern Illinois University.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama