Koniec kadencji, najważniejsze orzeczenia
Termin wydania orzeczenia nie był przypadkowy. Kadencja Sądu Najwyższego zaczyna się ustawowo w pierwszy poniedziałek października, a posiedzenia zwykle trwają do końca czerwca lub początku lipca. Właśnie wtedy publikowane są często najtrudniejsze i najbardziej wrażliwe politycznie orzeczenia, wymagające długich negocjacji między sędziami, pisania opinii większości, zdań odrębnych i przeciwstawnych uzasadnień.
Na rozstrzygnięcie w sprawie birthright citizenship czekano z wyjątkową niecierpliwością z kilku powodów. Po pierwsze, chodziło o jedno z najbardziej symbolicznych rozporządzeń wykonawczych Donalda Trumpa, podpisane już pierwszego dnia jego drugiej kadencji. Po drugie, sprawa dotyczyła samego znaczenia i interpretacji 14. poprawki do Konstytucji USA. Po trzecie, w razie zwycięstwa administracji stawką byłby status prawny setek tysięcy dzieci rocznie oraz konieczność udowadniania obywatelstwa przez miliony rodzin. Reuters przypominał, że eksperci szacowali możliwy wpływ rozporządzenia nawet na 250 tys. dzieci urodzonych rocznie w USA.
Sąd Najwyższy zatrzymał Trumpa
Rozporządzenie wykonawcze Trumpa nakazywało agencjom federalnym, aby nie uznawały za obywateli USA dzieci urodzonych w Stanach, jeśli żadne z rodziców nie jest obywatelem amerykańskim ani posiadaczem zielonej karty. Dotyczyło to zarówno rodziców przebywających w USA bez statusu, jak i osób legalnie obecnych czasowo – na przykład studentów, pracowników czasowych czy części osób oczekujących na uregulowanie pobytu.
Wynik był dla Trumpa jednoznacznie niekorzystny: 6:3. Prezes Sądu John Roberts napisał opinię większości, do której dołączyły trzy liberalne sędzie – Sonia Sotomayor, Elena Kagan i Ketanji Brown Jackson oraz konserwatywna Amy Coney Barrett. Brett Kavanaugh zgodził się z rezultatem, czyli z zablokowaniem rozporządzenia wykonawczego, ale nie z samym uzasadnieniem. Clarence Thomas, Samuel Alito i Neil Gorsuch opowiedzieli się po stronie administracji. Podsumowując: oficjalny zapis sprawy wskazuje, że Roberts ogłosił opinię Sądu, Kavanaugh złożył opinię częściowo zgodną co do wyniku, a częściowo odrębną, natomiast Thomas, Alito i Gorsuch złożyli zdania odrębne.
Dlaczego konserwatyści powiedzieli „nie”
To nie był bunt przeciw Trumpowi, lecz raczej konserwatywna obrona granic władzy wykonawczej i dotychczasowego interpretowania Konstytucji. Roberts i Barrett uznali, że administracja próbuje dopisać do 14. poprawki kryteria, których w niej nie ma. Poprawka mówi, że osoby urodzone lub naturalizowane w USA i podlegające jurysdykcji Stanów Zjednoczonych są obywatelami USA. Od końca XIX wieku, zwłaszcza od precedensu United States v. Wong Kim Ark z 1898 roku, rozumiano to jako szeroką zasadę terytorialną, z bardzo wąskimi wyjątkami: dziećmi dyplomatów i dziećmi członków obcych sił okupacyjnych. Roberts wskazał, że nie ma wystarczających podstaw, aby odstąpić od takiej interpretacji.
Kavanaugh przyjął bardziej dwuznaczną postawę. Jego zdaniem rozporządzenie wykonawcze naruszało ustawę federalną, która kodyfikuje obywatelstwo z urodzenia, ale niekoniecznie samą 14. poprawkę. W praktyce powiedział więc: prezydent nie może zrobić tego sam, ale Kongres mógłby próbować ustawowo doprecyzować wyjątki. To ważna furtka polityczna. Dla większości sędziów prawo do obywatelstwa z urodzenia ma jednak charakter konstytucyjny. Jeśli ta interpretacja się utrzyma, zwykła ustawa nie wystarczy, a realna zmiana wymagałaby poprawki do Konstytucji – procedury niemal niemożliwej politycznie.
Co orzeczenie oznacza dla imigrantów
Najprostszy skutek jest taki: dzieci urodzone w Stanach Zjednoczonych nadal są obywatelami USA, także wtedy, gdy ich rodzice nie mają uregulowanego statusu albo przebywają w kraju czasowo. To ogromna ulga dla rodzin imigranckich, szpitali, urzędów stanowych i organizacji pomocowych. Orzeczenie zamyka drogę do natychmiastowego odbierania obywatelstwa noworodkom na podstawie statusu rodziców.
Nie oznacza jednak końca presji administracyjnej. Organizacje imigracyjne przyjęły wyrok z ulgą, ale zarazem ostrzegły, że administracja może używać innych narzędzi: spowalniać procedury, wszczynać sprawy denaturalizacyjne, czy ograniczać DACA albo szukać innych form dokuczenia imigrantom.
Czy Polakom w USA coś groziło?
Tak, choć nie chodziło o „starszą” Polonię z obywatelstwem USA albo zieloną kartą. W przypadku wejścia w życie rozporządzenia Trumpa najbardziej narażone byłyby dzieci Polaków przebywających w Stanach czasowo: na wizach pracowniczych, studenckich, naukowych, turystycznych, w programach wymiany albo w okresie oczekiwania na stały pobyt. Gdyby żadne z rodziców nie było obywatelem USA ani posiadaczem zielonej karty, dziecko urodzone w USA mogłoby według rozporządzenia wykonawczego nie zostać uznane za obywatela amerykańskiego.
Po wyroku bezpośrednie ryzyko zniknęło. Polskie rodziny w USA nie muszą obawiać się, że samo czasowe pochodzenie statusu rodziców pozbawi dziecko obywatelstwa z urodzenia. Pozostaje jednak szerszy problem: administracja może zaostrzać procedury wizowe, pobytowe i naturalizacyjne, co dotyczy również obywateli państw sojuszniczych, jeśli znajdują się w amerykańskim systemie imigracyjnym.
Pierwsze reakcje: ulga i wściekłość
Reakcje były natychmiastowe. Organizacje broniące praw imigrantów ogłosiły triumf Konstytucji i dzieci urodzonych w USA. Demokraci przedstawiali wyrok jako obronę jednego z fundamentów amerykańskiej tożsamości. Po stronie republikańskiej dominowało rozczarowanie. Przewodniczący Izby Reprezentantów Mike Johnson mówił o „nadużywaniu” obywatelstwa z urodzenia i zapowiadał, że Kongres będzie musiał się tym zająć. Stephen Miller, jeden z głównych architektów polityki imigracyjnej Trumpa, nazwał orzeczenie jednym z najbardziej destrukcyjnych w historii Sądu.
Sam prezydent Donald Trump przekonywał, że aby podważyć birthright citizenship nie potrzeba długiej procedury zmiany Konstytucji, ale sprawę może rozstrzygnąć Kongres na szczeblu ustawy. To politycznie nośne, ale niepewne prawnie. Większościowa wykładnia sędziego Robertsa oznacza, że obywatelstwo z urodzenia wynika wprost z 14. poprawki, każda ustawa ograniczająca tę zasadę natychmiast trafiłaby do sądu.
TPS: druga decyzja, dużo gorsza dla imigrantów
Dzień wcześniej Sąd Najwyższy wydał jednak orzeczenie korzystne dla administracji. W sprawie Mullin v. Doe pozwolił na wygaszanie Temporary Protected Status, czyli TPS, wobec obywateli Haiti i Syrii. TPS to tymczasowa ochrona dla osób, których kraje są uznane za niebezpieczne z powodu wojny, katastrofy naturalnej, przemocy lub załamania państwa. Daje ochronę przed deportacją i prawo do pracy, ale nie prowadzi automatycznie do zielonej karty ani obywatelstwa. Sąd przypomniał, że Kongres stworzył TPS w 1990 roku jako program krótkoterminowej pomocy humanitarnej, choć w praktyce niektóre z nich trwały przez dekady.
W sprawie Haiti i Syrii większość sędziów uznała, że ustawa w dużej mierze ogranicza kontrolę sądową nad decyzją sekretarza bezpieczeństwa krajowego o zakończeniu TPS. Sędzia Samuel Alito pisał, że sądy nie powinny blokować tych decyzji na podstawie zwykłych zarzutów proceduralnych. Elena Kagan, wspierana przez Sotomayor i Jackson, ostrzegała w zdaniu odrębnym, że takie podejście zostawia ludzi, którzy od lat legalnie pracują i żyją w USA, na łasce polityków.
Kto traci grunt pod nogami
Bezpośrednio zagrożeni są Haitańczycy i Syryjczycy. Według doniesień medialnych chodzi o ponad 350 tys. osób z Haiti i kilka tysięcy z Syrii. Ale znaczenie orzeczenia jest szersze. Skoro Sąd Najwyższy ograniczył możliwość blokowania decyzji o zakończeniu TPS, administracja zyskała mocny argument wobec kolejnych grup. NPR informowało, że administracja zakończyła już TPS dla 10 krajów, a wciąż aktywne oznaczenia dla Libanu, Salwadoru, Sudanu i Ukrainy mają wygasać jeszcze w tym roku.
Dla wielu Amerykanów I słowo „tymczasowy” w nazwie programu brzmi dziś jak urzędniczy żart. Część beneficjentów TPS mieszka w USA od kilkunastu albo ponad dwudziestu lat, płaci podatki, wychowuje dzieci będące obywatelami USA i pracuje w sektorach, które od dawna korzystają z ich obecności. Konserwatyści odpowiadają, że właśnie w tym tkwi problem: program miał być tymczasowy, a stał się tylnym wejściem do długoterminowego pobytu w USA. Obie strony mówią więc o nadużyciach, ale widzą je gdzie indziej. Dla prawicy nadużyciem jest długoterminowość TPS. Dla obrońców imigrantów – fakt, że państwo pozwoliło ludziom zapuścić korzenie, po czym jednym podpisem może ich z tej ziemi wyrwać.
Dwie Ameryki w jednym tygodniu
Te dwa orzeczenia pokazują ambiwalencję obecnego Sądu Najwyższego. W sprawie obywatelstwa z urodzenia konserwatywny Sąd nie pozwolił prezydentowi przekreślić litery 14. poprawki rozporządzeniem wykonawczym. W sprawie TPS ten sam Sąd dał administracji szeroką swobodę w odbieraniu ochrony ludziom, którzy przez lata żyli w USA legalnie.
Dla imigrantów nie był to tydzień prostego zwycięstwa. Była to raczej lekcja z amerykańskiego prawa: Konstytucja wciąż potrafi być murem, o który rozbija się polityczna ofensywa. Ale tam, gdzie ochrona zależy jedynie od ustawy, decyzji sekretarza — czyli odpowiednika polskiego ministra — albo dobrej woli administracji, ten mur może szybko okazać się tylko parawanem. Dzieci urodzone w USA zachowały obywatelstwo. Wielu ich rodziców i sąsiadów nadal jednak nie wie, czy za kilka miesięcy będzie miało prawo do pracy, domu i życia, które przez lata budowali zgodnie z regułami. Amerykański porządek prawny ocalił jednych, ale innym przypomniał, jak łatwo legalność może stać się stanem przejściowym.
Jolanta Telega
[email protected]

