Parlament Europejski zrobił właśnie coś, czego jeszcze niedawno trudno było się spodziewać: w rezolucji poświęconej przede wszystkim europejskiej przyszłości Ukrainy skrytykował decyzję Wołodymyra Zełenskiego o uhonorowaniu ukraińskiej jednostki wojskowej nazwą odwołującą się do „Bohaterów UPA”.
Nie był to akt wymierzony w Ukrainę. Ta sama rezolucja chwaliła ukraińskie reformy i popierała dalszą integrację z Unią. Została przyjęta większością 460 głosów. Ale jednocześnie europosłowie uznali, że gloryfikowanie UPA szkodzi dobrosąsiedzkim stosunkom i wcześniejszym wysiłkom na rzecz pojednania.
Dla Polski to ważne. Po raz pierwszy spór, który często przedstawiano za granicą jako lokalną kłótnię dwóch przewrażliwionych narodów, został potraktowany jako problem europejski. I słusznie. Unia Europejska nie może wymagać od państw kandydackich rozliczenia komunizmu, faszyzmu, antysemityzmu czy zbrodni wojennych, a jednocześnie uznawać, że problem UPA jest wyłącznie polską obsesją.
Polska racja nie sprowadza się przecież do wygrania sporu o jedno słowo — nawet tak ważne jak „ludobójstwo”. Jest bardziej elementarna i, powiedziałbym, humanitarna. Zamordowani przedstawiciele narodu mają prawo do imienia i grobu. Ich rodziny mają prawo wiedzieć, gdzie leżą bliscy. Dzieci, kobiety i starcy, zamordowani tylko dlatego, że byli Polakami, nie mogą po osiemdziesięciu latach być odsuwani w niepamięć, ustępując potrzebie budowania wygodnego mitu narodowego. Domaganie się ekshumacji, godnych pochówków i rezygnacji z państwowego honorowania formacji odpowiedzialnej za masowe zbrodnie nie jest próbą upokorzenia Ukrainy. Jest elementarnym obowiązkiem wobec ofiar.
Ale prawdą jest też coś, czego w Polsce nie zawsze chcemy słuchać. Ukraina prowadzi wojnę o przetrwanie, a UPA w części ukraińskiej pamięci funkcjonuje nie przede wszystkim jako formacja odpowiedzialna za zbrodnie na Polakach, lecz jako symbol walki z obcą dominacją. Zachodnie media właśnie w ten sposób opisują źródło konfliktu: jako zderzenie dwóch pamięci narodowych, które przez lata udawało się omijać, aż nagle zostały wystawione naprzeciw siebie. „Le Monde” zwracał uwagę, że po odebraniu Zełenskiemu Orderu Orła Białego ukraińska klasa polityczna niemal odruchowo zwarła szeregi wokół prezydenta. Reuters nazwał sytuację najpoważniejszym kryzysem w relacjach obu państw od rozpoczęcia rosyjskiej inwazji w 2022 roku.
I dlatego znaczenie ma nawet krótka rozmowa Karola Nawrockiego z Wołodymyrem Zełenskim przy okazji szczytu NATO w Ankarze. Był to pierwszy publicznie odnotowany kontakt obu prezydentów od awantury o order Orła Białego. Nie był to wielki przełom ani uroczyste pojednanie. I może właśnie dlatego może okazać się ważny. Nawrocki podtrzymał sprzeciw wobec gloryfikacji UPA, ale jednocześnie uznał, że spór nie może wykluczać dialogu, ponieważ Polska i Ukraina mają wspólnego przeciwnika — Rosję. Po tygodniach oddawania orderów i podnoszenia głosu wreszcie ktoś zaczął rozmawiać.
Może zresztą lekcji trzeba szukać nie tylko w Brukseli czy Ankarze, lecz także w Chicago.
Tu relacje polsko-ukraińskie nie są abstrakcją. To sąsiednie dzielnice, parafie, organizacje, rodziny imigrantów i wyborcy tych samych kongresmenów. Po rosyjskiej inwazji Polonia chicagowska realnie wspierała Ukraińców. Polish National Alliance i Polish American Congress zebrały ponad 230 tysięcy dolarów, dzieląc pomoc między Ukrainian Congress Committee of America i Polski Czerwony Krzyż. Jeszcze we wrześniu 2025 roku ówczesny lider Kongresu Polonii Amerykańskiej Frank Spula uczestniczył w Ukrainian Cultural Center w Chicago w rozmowach z senatorem Dickiem Durbinem i przedstawicielami UCCA o pomocy dla Ukrainy.
A jednak w maju tego roku Kongres Polonii Amerykańskiej stanowczo potępił decyzję Zełenskiego o nazwaniu jednostki imieniem „Bohaterów UPA”. Zrobił przy tym coś, czego zabrakło wielu politykom po obu stronach granicy: równocześnie potwierdził „niezmienne wsparcie” dla narodu ukraińskiego walczącego z rosyjską agresją.
W tym jednym stanowisku zawiera się chyba rozsądniejszy program dla relacji polsko-ukraińskich niż w całej „dyplomacji orderowej” ostatnich tygodni. Można pomagać Ukrainie i krytykować jej politykę historyczną. Można uważać Rosję za wspólne zagrożenie i domagać się prawdy o Wołyniu. Można wspierać ukraińskich uchodźców i odrzucać kult UPA. Jedno nie unieważnia drugiego.
Polska nie powinna rezygnować z prawdy w imię sojuszu. Ukraina nie powinna uznawać polskiej pamięci za przeszkodę w budowaniu własnej tożsamości. Oba kraje powinny natomiast zrozumieć, że polityka pamięci jest najniebezpieczniejsza wtedy, gdy przestaje służyć zmarłym, a zaczyna służyć wyłącznie żyjącym politykom.
Rezolucja Parlamentu Europejskiego postawiła granicę. Rozmowa Nawrockiego z Zełenskim uchyliła drzwi. Teraz nadchodzi czas nie demonstracyjnego oddawania orderów, ale ekshumacji, komisji historyków, wspólnych modlitw i zwykłych rozmów. Być może także takich jak te w Chicago — przy jednym stole, bez udawania, że nie ma między nami różnic.
Bo pojednanie nie wymaga amnezji. Wymaga czegoś znacznie trudniejszego: pamięci, która nie odbiera zdolności do podania ręki.


