Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama POLONEZ

Polacy na Dzikim Zachodzie

Osadnictwo Polaków w Stanach Zjednoczonych ma ponad czterystuletnią historię. Obchodząc kolejne rocznice uzyskania przez Amerykę niepodległości, warto pamiętać o pionierach, którzy przecierali szlaki dla dzisiejszej Polonii. Ich losy bywały niezwykle barwne, a niekiedy wręcz sensacyjne.
Polacy na Dzikim Zachodzie
Polska rodzina pani Bissie pracująca na farmie w okolicy Baltimore w 1909, zdjęcie ręcznie kolorowane

Autor: Wikipedia

Pierwsi przybysze z ziem polskich dotarli do Ameryki już w 1608 roku na pokładzie statku „Mary and Margaret”, a więc dwanaście lat przed słynnymi Pielgrzymami, którzy przypłynęli „Mayflowerem” dopiero w 1620 roku. Jedenaście lat później, w 1619 roku, zapisali się w historii jako organizatorzy pierwszego na kontynencie amerykańskim strajku. Zaprotestowali przeciwko dyskryminacji ze strony gubernatora Wirginii, który prawo głosu w wyborach do nowo utworzonego Zgromadzenia Ogólnego przyznał wyłącznie kolonistom pochodzenia angielskiego. Strajk zakończył się sukcesem i uzyskali prawa wyborcze. Wydaje się jednak, że angielscy koloniści długo nie potrafili im tego wybaczyć. Polskie notowania w Ameryce poprawili później Tadeusz Kościuszko i Kazimierz Pułaski, lecz ich wpływ na historię Stanów Zjednoczonych to osobna opowieść. Znacznie mniej znana, a równie fascynująca, jest historia Polaków, którzy pomagali podbijać Dziki Zachód.

 

Ze Śląska do Teksasu

Jeśli ktoś wybierze się dziś na prawdziwego teksańskiego grilla, istnieje spora szansa, że na ruszcie znajdzie się wyrób firmy Kiolbassa Smoked Meats. Choć przedsiębiorstwo powstało dopiero w 1949 roku, jego nazwa nie jest przypadkowa. Nawiązuje do Stanisława Kiołbassy, posła reprezentującego Gliwice w pruskim parlamencie podczas Wiosny Ludów w 1848 roku.

Kiołbassa był Polakiem, choć w parlamencie występował jako przedstawiciel Śląska. Ponieważ po niemiecku mówił bardzo słabo, jego przemówienia pozostawały w dużej mierze niezrozumiane dla słuchaczy. Nie miał więc większego wpływu na politykę. Ostatecznie, za namową franciszkanina ks. Leopolda Moczygemby, wraz z grupą sąsiadów ze Świbia i Płuźnicy Wielkiej postanowił porzucić Europę i wyruszyć do krainy obfitości – Stanów Zjednoczonych.

W poniedziałek 3 grudnia 1854 roku do portu w Galveston wpłynęły dwa statki pasażerskie: „Weser” oraz „Ammerland”. Na ich pokładach znajdowało się 482 pasażerów, w tym około stu polskich rodzin prowadzonych przez ks. Leopolda Moczygembę.

Trzydziestoletni franciszkanin pochodził z Płuźnicy Wielkiej na dzisiejszej Opolszczyźnie. Nowicjat odbył we Włoszech, później pracował w Niemczech, a następnie wśród niemieckich osadników w Teksasie. Tam zakupił ziemię i wrócił na Śląsk, by przekonać swoich krajan do emigracji. Udało mu się. Ludzie, którzy w rodzinnych wsiach z trudem wiązali koniec z końcem, postanowili zaryzykować wszystko dla obietnicy żyznej ziemi i godnego życia.

Po przybyciu do Galveston pieszo wyruszyli do miejsca, gdzie mieli otrzymać swoje gospodarstwa. Po drodze wzbudzali niemałą sensację. Szczególne oburzenie budziły stroje kobiet, których suknie odsłaniały – o zgrozo! – kostki nóg. W purytańskiej Ameryce połowy XIX wieku było to niemal skandalem.

W wigilię Bożego Narodzenia ks. Moczygemba odprawił pod rozłożystym dębem pasterkę. W ten sposób narodziła się osada Panna Maria – pierwsza polska osada w Stanach Zjednoczonych.

Przy wjeździe do istniejącej do dziś miejscowości widnieje tablica z napisem: „Panna Maria. Zasiedlona przez 100 polskich rodzin, które przybyły do Teksasu, aby uzyskać wolność gospodarczą, polityczną i religijną. Pomimo trudności założyli stabilną społeczność, pomagali w zasiedlaniu innych granic, byli pionierami w edukacji i dali Teksasowi wielu oddanych patriotów”.

Rzeczywistość okazała się jednak znacznie trudniejsza od marzeń. Życie pierwszych osadników było niezwykle ciężkie, a ich sytuacja często wręcz rozpaczliwa. Powrót do Europy nie wchodził w grę – nie mieli ani środków, ani dokąd wracać. Dodatkowo różnili się od sąsiadów niemal pod każdym względem. Nie znali języka angielskiego, a jako katolicy żyjący pośród protestanckiej większości budzili nieufność, a czasem wręcz otwartą wrogość.

Gdy część z nich, nie mając innego wyjścia, podjęła pracę u amerykańskich farmerów, po kilku tygodniach ciężkiej harówki zamiast wynagrodzenia otrzymali – jak później wspominali – kopniaka oraz demonstrację rewolweru, mającą uświadomić im, co spotka ich, jeśli odważą się upomnieć o należną zapłatę.

Mimo wszystkich przeciwności już po dwóch latach Polacy wznieśli kościół, wybudowali domy ze spadzistymi dachami, które zaskakiwały okolicznych mieszkańców, nauczyli się uprawiać kukurydzę i bawełnę oraz nawiązali dobre relacje z Meksykanami. Wkrótce jednak przyszła katastrofalna susza. Plony zginęły, ludzie ponownie zaczęli głodować, a dodatkowo nasiliły się napady Indian.

Jednocześnie ks. Moczygemba i jego brat Jan wysyłali do rodzinnej parafii listy pełne entuzjazmu. Opisywali łagodny klimat, brak srogich zim i możliwości, jakie dawała Ameryka. Ich relacje zachęcały kolejnych emigrantów. Między 1854 a 1870 rokiem w samym Teksasie osiedliło się ponad 3470 osób z Górnego Śląska.

 

Ksiądz z dubeltówką

W 1861 roku wybuchła wojna secesyjna. Polscy osadnicy byli wcielani do armii Konfederacji, choć wielu z nich z czasem przechodziło na stronę Unii. Po zakończeniu wojny ci, którzy wracali do swoich domów jako żołnierze Północy, byli przez część sąsiadów traktowani jak zdrajcy.

Napięcia osiągnęły punkt kulminacyjny w Wielkanoc 1868 roku. Po rezurekcyjnej mszy bezbronni Polacy zostali otoczeni przez grupę miejscowych kowbojów, którzy zaczęli z nich szydzić i prowokować bójkę. W pewnym momencie jeden z napastników wypalił z dubeltówki w kierunku grupy Polek. Nie trafił.

Być może dobrze się stało, że większość Polaków nie miała wtedy przy sobie broni. Wielu z obecnych było bowiem doskonałymi strzelcami i sytuacja mogła zakończyć się prawdziwą masakrą.

Dubeltówkę miał natomiast pod ręką ksiądz Bakowski. Chwycił za broń, wbiegł na dzwonnicę i otworzył ogień. Strzelał na tyle skutecznie, że napastnicy szybko uznali dalszą awanturę za zbyt ryzykowną i wycofali się.

Amerykanie znaleźli jednak inny sposób odwetu. Dzieci polskich osadników, urodzone już na amerykańskiej ziemi, były karane w szkołach za używanie języka polskiego. Do dziś nikt oficjalnie nie przeprosił za tę formę dyskryminacji.

 

Od kowboja do rewolwerowca

Jeszcze wcześniej, w styczniu 1855 roku, szesnaście rodzin osadniczych usłyszało o dobrze prosperującym tartaku działającym w osadzie Bandera, położonej około 80 mil na zachód od Panny Marii. Postanowili spróbować szczęścia i ruszyli na zachód.

Na miejscu znaleźli nie tylko tartak, ale również Komanczów oraz Anglosasów niechętnie nastawionych do katolickich przybyszów. Nie poddali się jednak. Niemal natychmiast wznieśli kościół i założyli parafię św. Stanisława Kostki – drugą polską parafię w Stanach Zjednoczonych.

Jeżeli dziś Bandera znana jest jako „Światowa Stolica Kowbojów”, to w dużej mierze dzięki polskim osadnikom. Podejmowali oni pracę pozbawioną romantycznej otoczki, ale za to niezwykle ciężką i niebezpieczną. Zostali kowbojami, czyli poganiaczami ogromnych stad półdzikiego bydła rasy longhorn, wypasanego na bezkresnych teksańskich preriach.

Takie życie wymagało odporności, siły, wytrwałości i doskonałych umiejętności strzeleckich. Polacy dodawali do tego własne poczucie honoru i dumy. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że nie wszyscy pozostali po właściwej stronie prawa. Na Dzikim Zachodzie droga od kowboja do rewolwerowca bywała bardzo krótka, a paradoksalnie to właśnie ta druga ścieżka prowadziła często do sławy.

Tak było w przypadku Martina M’Rose’a – jednego z najbardziej znanych rewolwerowców pogranicza. Jak się okazuje, był on Polakiem.

 

Przestępcza kariera

Martin M’Rose, naprawdę Marcin Mróz, urodził się 24 listopada 1861 roku w miejscowości St. Hedwig, czyli Świętej Jadwidze, w Teksasie – osadzie założonej przez śląskich emigrantów.

Przez wiele lat pracował jako kowboj i handlarz bydłem w Nowym Meksyku. Według lokalnych przekazów był znakomitym jeźdźcem i człowiekiem doskonale przystosowanym do brutalnych realiów pogranicza. Wysoki, niebieskooki blondyn wyraźnie wyróżniał się wyglądem pośród okolicznych mieszkańców. Niektórzy twierdzili nawet, że stał się pierwowzorem późniejszych bohaterów westernów granych przez Clinta Eastwooda.

Z czasem porzucił jednak uczciwe życie. W 1890 roku zebrał własną bandę i odkrył, że znacznie większe pieniądze niż handel bydłem przynosi jego kradzież.

Jak to często bywało w historii, do zguby Marcina przyczyniła się nie tylko działalność przestępcza, lecz również kobieta.

Była nią jasnowłosa Helen Beluah, poznana w jednym z saloonów w Phoenix. Helen wykonywała zawód, który nawet na Dzikim Zachodzie nie cieszył się szczególnym szacunkiem. Dla Marcina nie miało to jednak najmniejszego znaczenia. Zakochał się niemal od pierwszego wejrzenia i wkrótce się pobrali.

Doczekali się syna, a Marcin był tak zaabsorbowany nowym życiem, że na pograniczu teksańsko-meksykańskim bydło zaczęło znikać w tempie budzącym powszechne zaniepokojenie.

Nikt nie miał wątpliwości, kto za tym stoi. Gdy w Teksasie wyznaczono nagrodę za jego głowę, Marcin wraz z rodziną uciekł do Meksyku. Tam jednak niemal natychmiast został aresztowany.

 

Adwokat po przejściach

Helen odzyskała wolność już następnego dnia i wróciła do El Paso. Opuszczając więzienie, otrzymała od męża pieniądze oraz polecenie wynajęcia jednego z najsłynniejszych adwokatów Zachodu – Johna Wesleya Hardina.

Hardin sam był postacią legendarną. Pierwszego człowieka zabił jako piętnastolatek. Później przez lata ukrywał się przed wymiarem sprawiedliwości, utrzymując się między innymi z gry w pokera, w której uchodził za prawdziwego mistrza. Jego reputacja doskonałego strzelca rosła z każdym kolejnym pojedynkiem. W końcu został schwytany i w 1877 roku skazany na dwadzieścia pięć lat więzienia za zabójstwo szeryfa.

Za kratami przeszedł osobliwą przemianę. Studiował teologię, prowadził religijne rozważania i uczył się prawa. Po piętnastu latach wyszedł na wolność, zdał egzamin adwokacki i rozpoczął praktykę w El Paso.

Marcin znał jego historię i właśnie dlatego wybrał go na swojego obrońcę. Kiedy jednak u Hardina pojawiła się piękna Helen – i to z pokaźną sumą pieniędzy – sytuacja przybrała nieoczekiwany obrót. Hardin postanowił skorzystać z okazji. Sama Helen również nie stroniła od alkoholu, zabawy i towarzystwa. Wkrótce zaczęto widywać ich razem w salonach El Paso, podczas gdy Marcin nadal tkwił w meksykańskim więzieniu.

Gdy oczekiwanie na pomoc przeciągało się bez końca, a plotki o romansie stawały się coraz głośniejsze, Marcin postanowił działać sam. Dzięki łapówce wydostał się z więzienia. Publicznie utrzymywał, że nie wierzy w pogłoski, lecz prywatnie miał mówić, że jeśli Hardin rzeczywiście uwiódł mu żonę, to go zabije.

 

Upadek legendy

Hardin nie miał najmniejszej ochoty na taki pojedynek. Spotkał się więc z miejscowymi szeryfami i przekonywał ich, że M’Rose jest wyjątkowo niebezpiecznym bandytą, którego najlepiej byłoby zwabić w pułapkę i zastrzelić. Funkcjonariusze zgodzili się współpracować.

Za pośrednictwem Helen przekazano Marcinowi wiadomość, że może bezpiecznie wrócić do Teksasu, a stróże prawa nie będą do niego strzelać.

W nocy 29 czerwca 1895 roku Martin M’Rose, czyli Marcin Mróz, przekroczył most kolejowy na granicy amerykańsko-meksykańskiej, wierząc w zapewnienia Hardina. Spotkał się z szeryfami, którzy zapewniali go, że nic mu nie grozi i że po drugiej stronie czeka już żona.

Gdy tylko znalazł się na amerykańskim brzegu, został otoczony i ostrzelany przez ukrytych w ciemności ludzi szeryfa. Nie miał żadnych szans.

Marcin Mróz zginął na granicznym moście.

Hardin związał się później z Helen, lecz ich relacja okazała się burzliwa i pełna przemocy. Jego reputacja legła w gruzach. Człowiek, który przez lata uchodził za legendę Dzikiego Zachodu, zaczął być postrzegany jako zdrajca i oszust. Ostatecznie sam zginął od policyjnej kuli.

Pochowano go na cmentarzu w El Paso. Kilka nagrobków dalej znajduje się do dziś inny grób. Widnieje na nim napis: „Martin M’Rose, Polish Cowboy. Died at the Hands of Others. June 29, 1895”.

To jedno z tych miejsc, które dowodzą, że historia Dzikiego Zachodu nie była wyłącznie historią Anglosasów. Tworzyli ją również emigranci z odległych śląskich wiosek, którzy przywieźli ze sobą język, wiarę, upór i marzenie o lepszym życiu. Niektórzy budowali kościoły i zakładali osady. Inni zostawiali po sobie legendy rewolwerowców. Wszyscy jednak stali się częścią historii Ameryki.

Jacek Hilgier


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama