Angielskie określenie wildfire obejmuje nie tylko pożary lasów, lecz także płonące zarośla, prerie i torfowiska. Do powstania ognia potrzebne są trzy elementy: materiał palny, odpowiednio suche warunki oraz iskra. Może nią być piorun, niedogaszone ognisko, papieros, iskra z maszyny, zerwany przewód energetyczny lub celowe podpalenie.
W Kanadzie około 45 procent pożarów wywołują pioruny. Odpowiadają one jednak aż za 81 procent całej powierzchni pochłanianej przez ogień, ponieważ najczęściej uderzają w odludnych regionach, gdzie płomienie długo pozostają niezauważone. Pozostałe pożary są przeważnie dziełem człowieka. Paradoksalnie wybuchają częściej, lecz zwykle w pobliżu dróg i osiedli, dzięki czemu strażacy mogą szybciej dotrzeć na miejsce.
Ogień, który daje życie
Pożar nie zawsze jest dla lasu katastrofą. W wielu ekosystemach stanowi naturalny mechanizm odnowy. Usuwa nagromadzone gałęzie, zwraca glebie substancje mineralne, ogranicza choroby i otwiera przestrzeń młodym roślinom. Szyszki niektórych sosen pozostają zamknięte, dopóki nie ogrzeje ich ogień. Dopiero wtedy uwalniają nasiona na oczyszczoną, nasłonecznioną ziemię.
Rdzenni mieszkańcy Ameryki rozumieli tę zależność na długo przed przybyciem Europejczyków. Celowo wypalali niewielkie połacie terenu, aby odmładzać łąki, ułatwiać polowania, pobudzać wzrost roślin jadalnych i nie dopuszczać do gromadzenia się ogromnych ilości suchego paliwa. Podobne praktyki od tysięcy lat stosowali Aborygeni w Australii.
W XX wieku zwyciężyło jednak przekonanie, że każdy pożar należy natychmiast ugasić. Ogromny wpływ na tę politykę miała katastrofa z 1910 roku, nazwana Wielkim Pożarem lub Big Blowup. Lato było wyjątkowo suche. W lasach Idaho, Montany i Waszyngtonu płonęły setki mniejszych ognisk, z którymi walczyli wyczerpani strażacy, drwale i ochotnicy. 20 sierpnia zerwał się gwałtowny wiatr. Oddzielne pożary połączyły się w jeden rozszalały żywioł, który wytworzył własne prądy powietrzne i zaczął wyrzucać płonące konary daleko przed czoło ognia.
Niebo zrobiło się czarne w środku dnia. Płomienie przeskakiwały doliny, pędziły po zboczach i pożerały całe miejscowości. W Wallace mieszkańcy uciekali pociągami, podczas gdy żar rozbijał szyby w wagonach. Słynnym bohaterem katastrofy został strażnik Edward Pulaski, który zapędził 45 ludzi do nieczynnej kopalni i grożąc rewolwerem, powstrzymał spanikowanych przed wybiegnięciem w ogień. Większość przeżyła. W ciągu dwóch dni spłonęło około 3 milionów akrów, zginęło co najmniej 87 osób, a dym dotarł aż do Nowej Anglii.
Katastrofa ta utrwaliła w Amerykanach przekonanie, że ogień jest wrogiem, którego trzeba bezwzględnie niszczyć. Przez kolejne dziesięciolecia gaszono niemal każdy pożar, zanim zdążył się rozprzestrzenić. Z czasem w lasach zaczęły jednak zalegać grube warstwy suchych gałęzi, liści i martwych drzew. Gdy pojawiała się iskra, zamiast łagodnego ognia oczyszczającego poszycie powstawała ściana płomieni sięgająca koron.
Dziś powraca się do kontrolowanego wypalania oraz tradycyjnej wiedzy rdzennych społeczności. Ogień rozpalony podczas chłodnej i wilgotnej pogody może usunąć nadmiar łatwopalnej roślinności, zanim zrobi to żywioł.
Noc dwóch katastrof
Najbardziej zabójczy pożar w historii Stanów Zjednoczonych wybuchł 8 października 1871 roku w Peshtigo w Wisconsin. Okoliczne lasy były wysuszone, a ziemię pokrywały trociny i odpady pozostawione po intensywnym wyrębie. Wieczorem gwałtowny wiatr połączył drobne pożary w burzę ogniową.
Nadciągający żywioł podobno huczał jak pociąg. Wichura wyrywała płonące drzewa, dachy unosiły się w powietrzu, a ludzie biegli ku rzece Peshtigo, próbując ukryć się pod wodą. Niektórzy dusili się dymem, inni ginęli od żaru, który zapalał ubrania. Ogień był tak gwałtowny, że całe rodziny znikały bez śladu. Peshtigo zostało niemal zmiecione z powierzchni ziemi, a liczba ofiar wyniosła co najmniej 1200, choć mogła sięgnąć 2500.
Katastrofa ta szybko popadła w cień, ponieważ tej samej nocy płonęło Chicago. Według legendy pożar rozpoczął się w stodole rodziny O’Leary, gdy krowa kopnęła lampę naftową. Historia ta była zapewne wymysłem reportera, lecz okazała się niezwykle trwała. Ogień znalazł idealne paliwo: drewniane domy, chodniki i dachy, wysuszone po długim lecie. Przez dwa dni przetaczał się przez miasto, niszcząc ponad 17 tysięcy budynków. Zginęło około 300 osób, a blisko 100 tysięcy straciło dach nad głową. Chicago odbudowano, Peshtigo zaś niemal zapomniano.
Z pożogi wyłoniło się jednak nowe Chicago. Ruiny oczyszczono w niezwykłym tempie, a w miejsce drewnianej zabudowy zaczęły powstawać gmachy z cegły, kamienia i stali. Zaostrzono przepisy przeciwpożarowe, rozbudowano wodociągi i unowocześniono straż pożarną. Katastrofa, która niemal unicestwiła miasto, przyspieszyła jego przemianę w nowoczesną metropolię. Peshtigo nie miało podobnego szczęścia: pozbawione wielkich gazet i wpływowych kronikarzy, pozostało tragedią prowincji, choć pochłonęło wielokrotnie więcej ofiar.
Największe zagrożenie występuje dziś tam, gdzie susza, upał i silny wiatr spotykają się z łatwopalną roślinnością. Szczególnie niebezpieczne są Kalifornia, Góry Skaliste, Kanada, Alaska, południe Europy oraz Australia. Współczesnym symbolem żywiołu stało się australijskie „Czarne Lato” 2019-2020, kiedy spłonęło ponad 10 milionów hektarów. Rekordowy kanadyjski sezon 2023 roku strawił natomiast około 14,6 miliona hektarów, zmuszając do ewakuacji ponad 230 tysięcy ludzi.
Największym zabójcą nie zawsze są jednak płomienie. Dym zawiera PM2.5 – mikroskopijne cząstki przenikające do płuc i krwiobiegu. Potrafią pokonać tysiące kilometrów, zamieniając pożar odludnej tajgi w kryzys zdrowotny wielkiej metropolii. Ogień był częścią natury na długo przed człowiekiem. Problem zaczął się wtedy, gdy człowiek uwierzył, że zdoła całkowicie usunąć go z krajobrazu.
Monika Pawlak

