W latach 50. trudno byłoby znaleźć dwoje ludzi, którzy lepiej uosabialiby amerykański sen. Ona, wychowanka sierocińców i rodzin zastępczych, została „odkryta” w czasie pracy w fabryce amunicji przez fotografa Davida Conovera. Gdy w 1952 roku poznała dwanaście lat starszego Joe DiMaggio, dopiero wspinała się na szczyt. Jednak już wtedy było jasne, że Hollywood zyskało gwiazdę niespotykanego formatu. Z kolei Joe, syn sycylijskich imigrantów, był jednym z najsłynniejszych bejsbolistów wszech czasów. Jako gwiazda drużyny New York Yankees zdobył dziewięć tytułów mistrzowskich World Series. Ernest Hemingway uwiecznił „wielkiego DiMaggio” w swojej noweli z 1952 roku pt. „Stary człowiek i morze”. Wokalista jazzowy Les Brown śpiewał o „Joltin’ Joe DiMaggio”, a musical Rodgersa i Hammersteina „South Pacific” zawiera piosenkę, w której marynarze śpiewają o skórze kobiety „delikatnej jak rękawica DiMaggio”. On był powściągliwy i zdyscyplinowany. Ona – spontaniczna, ambitna i spragniona zarówno miłości, jak i artystycznego uznania. Ale choć publicznie wyglądali jak para idealna, prywatnie dzieliło ich niemal wszystko.
Randka w ciemno
Joe DiMaggio zainteresował się Marilyn w 1951 roku, kiedy zobaczył jej zdjęcie, wykonane podczas sesji z zawodnikami Chicago White Sox. Zaintrygowany piękną aktorką, zaczął wypytywać znajomych, kto mógłby ich sobie przedstawić. W ten sposób dotarł do hollywoodzkiego rzecznika prasowego Davida Marcha, który znał Marilyn i zgodził się zorganizować spotkanie.
Marilyn początkowo nie była zachwycona pomysłem. Spodziewała się, że słynny sportowiec okaże się hałaśliwym, pewnym siebie podrywaczem, ale na prośbę Davida zgodziła się zjeść z nim kolację. Po raz pierwszy spotkali się na początku marca 1952 roku w restauracji Villa Nova przy Sunset Strip w Los Angeles. Joe bardzo pozytywnie ją zaskoczył. Zamiast ostentacyjnego gwiazdora o wybujałym ego spotkała skromnego, spokojnego i nieco nieśmiałego mężczyznę. Był dobrym słuchaczem, który traktował ją z uwagą i szacunkiem. Marilyn wspominała później, że dzięki niemu poczuła się kimś wyjątkowym, a nie tylko kolejną atrakcyjną aktorką na jego koncie.
Joe szybko stracił dla niej głowę. W Marilyn dostrzegał nie tylko symbol seksu znany z ekranów i okładek magazynów. Widział w niej wrażliwą, samotną kobietę, która – podobnie jak on – miała za sobą trudne doświadczenia życiowe. Oboje marzyli o domu, poczuciu bezpieczeństwa i rodzinie. Ich romans rozwijał się z dala od oficjalnych premier i hollywoodzkich przyjęć. Chodzili na kameralne kolacje, odwiedzali znajomych, spędzali czas w niewielkim gronie. DiMaggio nie lubił fabryki snów, a Marilyn mogła przy nim na chwilę przestać być słynną aktorką, a być po prostu sobą – Normą Jeane.
Ślub gwiazd
Spotykali się przez blisko dwa lata, nieustannie śledzeni przez dziennikarzy, spragnionych plotek z życia jednych z największych amerykańskich gwiazd tamtych czasów. 14 stycznia 1954 roku pobrali się w ratuszu w San Francisco. Było to drugie małżeństwo dla każdego z nich. Planowali skromną, prywatną ceremonię, jednak ktoś ze studia filmowego przekazał wiadomość prasie. Kiedy nowożeńcy wychodzili z budynku, czekał już na nich tłum reporterów i fotografów. Uśmiechnięci, objęci i wyraźnie zakochani, wyglądali jak ucieleśnienie amerykańskiego sukcesu: największy bohater narodowego sportu i najpiękniejsza kobieta Hollywood.
Niespełna dwa tygodnie później para poleciała do Japonii, gdzie DiMaggio miał zobowiązania zawodowe. Marilyn otrzymała wówczas propozycję występów dla amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Korei. Podczas tych czterech dni występów przekonała się, jak wielką jest gwiazdą. Wróciła do Japonii podekscytowana, ale kiedy opowiedziała mężowi o ogłuszających wiwatach, ten tylko odparł chłodno, że on również słyszał kiedyś taki aplauz. Ta krótka wymiana zdań, opisana później przez biografa aktorki, dobrze pokazywała rodzący się między nimi konflikt. DiMaggio przez lata był największą gwiazdą, gdziekolwiek się nie znalazł, a teraz nagle cała uwaga skupiała się na jego żonie.
Żona czy gwiazda?
Joe kochał Marilyn, ale nie potrafił pogodzić się z tym, że całkowicie poświęcała się karierze. Marzył o tradycyjnym domu, jaki znał z własnego dzieciństwa, dzieciach i żonie, która nie będzie nieustannie otoczona przez fotografów i wielbicieli. Marilyn także chciała mieć rodzinę, lecz nie zamierzała przy tym rezygnować z aktorstwa. Co więcej, pragnęła udowodnić, że potrafi grać coś więcej niż naiwną, seksowną blondynkę w kusych sukienkach.
DiMaggio nie rozumiał jej artystycznych ambicji. Nie ufał ludziom z Hollywood; drażnił go sposób, w jaki skupiano się bardziej na jej seksapilu niż na umiejętnościach aktorskich. Zainteresowanie innych mężczyzn budziło w nim zazdrość do tego stopnia, że zaczął coraz bardziej kontrolować żonę. W Hollywood plotkowano o jego gwałtownych wybuchach gniewu i stosowaniu przemocy fizycznej.
Biała sukienka
Punktem zwrotnym w ich związku okazała się scena z filmu „Słomiany wdowiec”. We wrześniu 1954 roku Marilyn stanęła nad kratą wentylacyjną nowojorskiego metra, a podmuch powietrza uniósł jej białą plisowaną sukienkę. Zdjęcia kręcono na Manhattanie. Filmowców otaczały setki widzów, którzy głośno wiwatowali za każdym razem, gdy sukienka była podwiewana. Dziś jest to jeden z najbardziej rozpoznawalnych obrazów w historii kina. Dla Joe była to kropla, która przelała czarę. Obserwował wszystko z boku, upokorzony i wściekły. To, co dla studia stanowiło genialną reklamę, dla niego było publicznym wystawianiem żony na pokaz. Po powrocie do hotelu doszło między małżonkami do gwałtownej kłótni. Relacje świadków i biografów mówią, że DiMaggio zaatakował Marilyn fizycznie.
Kilka tygodni później, 6 października 1954 roku, zapłakana aktorka stanęła przed reporterami i ogłosiła, że wystąpiła o rozwód. Małżeństwo zakończyło się po zaledwie dziewięciu miesiącach.
Aż po grób
Rozwód nie oznaczał całkowitego końca ich relacji. Po rozwodzie Monroe z Arthurem Millerem w 1961 roku Joe ponownie pojawił się w jej życiu. Kiedy w lutym 1961 roku Monroe trafiła do szpitala z powodu załamania nerwowego, to właśnie do DiMaggio zadzwoniła, prosząc o pomoc. Joe zabrał ją do swojego domu na Florydzie, gdzie przez kilka tygodni dochodziła do siebie z dala od zgiełku Hollywood. W czerwcu tego samego roku był przy niej, gdy obudziła się po pilnej operacji usunięcia pęcherzyka żółciowego. A kiedy 5 sierpnia 1962 roku znaleziono ją martwą, to właśnie DiMaggio zorganizował jej pogrzeb. Prawdziwie zrozpaczony, zabronił zarówno klanowi Kennedych, jak i elicie Hollywoodu uczestniczenia w pogrzebie. Nie chciał, by w centrum uwagi znalazło się to, co według niego ją zabiło – jej sława.
Przez następne 20 lat regularnie dwa razy w tygodniu zamawiał czerwone róże, które składano na jej grobie. Nigdy więcej się nie ożenił i do końca życia odmawiał publicznych rozmów o Marilyn. Przeżył ją o niemal cztery dekady, a mimo to jego była żona stanowiła centralną część jego nekrologu opublikowanego w „New York Times”, w którym napisano: „Nikt bardziej nie uosabiał amerykańskiego marzenia o sławie i fortunie ani nie stworzył trwalszej legendy niż Joe DiMaggio. Stał się w świadomości narodu postacią o niezrównanym romantyzmie i uczciwości dzięki swojemu niezmiennemu profesjonalizmowi na boisku, małżeństwu z hollywoodzką gwiazdą Marilyn Monroe oraz niezwykłemu oddaniu jej po jej śmierci”.
Byli power couple swoich czasów, zanim jeszcze ktokolwiek zaczął używać tego określenia. Łączyli dwa wielkie amerykańskie światy: Hollywood i bejsbol, ekranową fantazję i uwielbiany sport. Jednak, choć na zdjęciach wyglądali jak para prosto z kinowego romansu, nie potrafili być razem szczęśliwi. Za uśmiechami kryły się zazdrość, niespełnione oczekiwania i uczucie, które przetrwało małżeństwo, ale nie potrafiło go uratować.
Maggie Sawicka

