Następnego ranka wiatr osłabł i wydawało się, że najgorsze już minęło. Domownicy wytarli mokrą podłogę i wrócili do swoich zajęć, lecz wody wciąż przybywało. Ojciec Morgan podejrzewał, że u sąsiadów pękła rura. Wkrótce zauważyli jednak strumień przeciskający się przez szczelinę pod drzwiami wejściowymi. Kiedy wyjrzeli na zewnątrz, zamarli. Ulicą płynęła brunatna rzeka, niosąc gałęzie, śmieci i lekkie meble ogrodowe. Nie był to już skutek ulewy. Do miasta wdzierała się powódź po przerwaniu wałów przeciwpowodziowych.
Katastrofa zapowiedziana
Położony między rzeką Missisipi a Jeziorem Pontchartrain i otoczony mokradłami Nowy Orlean w znacznej części znajduje się poniżej poziomu morza. Osuszanie bagien oraz stopniowe osiadanie gruntu sprawiły, że niektóre dzielnice leżą w głębokich nieckach, chronionych przez wały i betonowe ściany przeciwpowodziowe. Dopóki system ochronny działa sprawnie, miastu nic nie zagraża, jednak jego przerwanie może doprowadzić do katastrofy.
Po huraganie Betsy, który w 1965 roku zalał część Nowego Orleanu, Kongres zlecił rozbudowę infrastruktury przeciwpowodziowej regionu. W ciągu następnych czterdziestu lat projekt zrealizowano – w zależności od obszaru – w 60-90 proc. Opóźnienia nie były jednak jedynym problemem. Poszczególne elementy powstawały przez dziesięciolecia, zgodnie ze zmieniającymi się standardami, a zarządzały nimi różne instytucje. Na mapie wyglądały jak jeden spójny system, w rzeczywistości nie zapewniały jednakowego poziomu ochrony, a słabość pojedynczego odcinka mogła narazić na niebezpieczeństwo całe dzielnice.
Z zagrożenia zdawano sobie sprawę na długo przed nadejściem Katriny. Naukowcy, dziennikarze i służby ratunkowe wielokrotnie ostrzegali, że bezpośrednie uderzenie silnego huraganu może doprowadzić do przelania się wód Jeziora Pontchartrain przez wały i zatopienia miasta. W 2002 roku dziennikarze „Times-Picayune” opublikowali obszerną analizę nowoorleańskiej infrastruktury przeciwpowodziowej i opisali, co może się wydarzyć, jeśli nie wytrzyma ona naporu gwałtownie wzbierającej wody. Trzy lata później ten czarny scenariusz stał się rzeczywistością.
Dwadzieścia minut
Cztery dni przed nadejściem Katriny Lucrece Phillips wyszła ze szpitala po operacji szyi i kręgosłupa. Nadal nosiła gorset ortopedyczny, dlatego opuszczenie miasta byłoby dla niej szczególnie trudne. Jej bliscy nie chcieli pozostawić jej samej i postanowili wspólnie przeczekać huragan. Zgromadzili żywność, świece i baterie, przygotowując się przede wszystkim na silny wiatr oraz przerwy w dostawie prądu. Nie wiedzieli, że w ostatniej chwili władze zarządziły obowiązkową ewakuację. Kiedy wydano nakaz, w ich domu nie było już prądu i informacja do nich nie dotarła.
Wczesnym rankiem 29 sierpnia zaczęły pękać wały wzdłuż Industrial Canal, położonego niespełna trzy kilometry od domu Lucrece. W ciągu około dwudziestu minut poziom wody podniósł się do wysokości drugiego piętra. Rodzina zaczęła ustawiać meble na kuchennym stole, budując prowizoryczną drabinę prowadzącą na strych. Wkrótce żywioł zerwał dom z fundamentów i budynek zaczął się niebezpiecznie przechylać. Lucrece kazała wszystkim znieruchomieć, obawiając się, że jeden gwałtowny ruch może doprowadzić do przewrócenia konstrukcji.
Na jednej ze ścian jej córka zapisała kredą imiona i daty urodzenia wszystkich obecnych, aby w razie śmierci można było zidentyfikować ich ciała. Lucrece starła napisy. Powtarzała, że przeżyją, choć sama nie wiedziała, w jaki sposób mogliby się wydostać. Przez sześć długich godzin siedzieli pod dachem, modląc się i śpiewając pieśni religijne. W pewnym momencie Lucrece znalazła stary telefon komórkowy. W baterii pozostało dość energii, aby połączyć się z numerem alarmowym. W końcu do domu dotarła łódź, która zabrała rodzinę z zalanego budynku.
Miasto pod wodą
Katrina osiągnęła nad Zatoką Meksykańską piątą kategorię, lecz przed uderzeniem w wybrzeże Luizjany osłabła do kategorii trzeciej. Nadal jednak pchała przed sobą potężną falę powodziową. Kiedy dotarła do miasta, masy wody częściowo przelały się górą wałów, a spływając po ich drugiej stronie, rozmywały wzmocnienia.
Nie wszystkie bariery zawiodły jednak dlatego, że żywioł przekroczył ich projektowaną wysokość. Niektóre ściany przeciwpowodziowe runęły przy poziomie niższym od tego, który zgodnie z założeniami powinny wytrzymać. Późniejsze dochodzenie ujawniło między innymi błędy projektowe oraz zbyt płytko osadzone ścianki. W sumie system przeciwpowodziowy został przerwany w około 50 miejscach. Pod wodą znalazło się 80 proc. miasta.
W domu Archerów powódź zatrzymała się dopiero w połowie schodów prowadzących na piętro. Uwięziona rodzina obserwowała słup znajdujący się za oknem, wykorzystując go jako miarkę poziomu wody. Ze starego odbiornika radiowego na baterie słuchali audycji, podczas których mieszkańcy próbowali odnaleźć zaginionych krewnych lub błagali o pomoc. Kiedy po kilku dniach usłyszeli, że poziom może ponownie wzrosnąć, zrozumieli, że muszą się ratować. Brnąc przez brudną wodę, dotarli do Lakefront Airport – niewielkiego lotniska, które podczas katastrofy stało się jednym z punktów ewakuacyjnych. Stamtąd zabrał ich śmigłowiec Straży Przybrzeżnej.
Cichy bohater
American Can, pięciopiętrowy kompleks mieszkalny, znajdował się w nowoorleańskiej dzielnicy Mid-City. Jego mieszkańcy – głównie seniorzy oraz niepełnosprawni poruszający się na wózkach inwalidzkich – nie byli w stanie uciec przed żywiołem. Postanowili zostać w domach, mając nadzieję, że sytuacja szybko się uspokoi. Wkrótce dołączyły do nich kolejne 74 osoby z zalanej okolicy, które szukały schronienia w potężnym gmachu. W sumie przebywały tam 244 osoby.
Wśród nich znajdował się John Keller, były żołnierz i weteran operacji Pustynna Burza. Był młody i sprawny, miał więc szansę wydostać się z zatopionego miasta, ale nie potrafił zostawić bezradnych sąsiadów samych sobie. Zdobywał pożywienie i wodę oraz bronił mieszkańców przed szabrownikami plądrującymi opuszczone miasto. Wykorzystując proszek z gaśnic, wymalował na dachu ogromne litery z prośbą o zrzut wody i wojskowych racji żywnościowych. Nad budynkiem przelatywały śmigłowce, ale przez wiele godzin pomoc nie nadchodziła. Sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna. John postanowił więc wynieść na dach starszych i niepełnosprawnych mieszkańców razem z ich wózkami inwalidzkimi. Dopiero wtedy zaczęto zrzucać im żywność, wodę i leki. Próbowano również zabrać ich śmigłowcem, lecz piloci nie byli w stanie bezpiecznie wylądować na nierównym dachu.
Wobec niepowodzenia tej akcji John postanowił sam zająć się ewakuacją. Przepłynął przez zatopione ulice, aby znaleźć motorówkę. Zabierał nią kolejne grupy ludzi i przewoził ich na suchy ląd, skąd mogli ruszyć dalej. Najtrudniej było z niepełnosprawnymi, których trzeba było znosić z wyższych pięter budynku. Dziewiętnaście osób zdecydowało się pozostać w swoich mieszkaniach. Reszta, dzięki Johnowi Kellerowi i grupie ochotników, wydostała się z odciętego przez powódź kompleksu.
Odzyskane nazwisko
Jedną z ofiar była samotna, 81-letnia Dorothy Taquino, nazywana przez bliskich „ciotką Dot”. Nie zdążyła opuścić miasta i utonęła we własnym domu. W chaosie panującym po katastrofie jej ciało trafiło do tymczasowej kostnicy jako Jane Doe – osoba o nieustalonej tożsamości. Pochowano ją w Hurricane Katrina Memorial razem z 83 innymi niezidentyfikowanymi ofiarami. Rodzina nie wiedziała, gdzie spoczywa.
Dopiero dwadzieścia lat po tragedii grupa lokalnych dziennikarzy postanowiła przyjrzeć się bezimiennym zmarłym. W aktach jednej z kobiet znaleźli wzmiankę o naszyjniku z napisem Joseph Kohn High School, dzięki któremu udało się ją zidentyfikować. Awaria systemu przeciwpowodziowego odebrała Dorothy życie, a bałagan panujący po kataklizmie na dwie dekady pozbawił ją także nazwiska.
Po Katrinie władze federalne przeznaczyły ponad 14 miliardów dolarów na wzmocnienie ochrony regionu: nowe wały i ściany przeciwpowodziowe, bariery zatrzymujące fale sztormowe, bramy oraz potężne przepompownie. Było to niemal dwadzieścia razy więcej, niż miało kosztować ukończenie wcześniejszego projektu. Nowe konstrukcje nie mogły jednak przywrócić życia ani ciotce Dot, ani innym ofiarom.
Maggie Sawicka

