Devair nigdy wcześniej nie słyszał o cezie-137. Nie miał pojęcia, czym jest tajemnicza substancja ani na jakie niebezpieczeństwo naraża się, przebywając w jej pobliżu. Zafascynowany, zabrał cylinder do domu, aby pokazać go bliskim.
Śmierć w ruinach
W latach 80. ubiegłego stulecia Goiânia, stolica brazylijskiego stanu Goiás, liczyła niemal milion mieszkańców. Miasto od początku wznoszono z zamiarem uczynienia z niego stolicy prowincji, wyglądało więc inaczej niż większość chaotycznie budowanych brazylijskich miast. Szerokie arterie i bulwary otaczały piękne domy, budynki mieszczące administrację stanu, liczne uczelnie wyższe i nowoczesne szpitale. Znajdowała się tam między innymi prywatna klinika Instituto Goiano de Radioterapia, w której poddawano pacjentów onkologicznych naświetlaniom. Wykorzystywano do tego celu maszynę, w której wnętrzu znajdowała się kapsuła z chlorkiem cezu-137. Promieniowanie emitowane przez izotop niszczyło komórki nowotworowe, lecz wymagało ścisłego nadzoru ze strony personelu oraz grubych osłon zabezpieczających.
W 1985 roku klinika przeniosła się do nowej siedziby. Stary budynek porzucono a wraz z nim część zużytego, niepotrzebnego już sprzętu. Wśród niego znajdowało się też urządzenie do radioterapii. Budynek zaczął popadać w ruinę, a niebezpieczna maszyna pozostawała bez odpowiedniej ochrony przez blisko dwa lata. Z czasem ruina stał się celem wypraw poszukiwaczy złomu, którzy wynosili z niego, co tylko nadawało się do sprzedania.
Dwóch mężczyzn i taczka
We wrześniu 1987 roku 21-letni Roberto dos Santos Alves i 20-letni Wagner Motta Pereira wybrali się do opuszczonej kliniki sprawdzić, czy znajduje się tam jeszcze złom. Znaleźli dziwną maszynę z wyjątkowo ciężkim cylindrem w środku. Znalezisko niezwykle ich ucieszyło, bowiem wydawało się, że jest on zrobiony z litego metalu. Mając wizję niezłego zarobku, załadowali ważące około 200 kg urządzenie i w taczce przewieźli je do domu Alvesa. Nie rozumieli umieszczonych na urządzeniu ostrzeżeń. Zaczęli rozbijać osłonę i stopniowo przedostawali się do jej wnętrza.
Kilka dni po wyprawie do ruin obaj poczuli się bardzo źle. Zaczęli wymiotować, ale uznali, że zaszkodziło im jedzenie. Stan Wagnera coraz bardzie się pogarszał. Miał biegunkę, zawroty głowy i opuchniętą rękę. Lekarz zdiagnozował reakcję alergiczną, choć nie wiedział, co mogło ją wywołać. Roberto kontynuował próby wydobycia cylindra ze środka maszyny. 18 września zdołał wydobyć z niego uszkodzoną kapsułę, którą sprzedał właścicielowi składu złomu, Devairowi Alvesowi Ferreirze.
W kolejnych dniach przez dom Ferreiry przewijali się członkowie jego rodziny, przyjaciele i sąsiedzi z całej okolicy. Wszyscy chcieli zobaczyć niezwykły proszek. Brali go do rąk, posypywali sobie i dzieciom włosy i ubrania, zachwyceni niesamowitym blaskiem. Dzieciaki biegały w ciemności po ulicach a za nimi unosiły się na wietrze połyskujące błękitem pukle włosów i tkaniny ubrań. Nikt nie wiedział, że wraz z drobinami błękitnego proszku po domach, podwórkach i ulicach rozprzestrzenia się niewidzialne promieniowanie.
Nie miało zapachu ani smaku. Nie można było go zobaczyć ani poczuć. Kiedy więc zaczęły pojawiać się nudności, wymioty, zawroty głowy, dziwne oparzenia skóry, które nie chciały się goić a włosy wypadały garściami, nikt nie łączył ich z fascynującym niebieskim proszkiem. Ponieważ podobne objawy pojawiały się u wielu osób, podejrzewano zatrucie żywnością albo zakaźną chorobę tropikalną.
Jedną z osób, które zetknęły się z proszkiem, była sześcioletnia Leide das Neves Ferreira, siostrzenica właściciela złomowiska. Dziewczynka bawiła się w pobliżu skażonego materiału, a następnie spożywała posiłek zanieczyszczonymi rękami. Do jej organizmu dostała się największa ilość cezu, jaką później odnotowano u wszystkich ofiar.
Szesnaście dni
Pierwszą osobą, która powiązała tajemnicze zachorowania ze świecącą kapsułą, była Maria Gabriela Ferreira, żona Devaira. 28 września, dziesięć dni po tym, jak znalezisko trafiło do jej domu, umieściła ją w plastikowej torbie i razem z jednym z pracowników złomowiska przewiozła ją autobusem do siedziby lokalnej służby sanitarnej. Podczas podróży skażony pakunek znajdował się w pojeździe pełnym ludzi.
Maria postawiła torbę na biurku jednego z urzędników i powiedziała, że znajdujący się w niej przedmiot „zabija jej rodzinę”. Pracownicy nie wiedzieli, z czym mają do czynienia, ale na wszelki wypadek postanowili zachować środki ostrożności. Pakunek przeniesiono poza budynek i umieszczono na krześle na dziedzińcu. Następnego dnia sprowadzono fizyka z miernikiem promieniowania. Jego wskazania były tak wysokie, że początkowo podejrzewano, iż urządzenie jest uszkodzone. Dopiero drugi detektor potwierdził, że nie zawinił sprzęt, a w mieście rzeczywiście znajdowało się niezwykle silne źródło promieniowania.
Kiedy władze zrozumiały skalę zagrożenia, rozpoczęła się gorączkowa akcja poszukiwania skażonych miejsc. Badano budynki, ulice, pojazdy, meble, ubrania, dokumenty, ziemię i rośliny. Detektory montowano na samochodach, którymi przejechano ponad dwa tysiące kilometrów miejskich dróg. Policja odgradzała podejrzane miejsca. Najsilniej skażone domy rozebrano. Z innych usuwano fragmenty ścian, podłogi, dachy i warstwy ziemi. Wyrzucano meble, lodówki, odzież oraz przedmioty osobiste. Sprawdzano miejskie autobusy, aby znaleźć ten, którym Maria przewiozła kapsułę z domu do budynku służby sanitarnej. Nawet niewielka drobina cezu mogła tworzyć punkt o bardzo wysokim poziomie promieniowania.
Okazało się, że niemal w całym mieście znajdują się rozsiane ogniska promieniowania. Straż pożarna i obrona cywilna pomagały ewakuować mieszkańców na miejski stadion, gdzie poddano ich dezynfekcji a następnie sprawdzano poziom napromieniowania. Do miasta zostali wezwani specjaliści brazylijskiej Narodowej Komisji Energii Jądrowej.
Ofiary
Od 30 września do 22 grudnia przebadano około 112 tysięcy osób. U 249 wykryto skażenie zewnętrzne lub wewnętrzne, a u 129 obydwa jego rodzaje. 28 osób doznało popromiennych uszkodzeń skóry, 14 miało poważnie zahamowaną pracę szpiku kostnego, a u ośmiu rozwinęły się typowe objawy ostrej choroby popromiennej. Początkowo leczono ich w miejskim szpitalu, ale kiedy stan chorych zaczął się pogarszać, najciężej poszkodowanych przewieziono do specjalistycznego szpitala marynarki wojennej w Rio de Janeiro. Tamtejszy personel musiał jednocześnie leczyć chorobę popromienną i zapobiegać dalszemu rozprzestrzenianiu się promieniowania.
23 października, niespełna sześć tygodni po pierwszym kontakcie z substancją radioaktywną, zmarły Maria Gabriela Ferreira i jej sześcioletnia siostrzenica Leide das Neves Ferreira. Cztery dni później odszedł 22-letni Israel Batista dos Santos, pracownik złomowiska, a 28 października 18-letni Admilson Alves de Souza. Pogrzeby odbywały się w atmosferze strachu. Ciała umieszczono w specjalnych trumnach zabezpieczających przed promieniowaniem. Mimo tych środków ostrożności mieszkańcy okolic cmentarza protestowali przeciwko pochówkom, obawiając się skażenia gleby i wód.
Proces
Sprawiedliwość przyszła powoli i dla poszkodowanych oraz rodzin ofiar okazała się rozczarowująco łagodna. Na ławie oskarżonych zasiedli właściciele kliniki, fizyk odpowiedzialny za bezpieczeństwo radiologiczne oraz człowiek związany z budynkiem, w którego ruinach znajdował się aparat. Wiedzieli o niebezpieczeństwie związanym z pozostawieniem w starym budynku urządzenia do radiacji, a mimo to przez wiele miesięcy stało tam ono bez ochrony, dostępne dla każdego, kto wszedł na teren opuszczonej placówki.
Za nieumyślne spowodowanie śmierci czterech osób sąd wymierzył kary w wysokości trzech lat i dwóch miesięcy pozbawienia wolności. Nikt jednak nie trafił tak naprawdę za kraty. Kary odbywały się w systemie otwartym, później zamieniono je na grzywny i prace społeczne, a część skazanych objęto ułaskawieniem. Komisję Energii Jądrowej obciążono odpowiedzialnością finansową, nakazując jej opłacanie opieki zdrowotnej ofiarom tragedii.
Dla ludzi, którzy stracili bliskich, zdrowie i domy, taki finał sprawy był trudny do zaakceptowania. Przez kolejne dekady żyli z bliznami, lękiem i piętnem „ofiar cezu”, podczas gdy ci, którzy dopuścili do pozostawienia śmiercionośnego urządzenia w niezabezpieczonych ruinach, ponieśli kary niewspółmierne do rozmiaru tragedii.
Maggie Sawicka

