Na początku 1981 roku Glenna „Sue” Sharp, samotna matka wraz z piątką dzieci przeniosła się do Keddie. Zamieszkali w skromnej, czteropokojowej chatce pod numerem 28, która miała stać się dla nich przystanią. Przyjechali tu po ciszę. I po to, by zamknąć drzwi za bolesną przeszłością.
Scena jak z koszmaru
Zamiast upragnionego spokoju, nocą 11 kwietnia w ich życie wkradł się terror. Kiedy rankiem następnego dnia 14-letnia córka Sue, Sheila, wróciła do domu po nocy spędzonej u przyjaciół, zamiast ciepłego gwaru rodziny zastała ciszę przesiąkniętą grozą. W salonie, na podłodze, leżały trzy ciała: jej matki Sue (36 lat), brata Johna (15) i jego przyjaciela, Dana Wingate’a (17). Ich krew zdążyła zaschnąć na meblach.
Wszyscy troje byli skrępowani taśmą medyczną, izolacyjną i przewodami elektrycznymi. Susan, naga od pasa w dół, miała związane ręce i nogi, a usta zakneblowane opaską i własną bielizną. Dłonie i kostki Johna i Dana również były brutalnie unieruchomione. Obok ciał leżały porzucone narzędzia mordu: nóż, tasak i młotek, każdy noszący ślady szaleńczej przemocy. „To była scena jak z koszmaru” – mówiła później Sheila.
Druga córka, 12-letnia Tina Sharp zniknęła. Nie było jej ani w kabinie, ani w okolicy. Młodsze dzieci, dwóch chłopców Sue, Ricki i Greg oraz ich przyjaciel Justin przeżyli. Spali w tym czasie na górze, w innym pokoju. Niczego nie usłyszeli, niczego nie widzieli. Dla nich tamta noc minęła tak samo, jak każda inna.
Ale koszmar dopiero się zaczynał. Druga córka, dwunastoletnia Tina, zniknęła bez śladu. Nie było jej ani w chatce, ani w najbliższej okolicy. Za to dwójka młodszych dzieci – synowie Ricki i Greg, oraz ich przyjaciel Justin – przeżyła. Spali na piętrze, w oddzielnym pokoju. Niczego nie słyszeli ani nie widzieli. Dla nich tamta noc minęła tak samo zwyczajnie, jak każda inna.
Policjanci byli kompletnie zdezorientowani. Nie znaleziono żadnych oznak włamania: drzwi i okna były zamknięte, zamki nienaruszone. Nie było odcisków palców ani choćby strzępu DNA. Wszystko wskazywało na to, że sprawca działał w masce i rękawiczkach, przygotowany od początku do końca. Przywiózł ze sobą taśmy, przewody i narzędzia. Zostawił jedynie krew ofiar – nic ponad to, co musiało pozostać. Zbrodnia wyglądała na uderzająco „doskonałą”.
Śledczy szybko uznali, że Tina została uprowadzona przez tego samego napastnika. Wciąż liczono, że dwunastolatka żyje, dlatego uruchomiono szeroko zakrojone poszukiwania. Sprawą zajęło się nawet FBI, lecz po krótkiej analizie agenci wycofali się, przekonani, że lokalne służby poradzą sobie samodzielnie. Ta decyzja okazała się katastrofalnie błędna.
Skomplikowane dochodzenie
Śledztwo okazało się znacznie bardziej skomplikowane, niż początkowo zakładano. Mijały lata, a wraz z nimi mnożyły się nowe znaki zapytania. Sprawa stawała się coraz bardziej zagmatwana i mroczna.
Przełom wydawał się nadejść dopiero w 1984 roku. W rejonie Camp 18, niedaleko Feather Falls w hrabstwie Butte – setki kilometrów od Keddie – odnaleziono czaszkę i fragmenty szkieletu. Ekspertyza potwierdziła, że to szczątki Tiny.
Wtedy pojawili się główni podejrzani: sąsiad Sharpsów, Martin Smartt, oraz jego znajomy John Boubede. Obydwaj mieli kryminalną przeszłość. Martin mieszkał w chatce numer 26, tuż obok ofiar, i mógł mieć motyw. Według nieoficjalnych doniesień Sue ingerowała w toksyczny związek Martina i jego żony. Tej samej nocy, kiedy dokonano morderstw, Smartt miał rzekomo zgubić młotek, który później uznano za potencjalne narzędzie zbrodni. A Boubede – jak sugerowano – był wtedy w Keddie razem z nim.
Wydawało się, że policja wreszcie trafiła na właściwy trop. Nic bardziej mylnego. Z powodu braku dowodów żadnemu z mężczyzn nie postawiono oficjalnych zarzutów. Obaj zmarli: Smartt w 2000 roku, Boubede w 1988.
Potem śledztwo znów utknęło w martwym punkcie. Przez kolejne dekady akta sprawy spoczywały w archiwach, powoli pokrywając się kurzem. Społeczność Keddie, która niegdyś wierzyła, że mieszka w jednym z najbezpieczniejszych zakątków Kalifornii, zaczęła popadać w narastający lęk. Mieszkańcy zamykali drzwi na klucz, dzieci przestały biegać same po okolicy. „Każdy podejrzewał każdego” – wspominał późniejszy szeryf Greg Hagwood. Właśnie dlatego w 2013 roku ogłosił, że śledztwo zostaje wznowione.
Zaczęto ponownie analizować każdy szczegół. I dopiero po ponad trzech dekadach od tragedii pojawiły się nowe tropy. W 2016 roku z pobliskiego stawu wyłowiono młotek, który miał należeć do Martina. Według policji mógł zostać użyty podczas ataku, choć testy nie przyniosły jednoznacznego potwierdzenia. Śledztwo nabrało tempa także dzięki nowym technologiom. W 2018 roku z fragmentu taśmy, którą skrępowano ofiary, udało się wyizolować DNA „znanej, żyjącej osoby”. Z powodu braku twardych dowodów nikomu jednak nie postawiono zarzutów, a nazwiska nie ujawniono. W oficjalnych komunikatach mowa jest jedynie o „podejrzanym”. Śledczy zapewniają, że trop pozostaje aktualny. Nie wykluczają też, że w zbrodnię mogło być zamieszanych nawet sześć osób.
Oczekiwanie na prawdę
Do dziś sprawa pozostaje nierozwiązana. A przez to bolesna. Dla bliskich rodziny Sharpów świadomość, że zło, które pojawiło się tamtej nocy w osadzie, nadal nie ma imienia ani twarzy, pozostaje ciężarem trudnym do udźwignięcia.
Po samej chatce 28 nie zostało nic poza pustym miejscem. W 2004 roku rozebrano ją do ostatniej belki. Osada Keddie – niegdyś pełna turystów i rodzin szukających ciszy – po wydarzeniach z 1981 roku zaczęła powoli umierać. Dziś to zarośnięty zakątek pełen pytań bez odpowiedzi. Zostały tylko fundamenty i cisza, którą przecina szelest drzew, niosąc echo tamtej makabry. Miejsce to przypomina każdemu, kto tu trafi – przypadkiem lub z ciekawości – że zło zawsze ma ludzką postać. I że nawet teraz, po dekadach, w zapomnianych lasach i zakurzonych archiwach, historia Sue, Johna, Tiny i Dana wciąż czeka na sprawiedliwość.
Joanna Tomaszewska








