Urodziła się w 1898 roku w Pokrowskoje, w sercu syberyjskiej ziemi, gdzie rzeki płyną leniwie, a zimy są dłuższe niż niejedno wspomnienie. Ojciec – prosty chłop z ludu, który nagle stał się „świętym” dla carowej – był dla niej kimś więcej niż tylko rodzicem. Był magnesem, który przyciągał losy całej Rosji. Gdy Maria dorastała, Rasputin stawał się coraz potężniejszy. Widziano w nim uzdrowiciela młodego carewicza Aleksego, ale też grzesznika, którego modlitwy pachniały winem i skandalem.
W carskim Petersburgu nazywano go „szaleńcem Bożym”. Jedni padali przed nim na kolana, inni szykowali truciznę. Maria, wówczas nastolatka, obserwowała wszystko to z bliska – widziała splendory i przepych, ale też nienawiść i lęk. Widziała, jak władza i fanatyzm potrafią przemieniać ludzi w drapieżników.
Ucieczka z imperium
Grudzień 1916 roku przyniósł krew i legendę. Rasputin zginął tak jak żył – w sposób niewiarygodny. Otruty, postrzelony, w końcu zatopiony w lodowatej Newie. Mówiono, że nie chciał umrzeć, że jego oczy nawet po śmierci zachowały blask. Ale dla Marii to nie była legenda, lecz ojciec. Kiedy jego ciało wydobyto z rzeki, miała osiemnaście lat i zrozumiała, że w Rosji nie ma już dla niej miejsca.
Rewolucja pochłonęła wszystko: tron, wiarę, rodzinę i przeszłość. Uciekała jak wielu innych – z garścią wspomnień i nazwiskiem, które stało się dla niej przekleństwem.
Najpierw była Europa – Berlin, potem Paryż. Pracowała w cyrku, występując jako „córka Rasputina”. Publiczność chciała dotknąć tajemnicy, zobaczyć, czy w jej oczach kryje się błysk szaleństwa po ojcu. A ona – choć zarabiała na nazwisku, które przyniosło jej ból – robiła to z godnością. Wiedziała, że musi żyć, nawet jeśli jej życie stało się widowiskiem.
W Berlinie występowała z cyrkiem Hagenbeck, tresując lwy i tygrysy – miała odwagę, której brakowało niejednemu mężczyźnie. Prasa pisała o niej jako o „egzotycznej Rosjance z dzikim spojrzeniem”, o kobiecie, która rozumie zwierzęta lepiej niż ludzi.
W latach trzydziestych osiadła we Francji. Prowadziła tam szkołę tańca i napisała wspomnienia, w których próbowała oczyścić imię ojca. W książce „Rasputin: Mój ojciec” (1934) ukazała nie potwora, lecz człowieka prostego, religijnego, a zarazem prześladowanego przez uprzedzenia i nienawiść.
Gdy Europa ponownie pogrążała się w chaosie, Maria uznała, że musi uciekać po raz drugi. W 1937 roku opuściła kontynent i przez Japonię oraz Hawaje dotarła do Stanów Zjednoczonych. W Ameryce była kimś z innego świata – egzotyczną, tragiczną postacią z upadłego imperium. Zmieniała adresy, zawody, nawet tożsamość. Pracowała w kabarecie, niekiedy w teatrze lub cyrku; bywała tancerką, artystką, także pielęgniarką. A czasem – po prostu kobietą, która próbowała zapomnieć o przeszłości.
Cień ojca
Ale jak zapomnieć o kimś, o kim wciąż mówi cały świat? Rasputin stał się symbolem upadku Romanowów, uosobieniem tajemnicy, grzechu i niepojętej siły wpływu. Przez dziesięciolecia jego imię powracało w książkach, filmach i plotkach, rosnąc do rozmiarów legendy.
Maria żyła z widmem ojca, które nie chciało odejść. Była dziedziczką jego złej sławy, a jednocześnie ofiarą historii, skazaną na to, by całe życie tłumaczyć cudze winy. Wiedziała jednak, że nie ucieknie od nazwiska, które już dawno przestało należeć do niej.
W listach pisała, że jej ojciec był „człowiekiem głęboko religijnym, surowym, prostym i świętym w sposób, którego świat nie potrafi zrozumieć”. Do końca była o tym przekonana, choć przeczuwała, że nikt jej nie wierzy. Imię Rasputina dawno przestało być imieniem – stało się symbolem. Wokół jego legendy narastały mity, które z czasem całkowicie przysłoniły człowieka z krwi i kości.
Kalifornijski azyl
Spokój odnalazła dopiero w Los Angeles – daleko od syberyjskich śniegów, od carskiego złota i mrocznych wspomnień. Tam, w małym domu na obrzeżach miasta, spędziła resztę życia. Została obywatelką Stanów Zjednoczonych, choć w sercu zawsze pozostała córką Rosji.
Pracowała w szpitalu, potem w domu opieki, a wolne chwile poświęcała pisaniu i wspomnieniom. Czasami zapraszano ją do lokalnych szkół i klubów, by opowiadała o upadku caratu – mówiła o tym z godnością, ale też z goryczą. „Historia – mawiała – nie jest sprawiedliwa wobec tych, których nazwiska brzmią zbyt głośno”.
Gdy w 1972 roku fotograf uchwycił jej portret, była już stara i zmęczona. Trzymała na kolanach wizerunek ojca – jakby ściskała w dłoniach całą przeszłość, której nikt nie mógł jej odebrać. Na jej twarzy nie było gniewu – tylko dziwna mieszanina dumy i rezygnacji. Być może wiedziała, że oboje – ona i on – zostaną zapamiętani nie takimi, jakimi byli, lecz takimi, jakich sobie wymyślił świat.
Maria Rasputina odeszła bezpotomnie w 1977 roku. Z jej śmiercią zgasł ostatni ślad rodu człowieka, o którym mówiono, że nawet śmierć nie potrafiła go pokonać. Jej życie stało się cichym epilogiem historii, która zaczęła się w błocie syberyjskiej wioski, a skończyła w słońcu Kalifornii – historii pełnej cudów, szaleństwa i nieuniknionego upadku.
W jej oczach, utrwalonych na tej jednej fotografii, odbija się coś więcej niż wspomnienie ojca. To echo całego świata, który przeminął – świata carów, proroków i złudzeń o boskim przeznaczeniu.
Była jego ostatnim świadkiem. Kobietą, która przeszła przez rewolucję, ucieczkę, biedę i samotność, niosąc w sercu imię, którego dźwięk do dziś budzi dreszcz.
Monika Pawlak








