Graham był przekonany, że jego mózg już nie żyje. Spędzał długie godziny na cmentarzu, tłumacząc, że tam jest „najbliżej śmierci”. Dopiero szczegółowe badania obrazowe pozwoliły postawić diagnozę: syndrom Cotarda. Jedno z najrzadszych i najbardziej wstrząsających zaburzeń psychicznych, w którym człowiek wierzy, że… jest martwy. Że jego ciało nie istnieje, organy zgniły, a świadomość trwa w osobliwej, niepojętej formie niebytu.
Do dziś na świecie opisano zaledwie około 200 przypadków tego syndromu. Każdy z nich jest inny. I każdy brzmi jak mroczny, surrealistyczny koszmar.
Bez ciała i prawa do śmierci
Pierwszy opis tego mrożącego krew w żyłach zaburzenia pochodzi z końca XIX wieku. W 1880 roku paryski neurolog Jules Cotard przedstawił historię swojej pacjentki, nazywanej Mademoiselle X, która była przekonana, że straciła wszystkie narządy. Twierdziła, że nie ma wątroby, żołądka, serca ani krwi. Uważała, iż jej świadomość żyje już tylko „z rozpędu” – pozbawiona ciała, biologii i prawa do definitywnej śmierci. Skoro była martwa, nie mogła przecież umrzeć ponownie. Przez całe tygodnie odmawiała jedzenia. Aż w końcu zmarła – nie z powodu wirusa, zapalenia płuc czy choroby serca. Mademoiselle X, pierwsza udokumentowana ofiara syndromu, zagłodziła się na śmierć.
Psychiatrzy są zgodni: syndrom Cotarda nie ma jednego wzorca. Wszyscy chorzy są przekonani, że nie żyją, lecz ich historie i objawy za każdym razem przybierają inną, boleśnie indywidualną formę.
I tak pewna nastolatka z Kanady przez kilka miesięcy powtarzała rodzinie, że czuje zapach gnijącego mięsa. „To ja. Moje ciało się rozkłada” – mówiła. Zamknęła się w pokoju, przestała jeść, zasłoniła lustra i zerwała kontakt z rówieśnikami. Bo – jak twierdziła – obcowanie z trupem „nie miało sensu”.
Inny chory, mężczyzna z Japonii, uważał, że jego serce przestało bić, a mózg całkowicie zanikł. „Jestem tylko obudową, pustą w środku” – powtarzał lekarzom.
Z kolei pewna Rumunka po ciężkiej depresji uwierzyła, że „zniknęła”. Stała godzinami przed ścianą, jakby czekała, aż zapadnie się w nią na dobre. Ignorowała jedzenie i ludzi, przekonana, że świat wokół jest jedynie ułudą.
W medycznych opracowaniach opisano również przypadek pewnego Szkota, u którego urojenia Cotarda rozwinęły się po urazie mózgu, doznanym w wypadku motocyklowym. Był przekonany, że wtedy umarł. A gdy przeprowadził się do RPA, cieplejszy klimat tylko utwierdził go w przekonaniu, że trafił… do piekła.
U niektórych chorych pojawia się poczucie potępienia. Inni są pewni, że ciało obumarło, ale dusza wciąż funkcjonuje – jakby w zawieszeniu. Wielu sądzi, że skoro nie czują głodu, nie muszą jeść. A skoro nie czują bólu, mogą sprawdzać granice własnej wytrzymałości – nierzadko z tragicznymi skutkami.
To właśnie dlatego syndrom Cotarda bywa tak niebezpieczny. Kto wierzy, że już nie żyje, przestaje walczyć o życie.
Zerwana nić z samym sobą
Co wywołuje tak przerażające zaburzenie? Syndrom Cotarda bywa łączony z „błędnym mapowaniem siebie”. Badania neuroobrazowe w mózgu pokazują, że u części pacjentów obszary odpowiadające za emocje… milkną. Cotard to mroczna kulminacja wielu zaburzeń. U niektórych występują zmiany neurologiczne – urazy, udary, choroby neurodegeneracyjne. Zdarza się też, że towarzyszą im inne choroby tożsamości, jak choćby zespół Capgrasa, czyli przekonanie, że bliscy zostali zastąpieni sobowtórami.
Co istotne, w wielu badaniach pojawia się wspólny mianownik: większość chorych cierpi na ciężką, psychotyczną depresję.
Niektórzy neurolodzy porównują Cotarda do „zerwania ostatniej nici łączącej człowieka z samym sobą”. Emocje, ciało, świadomość, tożsamość – wszystko, co składa się na poczucie „ja”, zaczyna się rozpadać. Najbardziej dramatycznie brzmi to w wypowiedziach samych pacjentów: „Nie czuję niczego. To znaczy – czuję, że nie powinienem istnieć”, „Nie mam krwi. Przestała płynąć”, „Jestem martwy, ale ktoś jeszcze używa mojego ciała”. Wielu z nich unika luster. Widząc własne odbicie, odczuwają bowiem szok lub dezorientację, bo ich umysł nie uznaje własnego ciała za żywe.
Największym zagrożeniem w syndromie Cotarda nie są same urojenia, lecz zachowania, które z nich wynikają. Chorzy przestają jeść, bo „martwi nie potrzebują jedzenia”. Odmawiają leczenia, bo „martwych nie da się uratować”. Nierzadko stają się autodestrukcyjni — skoro ciało jest już martwe, jego ochrona traci sens.
Śmierć z przekonania
Czy można takiego chorego „przywrócić do życia”? Tak – o ile otrzyma odpowiednie leczenie. Najskuteczniejsza okazuje się terapia elektrowstrząsowa (ECT) wspierana silnymi lekami antydepresyjnymi lub przeciwpsychotycznymi. ECT potrafi szybko osłabić urojenia, przywrócić poczucie istnienia i poprawi
nastrój. Gdy farmakoterapia zadziała na czas, szanse na „powrót do życia” są duże.
Tak było choćby u 50-letniego Włocha, który po udarze błagał o pochówek, wierząc, że jego organy zniknęły. I u 45-letniego pacjenta z Indii, który, na granicy śmierci głodowej, był pewien, że jest trupem. Ich życie uratowały antydepresanty, terapia elektrowstrząsowa i intensywne wsparcie psychologiczne. Wielu ozdrowieńców opisywało moment powrotu świadomości jak przebudzenie z długiego, koszmarnego snu. Depresja ustąpiła. Urojenia umilkły. A świadomość znów stała się własna.
Jak zaufać żywemu człowiekowi, który twierdzi, że jest martwy? Jak traktować jego słowa poważnie? Bliscy często nie zdają sobie sprawy, że depresja to nie tylko smutek. Zaburzenia psychiczne potrafią odłączyć człowieka od samego siebie. Nierzadko zaczyna się niewinnie: od przygnębienia, pustki i izolacji. A choć syndrom Cotarda jest skrajnie rzadki i ekstremalny, trudno zaprzeczyć, że naprawdę istnieje.
Joanna Tomaszewska








