Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
piątek, 16 stycznia 2026 13:52

22 cele i jedno życie

1 stycznia 1958 roku, gdy Ameryka budziła się po sylwestrowej nocy, Douglas Kelley, były biegły sądowy w trakcie procesu norymberskiego, zamknął drzwi swojego domu w Kalifornii i połknął kapsułkę cyjanku potasu. Nowy Rok – symbol nowego początku, odnowy i nadziei – dla niego stał się datą ostateczną. Wybór trucizny nie był przypadkowy. Była to dokładnie ta sama substancja, którą dwanaście lat wcześniej posłużył się Hermann Göring, najpotężniejszy z nazistowskich oskarżonych, by uniknąć stryczka w Norymberdze.
22 cele i jedno życie
Douglas Kelley

Autor: Wikipedia

Ten jeden detal wystarczył, by śmierć amerykańskiego psychiatry przestała być prywatną tragedią, a stała się mrocznym epilogiem procesu, który miał zamknąć epokę zła. Samobójstwo Kelleya od początku budziło niepokój, bo nie było tylko końcem życia lekarza. Było końcem długiej drogi – drogi zaczynającej się w ciasnych celach norymberskiego więzienia, w cieniu kamer, szubienic i rozmów z ludźmi odpowiedzialnymi za największe zbrodnie XX wieku.

Gdy w 1945 roku trzydziestoczteroletni Douglas Kelley przybył do Europy jako biegły psychiatra armii amerykańskiej, miał odpowiedzieć na pytanie, od którego zależało moralne samopoczucie powojennego świata: czy przywódcy III Rzeszy byli potworami oderwanymi od rzeczywistości, czy też ludźmi w pełni poczytalnymi – świadomymi tego, co robili. Odpowiedź, którą usłyszał w Norymberdze, okazała się znacznie bardziej przerażająca, niż ktokolwiek był gotów przyjąć.

 

Psychologiczna gra

Kelley był ambitny, błyskotliwy i głęboko przekonany o sile nauki. Wierzył, że psychiatria potrafi nazwać zło, opisać je i rozbroić za pomocą testów, wywiadów oraz diagnoz. Do norymberskiego więzienia wchodził nie jako sędzia, lecz jako badacz. Rozmawiał m.in. z Rudolfem Hessem, Joachimem von Ribbentropem, Alfredem Rosenbergiem i Wilhelmem Keitlem. Każda z tych rozmów była intelektualnym pojedynkiem, a zarazem wejściem w obcy, wypaczony świat wartości, w którym odpowiedzialność rozmywała się w ideologii.

Najtrudniejsza i najbardziej intensywna relacja zawiązała się jednak między Kelleyem a Hermannem Göringiem – byłym marszałkiem Rzeszy, człowiekiem, który przez lata był drugim po Hitlerze symbolem nazistowskiej władzy. Göring, inteligentny, narcystyczny i pełen teatralnych gestów, od pierwszych dni procesu próbował przejąć kontrolę nad własnym wizerunkiem. Doskonale wiedział, że proces jest spektaklem. I że psychiatrzy są jego częścią.

W rozmowach z Kelleyem Göring bywał uprzejmy, dowcipny, chwilami niemal ujmujący. Nie wypierał się odpowiedzialności politycznej, lecz zbrodnie relatywizował, racjonalizował i przesuwał ich akcenty. Kreował się na męża stanu i patriotę, który przegrał wojnę, ale nie honor. Kelley – wbrew własnym intencjom – dał się wciągnąć w tę grę. Fascynował go umysł Göringa: logiczny, sprawny, pozbawiony objawów psychozy, obdarzony wysoką inteligencją. Testy Rorschacha i Wechslera nie pozostawiały wątpliwości. Göring nie był szaleńcem i nie był obłąkany. Był w pełni poczytalny.

To odkrycie stało się dla Kelleya ciężarem. Jeśli człowiek odpowiedzialny za systematyczny terror, obozy koncentracyjne i grabież Europy był psychicznie zdrowy, to gdzie przebiega granica między normalnością a złem? Jak pogodzić to z wiarą w postęp i moralną wyjątkowość cywilizacji Zachodu? Pytania te nie opuszczały Kelleya także po wojnie, gdy wrócił do Stanów Zjednoczonych jako wykładowca i praktykujący lekarz.

 

Oswajanie potworów

Punktem granicznym okazała się noc z 15 na 16 października 1946 roku. Hermann Göring, skazany na śmierć przez powieszenie, popełnił samobójstwo w swojej celi, używając kapsułki cyjanku. Uciekł katom, trybunałowi i publicznemu upokorzeniu. Dla świata był to akt ostatecznej pychy, natomiast dla Kelleya osobista porażka.

Natychmiast pojawiły się pytania: jak trucizna trafiła do celi? Kto zawiódł? Kto nie dopilnował procedur? Kelley, choć formalnie niewinny, nosił w sobie poczucie współodpowiedzialności. Znał Göringa. Rozmawiał z nim. Być może – jak sam później sugerował – zbyt długo widział w nim pacjenta, a nie zbrodniarza.

Po wojnie próbował żyć normalnie. Założył rodzinę, miał dzieci, kontynuował karierę naukową. Był współautorem książki „22 Cells in Nuremberg” („22 cele w Norymberdze”), w której opisywał więźniów procesu jako ludzi inteligentnych, często psychicznie przeciętnych, pozbawionych klinicznego obłędu. Publikacja wywołała burzę. Krytycy zarzucali autorom relatywizację winy i „oswajanie potworów”. 

Dla Kelleya była to próba uporządkowania doświadczeń, które wciąż do niego wracały. Jak się okazało – próba nieudana. Z biegiem lat narastała w nim bowiem depresja. Pojawił się alkohol, problemy zawodowe, poczucie niespełnienia. Norymberga nie dawała mu o sobie zapomnieć. Zło, które Kelley próbował opisać językiem nauki, nie mieściło się w definicjach. Było zbyt ludzkie i zbyt bliskie.

 

Kropka nad historią

1 stycznia 1958 roku Douglas Kelley sięgnął po cyjanek. Wybrał dokładnie ten sam środek, którym posłużył się Göring. Ten akt był czymś więcej niż samobójstwem. Był dramatyczną klamrą, cieniem relacji, która nigdy nie powinna była wyjść poza ramy zawodowego dystansu. Być może Kelley chciał w ten sposób postawić kropkę nad historią, która nie pozwalała mu zasnąć. Być może była to kara, którą sam sobie wymierzył. A być może – akt desperacji człowieka, który zajrzał zbyt głęboko w otchłań i nie potrafił już odwrócić wzroku.

W ostatnich miesiącach jego historia powróciła z nową siłą do zbiorowej świadomości wraz z wejściem na ekrany kin filmu „Norymberga”, opartego na jego książce „22 cele w Norymberdze”. Także w związku z minioną w listopadzie 80. rocznicą rozpoczęcia procesu, który miał stać się moralnym fundamentem powojennego świata. Film nie opowiada wyłącznie o winie oskarżonych, ale również o cenie, jaką zapłacili ci, którzy musieli ich słuchać.

W tej ekranowej opowieści Kelley przestaje być jedynie postacią historyczną. Staje się symbolem człowieka Zachodu, przekonanego, że rozum i nauka wystarczą, by nazwać i ujarzmić zło. Norymberga miała przynieść katharsis – jasną granicę między cywilizacją a barbarzyństwem. Tymczasem rozmowy Kelleya z Göringiem i innymi więźniami odsłoniły coś znacznie bardziej niepokojącego: że zbrodnia może być dziełem ludzi inteligentnych, racjonalnych i emocjonalnie stabilnych. Że potwór nie zawsze ma obłąkane oczy.

To właśnie ta świadomość zdaje się najtrwalszym dziedzictwem Douglasa Kelleya. Jego samobójstwo nie było kapitulacją wobec jednego człowieka ani jednego procesu. Było krzykiem sprzeciwu wobec świata, w którym odpowiedzi okazały się zbyt proste, a pytania – zbyt ciężkie. Cyjanek stał się gorzką klamrą tej historii. Nie triumfem zła, lecz dowodem, że nawet ci, którzy próbowali badać je z bezpiecznego dystansu, nie zawsze wychodzili z tej konfrontacji cali.

Śmierć Douglasa Kelleya pozostaje jednym z najbardziej przejmujących epilogów procesu norymberskiego. Pokazuje, że wojna nie kończy się wraz z ogłoszeniem wyroku. Że jej echo potrafi wracać latami i niszczyć także tych, którzy mieli ją jedynie opisać, zbadać i zrozumieć. Kelley nie był zbrodniarzem ani sędzią. Był świadkiem. A czasem to właśnie świadkowie płacą najwyższą cenę.

Jacek Hilgier


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama