Niewiele wiadomo o tych pierwszych polskich imigrantach, poza tym, że byli wśród nich uchodźcy po powstaniu listopadowym z 1830 roku. Wyraźniejszy impuls pojawił się w 1851 roku, gdy do miasta przybył polski przedsiębiorca Antoni Schermann. Otwierając w połowie lat 60. polską agencję pośredniczącą w wyjazdach, zapoczątkował falę migracji, która z czasem nabrała masowego charakteru.
Ziemia obiecana
Wkrótce do Chicago dotarło około 30 rodzin z z ziem polskich. Osiedliły się na Northwest Side, dając początek przyszłej dzielnicy polskiej. Przybysze pochodzili głównie z Galicji, Śląska i zaboru pruskiego, rzadziej z Królestwa Polskiego. Wśród nich byli bezrolni chłopi, robotnicy i rzemieślnicy, lecz z biegiem lat dołączali też ludzie lepiej wykształceni – nauczyciele, dziennikarze i działacze społeczni, których do wyjazdu pchały nie tylko trudne warunki życia, ale również względy polityczne.
Emigracja zmieniała się wraz z wydarzeniami w Europie: po powstaniach, przed I wojną światową, w okresie międzywojennym, a później po II wojnie światowej, gdy do Chicago trafiali uchodźcy wojenni i polityczni.
Droga do Ameryki dla większości z nich wyglądała podobnie. Najpierw podróż koleją do Hamburga lub Bremy, potem kilkanaście dni na statku i wreszcie Ellis Island – brama do Nowego Świata. Tam sprawdzano zdrowie, dokumenty i to, czy przybysz ma dokąd jechać. Dla wielu Polaków Chicago miało nie być całkiem obce. Czekał tam ktoś z rodziny, znajomy z tej samej wsi, adres zapisany na kartce schowanej głęboko w kieszeni. W archiwach Ellis Island do dziś można znaleźć te nazwiska – często zapisane fonetycznie, zmienione, uproszczone – pierwszy ślad obecności polskich rodzin w Ameryce.
Dom jak zegarek
Po przyjeździe Polacy osiedlali się tam, gdzie była praca. W ten sposób powstawały dzielnice takie jak Back of the Yards, Polish Downtown, okolice Avondale i Pilsen. Mieszkania były ciasne, często przeludnione. W jednym lokalu potrafiły mieszkać dwie rodziny albo rodzina z lokatorami, którzy płacili za łóżko lub materac. Pracowali wszyscy – mężczyźni, kobiety i dzieci, bo jedna pensja nie wystarczała, aby utrzymać rodzinę.
Przeważającą większość imigrantów stanowili samotni młodzi mężczyźni, chłopi i robotnicy. Jednym z nich był Jakub Budz, polski rolnik, który właśnie zakończył dwuletnią obowiązkową służbę wojskową i postanowił za chlebem ruszyć za ocean. Po przyjeździe do Chicago szybko znalazł pracę w firmie Swift & Company, jednej z potęg przemysłu mięsnego.
Rzeźnie tej firmy wyznaczały rytm życia całej okolicy. Zmiany zaczynały się wcześnie, kończyły późno, a zapach smalcu i mięsa wnikał w ubrania, skórę i mieszkania. Jakub w pracy poznał swoją żonę, Katarzynę, której posadę załatwił jej brat. Po ślubie nadal oboje pracowali – on przy wyrobie smalcu, ona w dziale krojenia boczku.
W tamtym czasie tygodniowe zarobki robotników fizycznych oscylowały wokół 11 dolarów. Domowe budżety spinało się wynajmowaniem pokoju lokatorom, dorabianiem, a także oszczędzaniem na ogrzewaniu i jedzeniu. Córka Jakuba i Katarzyny, Marianna – później Mary Ann Choyce – po wielu dekadach wspominała w wywiadzie, że dom „musiał działać jak zegarek”. Oboje rodzice pracowali od świtu do późnej nocy, więc dzieci szybko nauczyły się samodzielności. Starsze rodzeństwo opiekowało się młodszym, pomagało w domu lub zajmowało się drobnymi pracami „u ludzi” – zmywały naczynia, pomagały prać czy sprzątać. Chłopcy od najmłodszych lat roznosili gazety i pomagali przy rozwożeniu mleka. Dziewczynki opiekowały się dziećmi lub sprzedawały losy na loterię. One również, choć małe, miały swój udział w utrzymaniu rodziny.
Marianna z tych pierwszych ciężkich lat w Chicago zapamiętała drobiazgi: strome schody ich mieszkania nad barem, polowe łóżka ustawione w kuchni, strach na Ellis Island, że jej chora siostra nie zostanie wpuszczona do kraju.
Polskie śródmieście
Jan Franciszek Smulski do Stanów Zjednoczonych przyjechał jako dziecko w drugiej połowie XIX wieku. Dorastał już w Chicago, głównie na North Side, w rejonie, który z czasem stał się sercem polskiej dzielnicy – w okolicach dzisiejszych: Milwaukee Avenue, Division Street i Ashland Avenue, znanych później jako Polish Downtown.
Po ukończeniu szkół publicznych studiował prawo na Northwestern University, a pierwszą praktykę adwokacką otworzył właśnie w Polish Downtown – w zasięgu spaceru od parafii, redakcji polskich gazet i sklepów, w których mówiło się po polsku. Jego kancelaria obsługiwała przede wszystkim polskich imigrantów, pomagając im poruszać się w amerykańskim systemie prawnym. Był dobrze znany lokalnej społeczności: współpracował z polską prasą, działał przy parafiach i uczył w szkołach polonijnych. Dzięki temu nie był anonimowym prawnikiem, lecz człowiekiem, którego spotykało się na ulicy, w kościele czy na zebraniach organizacji społecznych. Ta codzienna obecność budowała zaufanie, które później zaprowadziło go do polityki miejskiej – był najpierw miejskim radnym a następnie skarbnikiem miasta Chicago.
W 1906 roku założył Northwestern Trust and Savings Bank, mieszczący się przy Milwaukee Avenue. Dla tysięcy imigrantów był to nie tylko bank, ale miejsce, gdzie można było załatwić sprawy w swoim języku, w znanej okolicy, bez lęku przed niezrozumieniem.
Smak emigracji
Trzecia historia zaczyna się od ciężarówki. W 1918 roku młody polski imigrant Józef Slotkowski przy wsparciu żony założył na Commercial Avenue niewielki zakład produkujący kiełbasę. Firma zaczynała skromnie. Na początku Józef sam rozwoził towar po polskich sklepach i delikatesach, a żona prowadziła niewielki sklep przy zakładzie produkcyjnym. Wszystkich swoich klientów znał z imienia a jego sztandarowy produkt, polska kiełbasa, był czymś więcej niż tylko jedzeniem – był smakiem pozostawionego w Polsce domu i wspomnieniem rodziny.
Gdy biznes się rozrastał, do pracy dołączył jego syn Leonard. Na West 18th Street, w dzielnicy Pilsen – ulicy, która już od końca XIX wieku pełniła rolę lokalnej „Main Street”, skupiającej handel, usługi i codzienne życie imigrantów, uruchomił swój zakład produkcyjny. Z czasem wytwarzana tam kiełbasa trafiła do szerszego obiegu miejskiego i zaczęła być sprzedawana na Maxwell Street – słynnym targowisku i nocnym centrum ulicznego handlu, gdzie tanie jedzenie trafiało do robotników i przyjezdnych, a na chodnikach rodził się chicagowski blues. W ten sposób produkt polonijnej firmy stał się trwałym elementem kulinarnego pejzażu Chicago.
Wspólna historia
Losy Jakuba Budza, Jana Smulskiego i Józefa Slotkowskiego nie były wyjątkiem. Należały do tysięcy podobnych dróg, które splatały się na ulicach Chicago, będąc częścią naszej wspólnej historii. Historii trudnej, naznaczonej ciężką pracą, zmęczeniem i strachem o jutro. Historii ludzi, którzy na Ellis Island drżeli, czy nie zostaną odesłani do kraju, którzy brali najgorsze i najbardziej brudne prace, mieszkali w zatłoczonych pokojach i liczyli każdy dolar, by choć trochę wysłać rodzinom pozostawionym w Starym Kraju. Historii rodziców, którzy sami często nie umieli czytać ani pisać, ale robili wszystko, by ich dzieci mogły chodzić do szkoły i żyć lżej niż oni.
Jest to jednak także historia piękna – nie dlatego, że była łatwa, lecz dlatego, że pokazuje siłę. Siłę ludzi, którzy mimo zmęczenia wstawali każdego ranka, nie poddawali się i parli do przodu, nawet wtedy, gdy droga wydawała się zbyt trudna. To z ich codziennego wysiłku, pracy od świtu do nocy zbudowało się życie następnych pokoleń. I choć ich nazwiska rzadko trafiały do kronik, to właśnie oni stworzyli fundament, na którym stoimy dziś.
Maggie Sawicka








