Zabicie urodzonego w Illinois Alexa Prettiego, pielęgniarza ze szpitala dla weteranów w Minneapolis, jest drugim w ciągu miesiąca przypadkiem śmiertelnego postrzelenia cywila przez agentów federalnych w tym mieście. Tragedię tę od poprzednich odróżnia fakt, że ofiara była uzbrojona i posiadała legalne zezwolenie na posiadanie i noszenie broni. I właśnie ten fakt postawił Republikanów w kłopotliwej sytuacji.
Największym zaskoczeniem ostatnich dni był wpis National Rifle Association (NRA) – krajowego zrzeszenia strzeleckiego – na portalu X. Organizacja, która zazwyczaj bezwarunkowo wspiera organy ścigania, tym razem uderzyła w ton obrony praw obywatelskich. NRA, odnosząc się do twierdzeń polityków republikańskich, jakoby fakt bycia uzbrojonym uzasadniał natychmiastowe użycie siły przez ICE, odparło ten argument. „Obwinianie obywatela za korzystanie z Drugiej Poprawki jest niebezpieczne i błędne. Rozsądne głosy publiczne powinny czekać na pełne śledztwo, a nie demonizować praworządnych posiadaczy broni. Posiadanie broni nie jest wyrokiem śmierci”.
Ten krótki wpis obnażył głęboką hipokryzję części prawicy. Przez lata Republikanie argumentowali, że „dobry człowiek z broniąi” i jest gwarantem bezpieczeństwa. Dziś, gdy ten „dobry człowieki” ginie z rąk agentów federalnych, linia partyjna uległa zmianie.
Sytuacja stała się tak kłopotliwa, że kluczowi senatorowie popierający prezydenta Trumpa zaczęli publicznie odcinać się od działań Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego.
Senator Thom Tillis z Karoliny Północnej, zazwyczaj lojalny wobec administracji, wezwał do przeprowadzenia „rzetelnego i bezstronnego śledztwa”. Tillis poszedł nawet o krok dalej, ostro krytykując urzędników, którzy pospieszyli z osądami: „Każdy urzędnik administracji, który wyciąga pochopne wnioski i próbuje zdusić śledztwo, zanim ono się na dobre zacznie, świadczy niedźwiedzią przysługę narodowi i dziedzictwu prezydenta Trumpa”. Tillis zarzucił sekretarz Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego (DHS) Kristi Noem brak kontroli nad podległymi jej służbami oraz przedkładanie lojalności politycznej nad procedury bezpieczeństwa: „To, co widzimy w Minneapolis, to nie jest egzekwowanie prawa, to jest chaos (…) Jeśli sekretarz Noem nie potrafi zapanować nad agentami ICE i wyegzekwować od nich przestrzegania podstawowych protokołów deeskalacji, to powinna poważnie zastanowić się, czy jej obecność na tym stanowisku pomaga, czy szkodzi bezpieczeństwu narodowemu”.
Ostro zareagowała także Senator Susan Collins, reprezentująca Maine, a więc stan, który również stał się celem wzmożonych operacji ICE. Wezwała ona do natychmiastowego wycofania agentów federalnych zarówno z Minnesoty, jak i z jej rodzinnego stanu. Collins nazwała operacje „zbyt szerokimi i masowymi”, przyznając, że jej biuro jest zasypywane skargami od wyborców przerażonych brutalnością służb federalnych wobec osób przebywających w USA legalnie.
W samym centrum burzy znalazł się Stephen Miller, zastępca szefa personelu Białego Domu i główny architekt polityki imigracyjnej. Miller, znany z twardego retorycznego kursu, początkowo nazwał Prettiego na platformie X „niedoszłym zamachowcem” i „terrorystą domowym”.
Jednak po tym, jak nagrania z kamer społecznościowych udowodniły, że Pretti nie wyciągnął broni, a ta pozostała pod ubraniem aż do momentu, gdy agenci go obezwładnili, Miller musiał częściowo skapitulować. W nieoficjalnych komunikatach płynących z Białego Domu przyznano, że funkcjonariusze „mogli nie postępować zgodnie z protokołem deeskalacji”. To rzadkie przyznanie się do błędu pokazuje skalę paniki wewnątrz administracji, która zdała sobie sprawę, że wideo z zajścia jest niemożliwe do podważenia.
Po stronie Demokratów wrze. Liderzy partii, z Hakeemem Jeffriesem na czele, wystosowali ultimatum: dymisja sekretarz Kristi Noem albo procedura impeachmentu. A co na to prezydent Donald Trump? Prezydent, wyczuwając zmieniające się nastroje i rosnący opór we własnej partii, przyjął nietypową dla siebie strategię. Zamiast tradycyjnego ataku, zaczął „kluczyć”. W rozmowie z gubernatorem Minnesoty Timem Walzem stwierdził, że obaj są na „podobnych falach” i obiecał przyjrzeć się redukcji liczebności sił federalnych w Minneapolis. Oficjalnie Biały Dom zdystansował się też od agresywnej retoryki Millera, twierdząc, że prezydent „chce pozwolić, by fakty prowadziły śledztwo”.
Minneapolis stało się laboratorium nowej, agresywnej polityki federalnej, która właśnie zaczęła przynosić odwrotne skutki. Kryzys ten jest kłopotliwy dla Republikanów z kilku powodów. Partia nie może jednocześnie twierdzić, że broń służy do samoobrony przed tyranią, i usprawiedliwiać zabijania uzbrojonych obywateli przez rząd. Senatorowie tacy jak Collins czy Tillis wiedzą, że obrazy agentów federalnych w maskach strzelających do cywilów w biały dzień są nie do przyjęcia dla wyborców z przedmieść. To szczególnie ważne dla Collins, która w nadchodzących, listopadowych wyborach będzie ubiegać się o kolejną kadencję, a w stanie Maine rośnie silny opór ze strony wyborców.
Republikanie znaleźli się w prawdziwym klinczu. Politycy tej partii zdają sobie sprawę, że nie mogą sobie pozwolić na utratę poparcia ze strony tak silnego środowiska NRA, które od lat potężnie wspiera finansowo ich machinę wyborczą. Ale jednocześnie odejście od retoryki wprowadzania „prawa i porządku” (and. Law and Order), może zdemobilizować bazę wyborczą, czyli ruch MAGA. Na razie administracja Białego Domu stosuje zasadę „plastra na ranę”: z Minneapolis odwołano „twarz” antyimigracyjnych łapanek, szefa Biura Ochrony Granic Gregory’ego Bovino (nieoficjalnie, ma wkrótce odejść na emeryturę), oraz część agentów ICE, ale w jego miejsce wysłano Toma Homana. Ten z kolei w Białym Domu pełni rolę „cara” ds. granicy i wcale nie jest imigracyjnym „gołębiem”, a stanowczym zwolennikiem masowych deportacji. Stąd należy spodziewać się kolejnych ruchów, być może bardziej przemawiających do opinii publicznej.
Daniel Bociąga
[email protected]
[email protected]








