Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Reklama KD Market

Złoty interes bezpieki

Sytuacja gospodarcza PRL-u na początku lat 60. ubiegłego wieku była bardzo zła, co do pewnego stopnia wyjaśnia, dlaczego faktyczna władza – ówcześnie Biuro Polityczne Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej – wyraziła zgodę na rabunki, napady i kradzieże dokonywane przez funkcjonariuszy bezpieki na Zachodzie. Akcja o kryptonimie „Żelazo”, którą nadzorował dyrektor I Departamentu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Mirosław Milewski, trwała aż do lat 70. Została ujawniona w 1984 roku, lecz wiedza o niej trafiła do opinii publicznej dopiero po upadku komunizmu w Polsce.
Złoty interes bezpieki

Autor: fot. AdobeStock

Sytuacja gospodarcza PRL-u na początku lat 60. ubiegłego wieku była bardzo zła, co do pewnego stopnia wyjaśnia, dlaczego faktyczna władza – ówcześnie Biuro Polityczne Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej – wyraziła zgodę na rabunki, napady i kradzieże dokonywane przez funkcjonariuszy bezpieki na Zachodzie. Akcja o kryptonimie „Żelazo”, którą nadzorował dyrektor I Departamentu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Mirosław Milewski, trwała aż do lat 70. Została ujawniona w 1984 roku, lecz wiedza o niej trafiła do opinii publicznej dopiero po upadku komunizmu w Polsce.

Operacja „Żelazo” to jedna z najbardziej bulwersujących i mrocznych kart w historii służb specjalnych Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Stanowi podręcznikowy przykład tego, jak instytucje państwowe, powołane teoretycznie do ochrony bezpieczeństwa kraju, mogą przekształcić się w zorganizowaną grupę przestępczą. To historia o grabieży, morderstwach i cynizmie władzy, która pod płaszczykiem walki z „imperializmem” finansowała swoje operacje za pomocą złota, biżuterii i dzieł sztuki, pochodzących z bandyckich napadów.

 

Trzej „muszkieterowie”

W latach 60. i 70. XX wieku wywiad PRL-u zmagał się z chronicznym brakiem dewiz. Finansowanie agentury na Zachodzie, zakup technologii objętych embargiem oraz luksusowe życie wysokich funkcjonariuszy wymagały ogromnych nakładów twardej waluty, której gospodarka socjalistyczna nie była w stanie dostarczyć w wystarczającej ilości. Wtedy narodził się pomysł operacji o kryptonimie „Żelazo”. Plan był prosty, choć w cywilizowanym świecie niewyobrażalny: służby specjalne nawiązały współpracę z zawodowymi przestępcami, by ci dokonywali napadów rabunkowych w Europie Zachodniej, a łupy przekazywali do Polski.

Głównymi aktorami tej afery byli trzej bracia Janoszowie: Mieczysław, Jan i Kazimierz. Doświadczeni przestępcy, którzy jeszcze przed nawiązaniem oficjalnej współpracy z MSW prowadzili działalność kryminalną na terenie Niemiec, Austrii i Szwajcarii. W latach 60. uciekli na Zachód. Mieczysław był wtedy prokuratorem w Jeleniej Górze i Wrocławiu, a jego bracia prowadzili hutę szkła w Cieplicach. Wykorzystali oni możliwość wycieczki autobusowej do Paryża, by „wybrać wolność”. Była to jedna z popularniejszych metod przedostania się na drugą stronę żelaznej kurtyny i pozostania po jej zachodniej stronie. Chociaż początkowo drogi całej trójki rozeszły się, każdy z nich zamieszkał ostatecznie w Hamburgu. 

Wspólnie zaczęli prowadzić knajpę „Orkan”. Stale przebywając wśród paserów, przemytników i gangsterów Janoszowie zaczęli upodabniać się do otoczenia. Ułatwiały im to polskie władze, dla których trójka braci miała rozpracowywać tamtejsze środowisko emigracyjne. Mieczysław, Jan i Kazimierz szybko stali się członkami polsko-jugosłowiańskiego gangu, biorąc udział w pospolitych napadach na banki i sklepy jubilerskie.

 

Idealne narzędzie

Wywiad PRL dostrzegł w nich idealne narzędzie – ludzi, którzy znali zachodnie realia, potrafili posługiwać się bronią i nie mieli skrupułów. W zamian za nietykalność w Polsce, paszporty i pomoc logistyczną, Janoszowie zaczęli systematycznie przesyłać do kraju zrabowane dobra. MSW stworzyło im bezpieczną bazę w PRL, gdzie mogli cieszyć się luksusem niedostępnym dla zwykłego obywatela, podczas gdy ich „praca” polegała na brutalnych napadach na domy towarowe, jubilerów i prywatne posiadłości na Zachodzie.

Jednak operacja „Żelazo” nie była jedynie zwykłym przemytem. To był zorganizowany przemysł. Zrabowane złoto w sztabkach, tysiące zegarków, biżuteria z brylantami i cenne dzieła sztuki trafiały do Polski kanałami dyplomatycznymi lub w specjalnych skrytkach. Na granicy nikt ich nie kontrolował – nad wszystkim czuwał wywiad.

 

Parasol ochronny

W 1964 roku Janoszowie brali udział w napadzie na bank Reinbeck w północnym RFN. Podczas rabunku wywiązała się strzelanina, w której Mieczysław śmiertelnie ranił kasjera. W niemieckiej prasie publikowano portret pamięciowy mordercy. Za schwytanie bądź wskazanie miejsca jego pobytu przewidziano nagrodę pieniężną. Morderca zaś musiał ukryć się w PRL-u. Naturalnie po tych wydarzeniach możliwości i przydatność informacyjna trójki braci się zmniejszyły. Wtedy oficerowie MSZ zaproponowali im, by przy wsparciu strony polskiej Janoszowie kradli na Zachodzie kosztowności, które potem jeden z nich miał przerzucić do Polski. Przestępcy rabowali złoto, pieniądze, biżuterię, kamienie szlachetne, dzieła sztuki i samochody. Nie ograniczali się tylko do RFN, a z ich rąk zginęli francuski policjant i szwajcarski bankier. Zainteresowaniu nie umknęły nawet deficytowe w Polsce żyletki, które znajdują się w wykazie rzeczy zrabowanych w archiwach IPN. Parasol ochronny MSW dla gangsterów miał ich kosztować 50 proc. wartości zrabowanych dóbr, które miały trafić do budżetu ministerstwa. Całą akcję rozpoczęto w maju 1971 r.

Najbardziej drastycznym epizodem był napad na dom jubilerów w Hamburgu w 1971 roku. Podczas akcji Janoszowie działali z niezwykłą brutalnością, co doprowadziło do śmierci jednej osoby. Fakt, że funkcjonariusze państwowi świadomie wspierali i ukrywali morderców, ukazuje skalę deprawacji systemu. Po powrocie do Polski Janoszowie oddali lwią część łupów swoim mocodawcom z MSW. Szacuje się, że do kasy wywiadu trafiło kilkadziesiąt kilogramów złota i setki tysięcy dolarów. Jednak ogromna część tych skarbów nigdy nie została oficjalnie rozliczona – „rozpłynęła się” w kieszeniach wysokich rangą oficerów i dygnitarzy partyjnych.

Do transportu „żelaza” wykorzystano pociąg, który nie został skontrolowany przez celników. Precjoza rozładowywano na stacji w Bytomiu, a następnie transportowano do Katowic. Według źródeł niektóre ze zrabowanych zegarków miał tam przymierzać sam Edward Gierek – wtedy już I sekretarz Komitetu Centralnego PZPR. Najcenniejsze zaś skarby bracia przewieźli samochodem ze specjalnymi skrytkami. W archiwach zachowały się wspomnienia, że auto było tak obładowane, iż miało problem z przejechaniem dłuższego dystansu. Nienaturalnie niskie nadwozie nie zwróciło uwagi celników, chociaż bardziej prawdopodobne jest to, że po prostu mieli udawać, iż nie zwraca to ich uwagi. 

W 1971 r. w Polsce znalazły się wszystkie zrabowane na Zachodzie kosztowności. W Słubicach funkcjonariusze MSZ przeładowali kontrabandę do podstawionych aut. Walizki z samymi pierścionkami ważyły około 100 kilogramów.

 

Willa w Jaroszowcu

Symbolem afery stał się dom Janoszów w Jaroszowcu. Była to pilnie strzeżona forteca, w której przestępcy żyli pod ochroną milicji i SB. Sąsiedzi wiedzieli, że dzieje się tam coś dziwnego, ale strach przed służbami skutecznie kneblował im usta. Janoszowie czuli się panami życia i śmierci, wierząc, że ich układy z „górą” czynią ich wiecznymi beneficjentami systemu. Mieli też do dyspozycji niemal nieograniczone środki finansowe.

Wszystkie zrabowane kosztowności przewieziono do siedziby MSZ przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie. Ostatecznie Janoszowie otrzymali zaledwie trzecią część towaru przewiezionego przez nich autem. Z partii przetransportowanej pociągiem wydzielono im zaś jedynie skórzane kurtki. Ponieważ pracownicy ministerstwa prawdopodobnie dokonali ponownego rozkradnięcia łupów, dużej części złota do dziś nie udało się odnaleźć. Reszta skarbu została rozsprzedana nomenklaturze za bezcen w latach 70. przez działający przy MSZ sklepik jubilerski.

Chociaż bracia Janoszowie zostali oszukani, mogli cieszyć się dużą swobodą pod ochroną Służby Bezpieczeństwa. Kazimierz zdołał otworzyć nawet własną restaurację w Bielsku-Białej. Janowi, który wciąż mieszkał w Niemczech, proponowano nawet zabójstwo Adama Michnika, ale realizacja tego planu nie doszła ostatecznie do skutku. Ich sielanka skończyła się jednak wraz z ustąpieniem Edwarda Gierka z funkcji I sekretarza partii w 1980 roku. Niedługo później aresztowano Kazimierza za nielegalny handel wódką.

 

Koniec raju

W 1984 roku Mirosław zwrócił się do nowego szefa MSW gen. Czesława Kiszczaka z żądaniem zwolnienia więzionego brata. Groził, że jeśli Kazimierz nie zostanie wypuszczony na wolność, to on sam nie zawaha się przed ujawnieniem znanych sobie faktów i dokumentów, które mogły być kłopotliwe dla resortu”.

W zbiorze dokumentów o aferze „Żelazo” znajduje się notatka Mieczysława Rakowskiego z zamkniętego posiedzenia Biura Politycznego. Czesław Kiszczak mówił wówczas: „Szybko musiałem podjąć decyzję o wypuszczeniu z więzienia aresztowanego Janosza, a teraz gimnastykuję się, jak uchronić bandziora przed zasłużoną karą, żeby milczał”. Kiszczak wykorzystał donos, by pozbyć się z resortu przedstawicieli związanych z byłym kierownictwem. Mówił też: „Jeśli magazynier w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych ukradnie 65 albo 130 kilogramów kiełbasy, to prowadzimy, towarzysze, dochodzenie, kierujemy sprawę do prokuratury, odbywa się rozprawa sądowa i magazynier za 65 albo 135 kilo kiełbasy idzie do więzienia. W tej sprawie, towarzysze, skradziono, albo roztrwoniono 65 lub około 135 kilogramów wyrobów ze złota, kamieni szlachetnych, brylantów, szmaragdów, rubinów, szafirów. Ktoś przecież, towarzysze, za to wszystko powinien ponieść jakąś odpowiedzialność”.

Powołano komisję, która zajęła się zbadaniem sprawy, ale jej działania nie przyniosły efektów. Funkcjonariusze ministerstwa, wśród których wielu stało się posiadaczami skradzionych kosztowności, niszczyli akta. Jedynym ukaranym na podstawie prac komisji, której szefem był generał milicji Władysław Pożoga, został Mirosław Milewski, wyrzucony w 1985 roku z PZPR. Reszta osób zamieszanych w aferę, jak np. Franciszek Szlachcic, otrzymała nagany partyjne. 

Ujawnienie faktów dotyczących tej afery po przemianie ustrojowej wstrząsnęło opinią publiczną. Okazało się, że gen. Mirosław Milewski, jedna z najważniejszych osób w aparacie represji PRL, był bezpośrednim protektorem akcji. Mimo miażdżących dowodów procesy sądowe w tej sprawie ciągnęły się latami i nigdy nie doprowadziły do adekwatnego ukarania wszystkich winnych. Wiele dokumentów zniszczono, a kluczowi świadkowie zasłaniali się niepamięcią lub tajemnicą państwową.

Komisja MSW badająca sprawę operacji „Żelazo” nie ustaliła, kto zagarnął kosztowności. Napotkała na wielkie braki w dokumentach, które były celowo usuwane z kartotek, oraz na niechęć oficerów I Departamentu do ujawnienia prawdy. Zdecydowanie nie pomagał w jej ustaleniu gen. Mirosław Milewski.

 

Interes władzy

Afera „Żelazo” to coś więcej niż historia o złodziejach. To dowód na to, że PRL była państwem, w którym granica między organami ścigania a światem przestępczym praktycznie nie istniała, gdy w grę wchodziły interesy władzy. Do dziś nie wiadomo, ile dokładnie złota trafiło do Polski i gdzie podziały się brakujące depozyty, które według niektórych szacunków mogłyby sfinansować budowę całych osiedli mieszkaniowych.

Dla historyków „Żelazo” pozostaje symbolem „gangsterskiego państwa”, w którym ideologia była jedynie parawanem dla prymitywnej chciwości. Pozostawia ona również otwarte pytanie o to, jak wiele innych, podobnych operacji nigdy nie ujrzało światła dziennego, spoczywając w zmielonych papierach lub niedostępnych archiwach służb. Z wielu dokumentów wynika, że o operacji „Żelazo” wiedział nie tylko szef MSW Franciszek Szlachcic, ale także premier Piotr Jaroszewicz oraz Stanisław Kania, sekretarz KC nadzorujący MSW. Jednak badająca aferę komisja MSW narzuciła sobie polityczne samoograniczenia. Mirosław Milewski mówił na posiedzeniu Biura Politycznego, że „cała operacja, jej idea i to, co się w niej działo, miało wszystko aspekt formalnie zatwierdzony przez najwyższe kierownictwo. Znaczy w hierarchii wywiadu liczą to od naczelnika wydziału, po dyrektora departamentu, później wiceministra i ministra spraw wewnętrznych”.

Jeśli zaś chodzi o braci Janoszów, nie wywodzili się oni, przynajmniej na początku, z marginesu społecznego ani ze środowisk przestępczych. Później jednak, w czasie pobytu w Niemczech, stali się zupełnie innymi ludźmi. W stenogramie rozmowy doradcy w gabinecie szefa MSW z Kazimierzem Janoszem znajdują się słowa tego ostatniego: „W Niemczech miałem opanowany cały Hamburg – prezydenta policji, komisarzy. Oni mi wszyscy salutowali. Podkupywałem ich polskimi towarami: smakowała im gorzałka, wędliny i torty z Wedla”. Ostatecznie jednak wpadka braci była nieunikniona.

Andrzej Heyduk


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama