Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Reklama KD Market

Ocalony od zapomnienia

Słuchali go studenci, zakochani, osoby w dojrzałym wieku – niemal wszyscy. Był poetą codzienności, sprawiał, że słuchając jego utworów człowiek wpadał w zadumę i melancholię. Bo Marek Grechuta nie śpiewał przebojów, lecz opowiadał o emocjach. Aż trudno uwierzyć, że od jego śmierci minie w tym roku już 20 lat.
Ocalony od zapomnienia

Autor: Wikipedia

W historii polskiej muzyki niewielu jest artystów, którzy pozostawili po sobie tak osobny a jednocześnie tak rozpoznawalny świat. Grechuta zaczynał w Krakowie jako student architektury, ale szybko okazało się, że jego prawdziwym językiem ekspresji jest poezja i muzyka. Wraz z Janem Kantym Pawluśkiewiczem stworzył legendarny zespół Anawa, a utwory takie jak „Serce”, „Będziesz moją panią” czy „Korowód” uczyniły go ikoną inteligencji ówczesnej Polski. Choć unikał życia w blasku fleszy, wokół jego osoby narodził się prawdziwy kult. 

W życiu prywatnym artysta zmagał się z depresją, chorobą psychiczną i osobistą tragedią, jaką było zaginięcie syna. 

 

Cherubinek

Rodzinnym miastem artysty jest Zamość. Tam jego dziadkowie ze strony matki, Salomea i Michał Stryjkowie, jeszcze przed wojną prowadzili restaurację „Adria”. Tam też pracowała jedna z ich córek, Wanda, która wyszła za mąż za Zygmunta Grechutę, pochodzącego z podzamojskich Krynic. 

Ich syn urodził się w niedzielny poranek, 10 grudnia 1945 roku. Wspominano, że był to chłopiec „kształtny nad wyraz”, z dużymi niebieskimi oczami i blond włosami. Niestety był też bardzo chorowity. Jego matka w swoim pamiętniku pisała: „Tyle zmartwień mieliśmy z Markiem, bardzo nam chorował. Zygmunt często przebywał na wyjazdach służbowych, wracał bardzo późną nocą do domu, będąc już po paru wódkach… Był bardzo towarzyski. Nie mogłam gniewać się, denerwować, oponować”. Na jakiś czas Grechutowie przenieśli się do podwarszawskich Chylic, gdzie mieszkali do 1956 roku, czyli do czasu ich rozwodu.

Po powrocie w rodzinne strony Wanda Grechuta zamieszkała z synem w rodzinnym domu, wraz ze swoją siostrą i matką. Te trzy silne kobiety dbały, by Marek był pilnym uczniem i uprzejmym młodym dżentelmenem. Kiedy okazało się, że chłopiec ma talent muzyczny, miejscowy organista dawał mu lekcje gry na fortepianie. 

 

Wychowany w starym stylu

Choć Grechuta od zawsze kochał poezję i muzykę, wybrał praktyczny kierunek studiów – architekturę. Na uczelni w Krakowie poznał jednak Jana Kantego Pawluśkiewicza. W 1966 roku wspólnie założyli Kabaret Architektów Anawa (od francuskiego en avant, co znaczy: naprzód). Rok później Grechuta zaśpiewał „Tango Anawa” na Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie. Co ciekawe, choć dostał się do półfinału, nie był faworytem jury. Jego poważna interpretacja i fakt, że stoi na scenie nieruchomo, nie przypadła im do gustu. Na sali była jednak Ewa Demarczyk, która uparła się i przekonała jurorów, by nagrodzili młodego studenta z Politechniki Krakowskiej. Ostatecznie Grechuta zajął II miejsce w kategorii wokaliści, a że festiwal był transmitowany przez telewizję, utwór szybko stał się przebojem, a jego wykonawca – obiektem westchnień wielu Polek.

Bo jak pisze Marta Sztokfisz, autorka biografii Marka Grechuty pt. „Chwile, których nie znamy. Opowieść o Marku Grechucie”, artysta był wzorem przedwojennej kindersztuby. Nawet „ubierał się w nieco staroświeckim stylu. Gdy chłopcy z zespołu Anawa nosili spodnie dzwony lub zdobywane za granicą wojskowe zielone kurtki, on chodził w trenczu à la Humphrey Bogart w filmie Casablanca. Marek był w dobrym tonie”. I Polki pokochały ten ton.

Po pierwszym sukcesie przed Grechutą otworzyła się brama do sławy. W 1968 roku na Krajowym Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu dostał nagrodę dziennikarzy za utwór „Serce”, a rok później – za „Wesele” – nagrodę TVP. W 1970 roku wraz z zespołem nagrał płytę „Marek Grechuta & Anawa”, a w kolejnym – album „Korowód”. Za tytułowy singiel otrzymał nagrodę główną na 9. KFPP w Opolu. 

Potem jego kariera rozkręciła się jeszcze mocniej. Grechuta tworzył kolejne formacje muzyczne, projekty, komponował. Nagrywał płyty aż do 2002 roku, kiedy ze względów zdrowotnych oficjalnie wycofał się z życia zawodowego.

 

Taka miłość

Jeszcze w zamojskim liceum poznał swoją pierwszą miłość, Halinę Murawską. Spędzali ze sobą mnóstwo czasu, grali w brydża, chodzili na wycieczki, pływali kajakiem, grali na cztery ręce na fortepianie. Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy okazało się, że Marek idzie na architekturę do Krakowa a Halina na medycynę do Lublina. Murawska wspominała, że gdy Marek dowiedział się o tym, rozwiesił na sznurach od bielizny jej zdjęcia, co zajmowało pół pokoju. Kiedy to zobaczyła – oniemiała. Ponoć wtedy po raz pierwszy ujawniła się u piosenkarza choroba afektywna dwubiegunowa, prześladująca go do końca życia. 

Przez kolejne dwa lata tworzyli parę na odległość. Pod koniec grudnia 1967 roku Halina przyjechała do Krakowa, by ostatecznie rozmówić się z Markiem na temat ich przyszłości. Poszli razem do znajomych na imprezę sylwestrową i tam Grechuta spotkał Danutę. Od razu zwrócił na nią uwagę. Początkowo nowa znajoma była odporna na jego zaloty, ale Marek wykazał się wielką wytrwałością w zdobywaniu jej serca. Halina przeszła w zapomnienie, choć po śmierci artysty przedstawiła inną wersję: że to ona zakochała się w koledze ze studiów i to ona podjęła decyzję o rozstaniu. Niezależnie od tego, kto ma rację, ostatecznie to Danuta okazała się miłością życia Grechuty i to jej był wierny do końca. Ślub wzięli w 1970 roku. Dwa lata później urodził się ich jedyny syn, Łukasz. 

Po latach Danuta przyznała, że życie z artystą nie było proste. „Wychodziłam za mąż za architekta, a nie za twórcę mającego całe życie spędzić na estradzie. Kariera sceniczna Marka mogła się przecież skończyć tak szybko, jak prędko się zaczęła (…). Ale los zadecydował inaczej, więc rolę małżonki artysty należało zagrać najlepiej jak można” – napisała w biografii „Marek. Marek we wspomnieniach żony Danuty”, którą stworzyła wspólnie z Jakubem Baranem. 

 

Życie w cieniu choroby

Grechuta całe życie zmagał się z chorobą afektywną dwubiegunową. Schorzenie utrudniało mu karierę, ponieważ zdarzało się, że z jego powodu przerywał próby czy występy, co było błędnie odbierane jako skutki nadużywania alkoholu. Tymczasem artysta unikał i alkoholu, i kawy. W młodości co prawda palił papierosy, ale szybko rzucił ten nałóg. Na szczęście w gorszych momentach zawsze miał przy sobie żonę. Danuta organizowała mu życie w trakcie długotrwałych napadów silnej depresji, wyłączającej go z normalnego funkcjonowania. 

Jego stan pogorszyło nagłe zniknięcie ich syna. W lutym 1999 roku Łukasz wyszedł z domu pod pretekstem spotkania. Kiedy nie wrócił, natychmiast powiadomili służby. Ówczesna rzeczniczka prasowa policji w Krakowie tak komentowała tę sprawę w mediach: „Kiedy rodzina zgłosiła zaginięcie, po kilku dniach skontaktował się z nami policjant z Jeleniej Góry. Jadąc samochodem do pracy, rozpoznał Łukasza na ulicy i zaproponował mu podwiezienie. Kiedy chłopak wsiadł do samochodu, zawiózł go na komisariat, a my powiadomiliśmy rodziców”.

Grechutowie nikomu wówczas nic nie powiedzieli, uważając, że jest to sytuacja jednorazowa. Czas pokazał, że się mylili. Niecały miesiąc później, 3 marca, Łukasz znowu zniknął. Na odchodne miał powiedzieć tylko, że poszuka sobie jakiejś pustelni, by się wyciszyć. Kiedy jednak po kilku tygodniach nie dawał znaku życia, artysta i jego żona zaczęli odchodzić od zmysłów. Wynajęli prywatnego detektywa. Wystąpili nawet razem w TVP w popularnym programie „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”, zajmującym się poszukiwaniem zaginionych osób. Wtedy do studia zadzwonił Łukasz. Powiedział: „Mamo, ja wracam do domu” i rozłączył się. Pojawił się dopiero po kilku kolejnych miesiącach. Potem niechętnie wracał do tego tematu. W jednym z wywiadów powiedział tylko, że podróżował samotnie, jak czyni to tysiące pielgrzymów. 

Rodzinna tragedia niewątpliwie wpłynęła na stan zdrowia Marka Grechuty. Zaczął mieć poważne problemy z sercem. Zmarł w październiku 2006 roku na niewydolność krążenia. Do końca życia pozostał jednak symbolem piękna, klasy i artystycznej autentyczności. 

Małgorzata Matuszewska 


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama