Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Reklama KD Market

Diabeł gra w kości

Kości – najprostsze z narzędzi losu. Małe sześciany, które od tysięcy lat toczą się po ziemi, stołach i klepiskach karczm, budząc euforię zwycięzców i rozpacz przegranych. Wydawałoby się – niewinna rozrywka. A jednak za grą w kości kryje się coś znacznie mroczniejszego: przemoc, przeklęte legendy, zakazane rytuały i historie, w których każdy rzut mógł oznaczać utratę nie tylko pieniędzy, ale i życia.
Diabeł gra w kości

Autor: Adobe Stock

Gra starsza niż historia

Pochodzenie gry w kości sięga prehistorii. Pierwsze kostki nie były jeszcze sześcianami – to były kości zwierząt, zwłaszcza skokowe, tzw. astragale. Archeolodzy odnajdują je w grobach sprzed pięciu tysięcy lat, od Mezopotamii po subkontynent indyjski. Egipcjanie grali w nie nad Nilem, Sumerowie na tarasach świątyń, a Grecy uczynili z nich atrybut bogów losu. Wierzono, że rzut astragalem to głos samego przeznaczenia.

Z czasem proste kości zyskały kształt sześcianu i stały się jedną z najstarszych gier hazardowych świata. Z Babilonu i Egiptu trafiły do Grecji, a potem do Rzymu – stając się ulubioną rozrywką legionistów i cesarzy.

W starożytnym Rzymie gra w kości była zakazana, ale w praktyce kochało ją całe imperium. Niewolnicy, legioniści, kupcy i senatorowie – wszyscy stawiali zakłady. Tylko w czasie Saturnaliów zakaz oficjalnie znoszono, ale hazard kwitł przez cały rok w spelunach rzymskiej Subury.

Cesarz Klaudiusz napisał podręcznik o kościach, a Nerona nazywano „cesarzem, który przegrał los Rzymu”. Na ulicach, w termach, w koszarach – wszędzie słychać było charakterystyczny stukot kostek o drewniane kubki. Wiele ruin rzymskich tawern i domów kryje jeszcze wyryte na stołach i schodach pola do gry w kości, tzw. tabula lusoria.

Kości były tak popularne, że weszły nawet do języka: „Alea iacta est!” („Kości zostały rzucone!”) miało stać się słynnym zawołaniem Cezara, gdy przekroczył Rubikon i poprowadził legiony na Rzym.

Kości nie mają jednej ustalonej reguły. To raczej całe rodziny gier, które przez wieki przyjmowały różne postaci. Najprostsza zasada – kto wyrzuci wyższą sumę oczek, ten wygrywa – towarzyszyła ludziom od tysiącleci. Ale szybko pojawiły się bardziej wyrafinowane odmiany.

W starożytnym Rzymie najpopularniejsze były trzy. Tali polegały na rzucaniu czterema astragalami, gdzie liczyły się nie tyle sumy oczek, ile same układy – na przykład cztery różne wartości uchodziły za najwyższe zwycięstwo. Z kolei alea była klasycznym hazardem na dwóch lub trzech kościach, w którym stawką bywały ogromne sumy pieniędzy. Obok nich istniała jeszcze duodecim scripta, gra planszowo-kościana, będąca praprzodkiem dzisiejszego backgammona.

W średniowieczu i epoce nowożytnej kości przybierały kolejne formy. W Anglii pojawiła się gra zwana hazardem, która szybko stała się ulubioną rozrywką rycerzy i kupców, a z czasem dała początek współczesnemu crapsowi. W XIX i XX wieku to właśnie craps podbił Amerykę – była to gra żołnierzy, marynarzy i gangsterów, w której dwie kości decydowały o losie całych majątków. Daleka Japonia miała natomiast własną, prostą odmianę zwaną chō-han, polegającą na obstawianiu, czy suma oczek z dwóch kości okaże się parzysta (chō) czy nieparzysta (han).

Niezależnie od miejsca i epoki zasady różniły się szczegółami, lecz sedno zawsze pozostawało to samo: kilka rzutów potrafiło wywołać euforię albo rozpacz, a emocje związane z kośćmi graniczyły z obsesją.

 

Diabelski symbol losu

Już w średniowieczu władcy i Kościół wielokrotnie zakazywali gry w kości, widząc w niej źródło moralnego zepsucia. W kronikach francuskich czy angielskich znajdują się zapisy o tym, jak biskupi grozili graczom ekskomuniką, a królowie wydawali edykty zakazujące hazardu w tawernach. Oczywiście zakazy działały odwrotnie: im bardziej piętnowano kości, tym chętniej ludzie zbierali się w zaułkach i piwnicach, by spróbować szczęścia.

W karczmach XV i XVI wieku rzut kośćmi mógł w jednej chwili zamienić biedaka w bogacza albo wysłać go na bruk – obdartego i pobitego. Karczmarze opowiadali, jak przegrani często zostawiali w zastaw noże, buty, a nawet… żony i dzieci. Zdarzało się, że hazard zamieniał się w handel ludźmi.

Kości toczyły się nie tylko na stołach, lecz także po podłogach zakurzonych tawern. Tam hazard mieszał się z alkoholem i gniewem. W XVII-wiecznym Gdańsku kronikarze notowali krwawe bijatyki w karczmach portowych, gdzie marynarze przegrywali całe wypłaty. W takich momentach broń wyciągano szybciej niż kości. Zdarzało się, że rzut przegranego kończył się wbitym nożem w plecy albo rozbitą czaszką o beczkę piwa.

W Londynie istniały słynne „dice dens” – podziemne nory hazardowe, w których rządziły gangi. Tam rozgrywano nie tylko pieniądze, ale też życie. Kto nie miał czym zapłacić, mógł zostać sprzedany do niewolniczej pracy na statkach albo po prostu znikał w nurcie Tamizy. Policja nie raz znajdowała ciała ludzi z pustymi kieszeniami i wyrytą na dłoni kreską – znakiem przegranej w kości.

Gra w kości była też obsesją żołnierzy. W czasie wojen krzyżowych i wojen trzydziestoletnich wojacy często rozgrywali całe łupy – złote kielichy, zbroje, konie – a przegrani potrafili sięgać po broń przeciwko własnym towarzyszom. W obozach wojskowych rozbrzmiewał stukot kości, a obok – jęki rannych i modlitwy kapelanów. Bywało, że całe kompanie buntowały się, bo hazard doprowadzał do niesnasek i bratobójczych mordów.

Kości fascynowały także dlatego, że były symbolem losu – bezlitosnego, nieprzewidywalnego i ślepego. Rzut decydował, kto żyje, a kto ginie. W więzieniach kryminaliści grali o własną przyszłość – czasem dosłownie, bo przegrany musiał wykonać ryzykowne zadanie dla gangu albo zapłacić życiem. W amerykańskich więzieniach XX wieku „dice games” były areną, na której decydowały się hierarchie i losy ludzi.

Do dziś w wielu miejscach kości budzą respekt i przesąd. W kasynach Las Vegas są błyszczące i sterylnie czyste, ale wciąż przyciągają ludzi gotowych postawić wszystko na jeden rzut. W pamięci historii jednak tkwią te dawne sceny: zadymiona karczma, blask świecy, stukot kości o drewniany stół i oczy pełne strachu.

Bo kości to nie tylko gra. To echo dawnych czasów, kiedy los decydował o wszystkim, a diabeł chichotał w kącie tawerny.

Monika Pawlak


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama