10 sierpnia 2018 roku, kilka minut po 19.00, Richard Russell, pracownik obsługi naziemnej lotniska Sea-Tac w Seattle, podłączył holownik do turbośmigłowego Bombardiera Q400 linii Horizon Air. Nie było w tym nic niezwykłego – robił to od czterech lat. Tego wieczoru odczepił jednak pojazd, wszedł do kokpitu, uruchomił silniki i bez zgody wieży kontrolnej wyprowadził samolot pasażerski na pas startowy. O 19.32 wzbił się w powietrze. Nie miał żadnego przeszkolenia, nigdy wcześniej nie startował samolotem, a latania uczył się z YouTube’a i gier wideo. Miał 28 lat.
Koniec optymizmu
Richard „Beebo” Russell urodził się na Florydzie, dorastał na Alasce. W liceum grał w futbol amerykański, później dostał się na studia w Oregonie. Tam poznał Hannah i stracił dla niej głowę. Pobrali się w 2012 roku. Skupił się na realizacji jej marzenia kosztem własnej nauki – razem otworzyli piekarnię w North Bend, którą sprzedali trzy lata później, przeprowadzając się do Sumner w stanie Waszyngton, bliżej rodziny Hannah.
Russell znalazł pracę w obsłudze naziemnej Horizon Air, gdzie holował samoloty po płycie lotniska, ładował bagaże i obsługiwał urządzenia zasilające. Był spokojny, lubiany i sumienny. Na swoim kanale na YouTube publikował krótkie filmiki z pracy i opowiadał o codziennych obowiązkach. „Dźwigam bagaże – dużo bagaży, naprawdę bardzo dużo bagaży” – mówił z humorem, choć w jego tonie pobrzmiewał wyraźny zawód.
Zarabiał 12 dolarów i 75 centów na godzinę – poniżej minimum. Tyle płaciło Horizon Air człowiekowi, który przez cztery lata codziennie holował po płycie samoloty warte 30 milionów dolarów. Współpracownicy mówili otwarcie o wyzysku: za mało rąk do pracy, zbyt wiele godzin i zarobki, z których nie dało się utrzymać. Russell pozostawał jednak optymistą, nie szukał nowej pracy i liczył na awans, chcąc zostać managerem. Wrócił więc na studia i zdobył dyplom licencjata, pracując po godzinach, lecz mimo to nie otrzymał wymarzonej pozycji i wtedy coś w nim pękło. Nie była to jedynie frustracja finansowa – w jego notatniku znajdowały się zapiski o polityce imigracyjnej, niesprawiedliwości świata i pragnieniu zrobienia czegoś, co zwróciłoby uwagę na warunki pracy obsługi naziemnej Horizon Air.
Beczkowy obrót
Po wzbiciu się w powietrze Russell przez 75 minut latał nad Puget Sound – zatoką między Seattle a wyspami stanu Waszyngton. Był sam w pustym samolocie, który normalnie mieścił 76 pasażerów. Przez cały lot utrzymywał kontakt radiowy z kontrolą lotów, a rozmowy były spokojne, chwilami niemal czułe. W pewnym momencie zapytał, czy Alaska Airlines zatrudni go jako pilota, jeśli bezpiecznie wyląduje. Usłyszał, że dostałby każdą pracę, ale tylko się roześmiał. Gdy padło pytanie, dlaczego porwał samolot, odpowiedział spokojnie: „Płaca minimalna. Można to tak podsumować”. Chwilę później poprosił o współrzędne konkretnej orki – samicy, która przez tygodnie nie wypuszczała z płetw martwego potomka i stała się symbolem żałoby na całym wybrzeżu. Chciał ją zobaczyć, podobnie jak szczyty gór – to były jego ostatnie marzenia.
Kontrolerzy i piloci próbowali nakłonić go do lądowania, oferowali pomoc, wskazówki i namiary na lotnisko wojskowe, lecz Russell słuchał, dziękował i spokojnie odmawiał. „Nie, chyba nie dam rady wylądować. Nie chcę nikogo skrzywdzić” – powiedział. Miał jednak inne marzenie – wykonać tzw. beczkowy obrót, czyli obrócić maszynę i lecieć nią „do góry nogami”, by w ostatniej chwili ją poderwać. Manewr ten jest elementem pokazów lotniczych, lecz nikt nie wykonuje go samolotem pasażerskim. Russell zapytał jeszcze: „Jak myślicie, potrzebuję chyba z 5000 stóp, żeby zrobić ten beczkowy obrót?”, lecz kontrolerzy nie potraktowali tego poważnie i zmienili temat.
Chwilę później 108-stopowy samolot wzbił się wyżej, przechylił w prawo i wszedł w nurkujący łuk – dach znalazł się pod spodem, ziemia nad głową. Maszyna niemal pionowo opadła, po czym wróciła do normalnej pozycji, przez kilka sekund lecąc tuż nad wodą, by w ostatniej chwili poderwać się ponownie w górę.
Russell wykonał beczkowy obrót – bez szkolenia i instruktora. Piloci wojskowi obserwujący go z F-15 nie wierzyli własnym oczom. Samolot, który nie powinien znaleźć się w powietrzu, obracał się wokół własnej osi, skręcał i opadał, a mimo to pozostawał stabilny. Russell całkowicie panował nad maszyną. Prezes Horizon Air, Gary Beck, powiedział później, że manewry były „niesamowite” i że nie ma pojęcia, skąd Russell miał takie umiejętności. Weterani lotnictwa ocenili, że obrót był „zaskakująco dobrze wykonany – bez przeciągnięcia i bez wyrwania skrzydeł”.
Po manewrze kontrolerzy ponownie poprosili go o lądowanie. Russell odpowiedział spokojnie: „Nie wiem. Nie chcę. Trochę liczyłem na to, że to będzie koniec”. Mówił o pięknych widokach, zachodzącym słońcu i przemijaniu, a potem się pożegnał: „Mam wielu ludzi, którym na mnie zależy. Będą rozczarowani, gdy się dowiedzą. Przepraszam ich wszystkich. Jestem po prostu… zepsutym gościem. Chyba miałem poluzowane śruby. Nie wiedziałem o tym wcześniej”.
Sky King
O 20.46 samolot uderzył w słabo zaludnioną wyspę Ketron na Puget Sound. Nikt na ziemi nie ucierpiał. Śledczy FBI przez miesiące analizowali czarne skrzynki, nagrania i korespondencję, wykluczając terroryzm, spisek oraz udział osób trzecich. Śmierć zakwalifikowano jako samobójstwo.
Internet widział to jednak inaczej. Dla wielu Russell nie był samobójcą, lecz symbolem – kimś, kto na moment wyrwał się z własnego życia. W sieci nazwano go „Sky Kingiem”, powstały memy, koszulki, piosenki i setki wpisów.
Russell nie był terrorystą ani klasycznym przestępcą. Był zmęczonym 28-latkiem, który przez cztery lata holował samoloty po betonowej płycie lotniska za skromną pensję i pewnego wieczoru postanowił uciec – choćby na chwilę wzbić się ponad to wszystko i już nigdy nie wrócić.
Joanna Tomaszewska









