Już na długo przed fatalnym listopadem 1796 roku organizm carycy wysyłał sygnały, których nie sposób było ignorować. Katarzyna cierpiała na potężne bóle głowy i żołądka, a jej nogi – opuchnięte, ciężkie i pokryte ranami – odmawiały posłuszeństwa. Medycyna XVIII wieku była bezradna wobec takich objawów, choć nie brakowało prób ratunku. Sprowadzano wodę morską z odległego Morza Północnego, by leczyć wrzody na kończynach. Zabiegi te przypominały bardziej rytuały niż terapię – bolesne, wyczerpujące i ostatecznie nieskuteczne. Caryca traciła przytomność, a jej ciało, zamiast wracać do sił, pogrążało się w coraz większym rozkładzie.
Ciało przeciw władzy
Nie była to jednak kobieta, która łatwo się poddawała. Katarzyna pozwalała lekarzom na radykalne interwencje – operacje, upuszczanie krwi, nacinanie żył – wszystko w nadziei, że odzyska choćby cień dawnej sprawności. W tym uporze było coś więcej niż tylko lęk przed śmiercią. Była w nim wola władzy, która przez całe życie nie znosiła ograniczeń. Imperatorowa, która podporządkowała sobie ogromne imperium, nie potrafiła pogodzić się z tym, że własne ciało staje się jej przeciwnikiem.
Paradoksalnie jednak im bardziej ciało słabło, tym silniejsza stawała się refleksja nad tym, co nieuniknione. Caryca, która przez lata nie chciała słyszeć o przemijaniu, zaczęła mówić o śmierci z niemal filozoficzną swobodą. Spędzała długie godziny w pałacowej cerkwi, tworzyła własne modlitwy, zachęcała otoczenie do porzucenia grzesznego życia. Nie tyle było to religijne nawrócenie, ile próba uporządkowania chaosu, który nadchodził.
Jednocześnie nie porzucała swojej natury. Jeszcze na kilka dni przed śmiercią uczestniczyła w spotkaniach towarzyskich, rozmawiała, śmiała się. W Ermitażu, w gronie najbliższych, dała się rozbawić do łez przez starego przyjaciela, Lwa Naryszkina. Lecz ten śmiech okazał się niemal zapowiedzią katastrofy. Atak kolki, który ją wtedy dopadł, był jak preludium do ostatecznego załamania.
Upadek w samotności
Rankiem 5 listopada wszystko przebiegało jeszcze według ustalonego rytmu. Caryca wstała wcześnie, jak zawsze. Umyła się, zjadła śniadanie, wypiła mocną kawę. Przyjmowała urzędników, wysłuchiwała raportów, rozmawiała z faworytem, Płatonem Zubowem. Był to obraz władczyni wciąż sprawującej kontrolę – nawet jeśli była to już tylko iluzja.
Potem nastąpiła chwila, która przeszła do historii w niemal makabrycznej formie. Katarzyna udała się do toalety i nie wracała przez dłuższy czas. Gdy służba zajrzała do środka, zobaczyła carycę leżącą na podłodze –zakrwawioną i z pianą na ustach. Przeniesienie jej do sypialni okazało się trudne – ciało było ciężkie i bezwładne. Lekarze pojawili się szybko, ale ich działania przypominały raczej desperackie gesty niż świadome leczenie. Upuszczano krew, przykładano plastry, stosowano środki pobudzające. Nic jednak nie przyniosło efektu. Katarzyna do końca nie odzyskała przytomności.
Wkrótce medycyna ustąpiła miejsca religii. Przy łóżku umierającej pojawili się duchowni. Modlitwy zastąpiły zabiegi, a imperatorowa – jeszcze niedawno absolutna władczyni – stała się tylko ciałem oczekującym na koniec.
Ostatni oddech imperium
Najbardziej poruszające były jednak reakcje tych, którzy przybyli pożegnać ją po raz ostatni. Wnukowie, którzy jako pierwsi dotarli do pałacu, nie byli w stanie znieść widoku konającej babki. Jej oddech zamieniał się w głośne rzężenie, słyszalne w całym korytarzu. Twarz przybierała nienaturalne barwy – od purpury po siną czerwień. Był to obraz śmierci bez upiększeń, niemal brutalnie szczery.
Wkrótce przybył syn, Paweł I Romanow, wraz z żoną. Relacja między nimi była przez lata napięta, pełna nieufności i chłodu. A jednak w tej chwili wszystko to straciło znaczenie. Paweł uklęknął i pocałował rękę matki. W obliczu śmierci nawet najgłębsze konflikty tracą swoją ostrość.
Katarzyna II zmarła wieczorem 6 listopada 1796 roku. Oficjalnie przyczyną był wylew krwi do mózgu, być może połączony z innymi schorzeniami. W rzeczywistości był to finał długiego procesu – powolnego rozpadu organizmu, który przez lata ignorował własne ograniczenia.
Jej śmierć wstrząsnęła Petersburgiem. Pod Pałacem Zimowym gromadziły się tłumy, ludzie modląc się klękali na śniegu. Propaganda, plotki i rzeczywistość zlały się nagle w jedno. Katarzyna była jednocześnie podziwiana i znienawidzona – i właśnie dlatego jej odejście wywołało tak silne emocje.
Jednak nawet po śmierci nie zaznała spokoju. Proces balsamowania przeprowadzono nieumiejętnie, a ciało zaczęło się rozkładać szybciej, niż przewidywano. Podczas ceremonii pogrzebowej, która odbyła się w grudniu w Soborze Pietropawłowskim, obecni musieli zmagać się z odorem rozkładu. Był to niemal symboliczny finał – ciało imperatorowej, które miało zostać zachowane dla potomności, rozpadło się na oczach tych, którzy przyszli oddać jej hołd.
W tej scenie jest coś przejmującego i zarazem bezlitosnego. Władza, splendory, pałace, armie – wszystko to okazało się bez znaczenia wobec praw biologii. Katarzyna II, która przez lata kreowała się na oświeconą monarchinię, patronkę kultury i reform, odeszła w sposób, który bardziej przypominał dramat niż triumf.
A jednak jej śmierć nie zamknęła historii. Wręcz przeciwnie – stała się początkiem nowego rozdziału. Panowanie Pawła I szybko pokazało, jak krucha była równowaga, którą utrzymywała jego matka. Imperium, które wydawało się stabilne, zaczęło się chwiać.
Śmierć Katarzyny była więc czymś więcej niż końcem życia jednej osoby. Była końcem epoki – momentem, w którym iluzja oświeconego absolutyzmu zderzyła się z rzeczywistością ludzkiej słabości. I być może właśnie dlatego jej ostatnie chwile, tak brutalne i pozbawione upiększeń, wydają się dziś bardziej prawdziwe niż wszystkie triumfy, które poprzedzały je przez ponad trzy dekady jej rządów.
Monika Pawlak









