Pod koniec lutego tego roku rosyjscy operatorzy dronów zastosowali nową taktykę. Wysłali drona typu Mołnia, który przenosił minę przeciwpancerną. Eksplodowała tuż przy wejściu do ziemianki, powodując u obu żołnierzy wstrząśnienie mózgu i drżenie całego ciała. Doszło do kilku podobnych ataków, aż w końcu Lietunow usłyszał znajome, złowieszcze bzyczenie. Tym razem mina spadła bezpośrednio na dach ich schronienia. „Podnoszę wzrok, a dachu już nie ma. Wszystko wyleciało w powietrze” – relacjonował.
Eksplozja oderwała Saszy nogi. „Odpływam” – powiedział ranny. Lietunow zrozumiał, że kolejny dron wkrótce może dobić ich obu. Próbował odkopać towarzysza, lecz szybko zdał sobie sprawę, że ten już nie żyje. W pośpiechu wydostał się więc na powierzchnię. Z adrenaliną buzującą w żyłach, wciąż w samych skarpetkach, pobiegł w stronę innych ukraińskich pozycji. W końcu dostrzegł wśród drzew ufortyfikowany punkt. Wejście zasłaniał koc.
W ziemiance wroga
„Zacząłem krzyczeć. Myślałem, że w środku są moi ludzie. Wtedy usłyszałem szelest. Wszedłem do ziemianki i zobaczyłem faceta w mundurze, który celował we mnie z karabinu automatycznego” – opowiadał. „Powiedziałem mu, że należę do takiej a takiej brygady i że zostałem zbombardowany. On odparł: »Wejdź do środka«. Posłuchałem. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie jego akcent. Był Rosjaninem. »Nie jesteś jednym z nas, prawda? Proszę, nie zabijaj mnie« – powiedziałem”.
Gdy Lietunow znalazł się w środku, rosyjski żołnierz, Nikita, rozkazał mu wejść do ciasnej podziemnej komory. „Jesteś nieuzbrojony. Nie zastrzelę cię” – powiedział. Pokazał mu też chrześcijański krzyż, zbity z dwóch drewnianych desek, z wypisanymi słowami: „zbaw i chroń”. Oświadczył, że wypuści go następnego ranka. Nie zrobił tego, a Lietunow przez cały czas żył w przekonaniu, że każda chwila może być jego ostatnią.
Przez kolejne dwa tygodnie, pod ziemią, rozgrywała się surrealistyczna i zdumiewająca historia przetrwania – opowieść o dwóch mężczyznach, którzy, skazani na siebie, zaczęli się poznawać. Rosyjscy i ukraińscy żołnierze rzadko mają okazję, by po prostu usiąść i porozmawiać w tej długiej, wyniszczającej wojnie. Wraz z rozwojem technologii dronów, które zapuszczają się coraz dalej, strefa rażenia rozszerzyła się nawet do 25 kilometrów w obu kierunkach. Bezpośrednie starcia należą dziś do rzadkości – większość ran i śmierci powodują eksplozje zadawane z dystansu.
Manipulacja oprawcą
Ukrainiec – 34-letni kapral z Odessy – szybko zrozumiał, że jego jedyną szansą na przeżycie jest manipulacja oprawcą. Jako nastolatek czytał książki o psychologii i potrafił wyciągać wnioski z obserwacji. Zorientował się, że Nikita jest narkomanem i drobnym przestępcą, wypuszczonym z więzienia, by walczył w Ukrainie. Uciekł z pola bitwy, trafił do niewoli, a potem odesłano go z powrotem na front. Jego dowódca – Czeczen – wydawał rozkazy, wrzeszcząc przez radio.
Nikita kazał Lietunowowi się rozebrać, po czym dokładnie przeszukał jego ubranie i pas, szukając narkotyków. Wierzył bowiem w kremlowską propagandę, według której ukraińscy żołnierze to „narkomani” wyposażeni w tajne nadajniki GPS. Ściany ziemianki pokrywały listy od rosyjskich uczniów – wszystkie niemal identyczne. Nikita uparcie powtarzał, że rosyjska armia jest najlepsza na świecie, choć sam był zziębnięty, głodny i samotny. Raz dziennie dron typu Mavic zrzucał mu skromną rację: około 250 gramów żywności – paczkę kaszy, dżem i małą butelkę wody.
Cierpiał na gwałtowne wahania nastrojów. „Potrafił w jednej chwili zamienić się w szaleńca, przyłożyć mi broń do czoła i powiedzieć: zabiję cię tu i teraz” – wspominał Lietunow. „Zaczynałem się modlić… a potem zapadała cisza. Słyszałem, jak odkłada broń. W jednej sekundzie zmieniał zdanie”.
Lietunow postanowił udawać głupca. „Widziałem, że Nikita nie jest zbyt bystry, ale sprawiałem wrażenie, że to ja jestem tym głupim. Mogłem uciec, ale tego nie zrobiłem – chciałem, żeby bardziej mi zaufał”. Z czasem zaczął jednak tracić siły i równowagę psychiczną. Jeden z palców u jego stopy poczerniał wskutek gangreny. Wtedy poprosił Nikitę, by ten zastrzelił go na zewnątrz, tak aby jego ciało mogło zostać odnalezione i zwrócone rodzinie. „Wpadł w złość i odmówił. Bał się wyjść, bo wiedział, że na zewnątrz czyha śmierć” – wyjaśniał Ukrainiec.
Fikcyjny nieboszczyk
Brygada Lietunowa, numer 118, była przekonana, że Wadim najprawdopodobniej nie żyje. Jego dowódca przekazał tę informację matce żołnierza, Irinie, mówiąc, że jest „w 95 procentach pewien”, iż jej syn już nie wróci. Żona Lietunowa, Alesia – z którą ma pięcioletniego syna, Andrija – wierzyła jednak, że mąż wciąż żyje. Sama była doświadczoną żołnierką: do armii zaciągnęła się zaledwie kilka godzin po rozpoczęciu inwazji Władimira Putina w lutym 2022 roku. Służyła w plutonie obrony przeciwlotniczej i brała udział w wyzwoleniu Chersonia. Nie przestawała wysyłać Wadimowi wiadomości przez komunikator Telegram.
Tymczasem w ciasnej przestrzeni ziemianki Nikita wydzielał swojemu jeńcowi jedną kostkę czekolady dziennie oraz naparstek wody. Sam coraz częściej narzekał na warunki, w jakich przyszło mu walczyć: brak jedzenia, chroniczne zimno i konieczność zbierania deszczówki. „Pijemy własny mocz” – miał powiedzieć.
„Pewnego ranka rzucił do mnie: może powinienem ci się poddać?” – wspominał Lietunow. „Odpowiedziałem, że nie ma takiej potrzeby, ale dodałem mimochodem, że warunki w ukraińskiej niewoli są dobre: trzy posiłki dziennie, papierosy, Konwencja Genewska”.
Do podobnej rozmowy dochodziło kilkakrotnie – jak twierdzi Lietunow, co najmniej pięć razy. Przełom nastąpił w chwili, gdy skończyła się woda. Nikita, wyraźnie odwodniony, powiedział: „Znam pewne miejsce”. Wyszli razem we mgle. Nad ich głowami rozległo się charakterystyczne brzęczenie drona. Tym razem był to dron ukraiński.
Lietunow szybko przyczepił do drzewa znak z własnym pseudonimem – Cartman – oraz numerem brygady. Upadł na kolana, wskazał go i zaczął krzyczeć, że jest ukraińskim żołnierzem. Jednak jego oddział uznał, że obaj mężczyźni są Rosjanami, i wysłał kolejnego drona, by ich zlikwidował. Maszyna rozbiła się. Start następnego drona bojowego wstrzymano dopiero wtedy, gdy dowódca sprawdził profile Lietunowa w mediach społecznościowych i zorientował się, że wychudzony, wyniszczony mężczyzna to ich zaginiony towarzysz broni.
Pół godziny później nad ich głowami pojawił się kolejny dron. „Pomyślałem: albo zaraz nastąpi huk – i to będzie koniec – albo początek nowego życia” – wspominał.
Z maszyny spadł radiotelefon. „Opowiedziałem im o Nikicie, a oni zaczęli zadawać pytania” – relacjonował Lietunow. „Próbowałem dawać im do zrozumienia, żeby przestali – że to ja jestem jeńcem, a nie on, i że moje życie zależy od jego nastroju. Natychmiast zamówiliśmy jedzenie i wodę”.
Dron zrzucił cztery porcje żywności gotowej do spożycia – tzw. boil-in-the-bag. Lietunow powiedział Nikicie, że nie jest w stanie przełykać, i oddał mu swoją porcję. Była to świadoma manipulacja – wiedział, że najedzony Rosjanin staje się spokojniejszy. Wkrótce pojawiły się kolejne dostawy, tym razem także papierosów. W tym samym czasie rosyjski dron zrzucił bombę-pułapkę – kłodę z ukrytym w środku trotylem. Nikita otrzymał rozkaz, by umieścić ją w lesie.
Niepewność do końca
Lietunow przyznał, że aż do ostatniej chwili nie miał pewności, czy Nikita rzeczywiście się podda, czy raczej wysadzi w powietrze jego i ziemiankę. Pewnego dnia na ich pozycję spłynęła gęsta mgła – i nagle wyłonił się z niej ukraiński pojazd opancerzony. Obaj mężczyźni wskoczyli na jego tył.
Wcześniej Nikita sugerował, że mógłby spróbować przejąć pojazd i uciec nim z powrotem do swojej bazy. Ostatecznie jednak zrezygnował z tego pomysłu. Pokornie się poddał i zniszczył swój telefon.
Gdy dotarli do dowództwa brygady, Lietunow wspominał, że jego towarzysze ściskali go i gratulowali mu powrotu – z niedowierzaniem, jakby wrócił ktoś uznany za zmarłego. Swojemu przełożonemu powiedział, że obiecał Rosjaninowi uczciwe traktowanie.
Nikita dostał kawę. Dodał do niej mleko skondensowane i aż sześć łyżeczek cukru. Dwie godziny później przybyli funkcjonariusze ukraińskiej służby bezpieczeństwa – SBU – i zabrali go ze sobą. Najprawdopodobniej zostanie wymieniony na ukraińskich jeńców wojennych. Zazwyczaj Rosjanie trafiający do niewoli szybko wracają na linię frontu, jednak wszystko wskazuje na to, że w jego przypadku może być inaczej – o ile sam tego zechce.
Lietunow stracił jeden z palców u stopy. Obecnie porusza się o kulach i przechodzi rehabilitację. Uważa, że Kreml skutecznie wyprał mózgi wielu rosyjskim żołnierzom, przekonując ich, że walczą z „faszystami” opłacanymi przez USA i Europę – i że nie rozumieją oni, iż Ukraińcy bronią własnej ojczyzny.
Sam nie ma wątpliwości, że przeżył coś graniczącego z cudem. „To cud. Mówią mi, że to szansa jeden na milion. Byłem więźniem. A jednak wyszedłem z tej historii razem z więźniem – tylko na odwrót. To zdarza się niezwykle rzadko” – powiedział.
Bratobójcza wojna
Historia Lietunowa jest pod wieloma względami niezwykła. U jej podstaw leży oczywista, a zarazem bolesna prawda: wojna wywołana przez Władimira Putina toczy się przeciw narodowi, który Rosjanom pozostaje kulturowo i językowo bardzo bliski. Wielu ukraińskich żołnierzy mówi biegle po rosyjsku, a część z nich ma w Rosji krewnych. W tym sensie konflikt ten nosi znamiona wojny bratobójczej – trudnej do racjonalnego uzasadnienia. Nic więc dziwnego, że w momentach bezpośredniej, fizycznej konfrontacji w okopach pojęcia „wróg” i „przyjaciel” potrafią się rozmywać, choć zachodnie media rzadko zwracają na to uwagę.
Pod koniec I wojny światowej dochodziło do podobnych scen. Żołnierze przeciwnych armii, wyczerpani bezsensem i okrucieństwem walk, potrafili nawiązywać spontaniczne rozejmy i bratać się ze sobą. Zdarzenia te miały czasem poważne konsekwencje polityczne – jak w przypadku przemian, które w Rosji doprowadziły do przejęcia władzy przez bolszewików. Dziś na zastygłym froncie ukraińsko-rosyjskim można dostrzec pewne analogie. Szeregowi żołnierze często nie mają pełnego rozeznania w politycznych celach tej wojny, choć po stronie ukraińskiej dominuje przekonanie o obronie niepodległości i suwerenności państwa. W przypadku wielu rosyjskich żołnierzy rodzi się natomiast pytanie, czy w ogóle rozumieją, dlaczego przyszło im walczyć i ginąć na obcej ziemi.
Nie sposób wykluczyć, że kiedyś Wadim i Nikita spotkają się w zupełnie innych okolicznościach – już nie jako przeciwnicy, lecz jako ludzie, których połączyło ekstremalne doświadczenie przetrwania. Być może opowiedzą kolejnym pokoleniom o tym, jak na początku 2026 roku stali się niechętnymi towarzyszami w tej samej ziemiance. Gdyby tak się stało, byłby to symboliczny dowód, że nawet w najciemniejszych momentach historii może pojawić się cień pojednania. Trudno jednak uznać to za realne pocieszenie dla rodzin tysięcy ludzi, którzy stracili życie na froncie lub zginęli w wyniku bombardowań miast.
Krzysztof M. Kucharski









