Początki zielonej wróżki sięgają schyłku XVIII wieku i wiążą się z postacią szwajcarskiego lekarza Pierre’a Ordinaire’a, który około 1792 roku miał opracować recepturę ziołowego eliksiru na bazie piołunu (Artemisia absinthium), anyżu, kopru włoskiego oraz szeregu aromatycznych roślin. Wędrując po regionie Val-de-Travers, Ordinaire sprzedawał swoją miksturę jako lekarstwo niemal na wszystko – od gorączki i malarii, przez dolegliwości trawienne, aż po „słabość nerwów” i melancholię, którą tamta epoka traktowała równie poważnie jak choroby ciała. Trudno dziś oddzielić fakty od legendy, bo już współcześni mu przypisywali eliksirowi właściwości niemal cudowne, a sam lekarz szybko obrósł aurą półszarlatana, półuzdrowiciela.
Od apteki do stołu
W istocie preparat ten wpisywał się w dobrze znaną tradycję medycyny ludowej i klasztornej, w której alkohol służył jako nośnik dla ziół o działaniu rozgrzewającym, pobudzającym i odkażającym. To jednak właśnie ten konkretny zestaw składników – z wyraźnie wyczuwalnym, gorzkim piołunem – nadawał mu smak i charakter nie do pomylenia z innymi miksturami. Już pierwsi użytkownicy zwracali uwagę na jego osobliwe działanie: potrafił jednocześnie ożywić i wyciszyć, wyostrzyć zmysły, a przy tym wprowadzić w stan lekkiego odrealnienia. Było to doświadczenie nowe i intrygujące, szczególnie w czasach, gdy dopiero zaczynano dostrzegać, jak złożona jest ludzka percepcja.
Niedługo potem receptura trafiła w ręce sióstr Henriod z Couvet – znachorek, które jako pierwsze zaczęły wytwarzać i sprzedawać eliksir na większą skalę. W ich rękach mikstura przestała być wyłącznie lekarstwem, a zaczęła funkcjonować także jako napój dla przyjemności. Z czasem zmieniało się jej postrzeganie – ze środka leczniczego w coś, co oddziaływało nie tylko na ciało, lecz także na nastrój i zmysły. To przejście – od apteki do stołu – okazało się decydujące. Właśnie wtedy zaczęła rodzić się legenda, która wkrótce ogarnęła całą Europę.
Prawdziwy przełom nastąpił wraz z pojawieniem się Henri-Louisa Pernoda, który w 1797 roku założył w Pontarlier pierwszą dużą destylarnię absyntu. To właśnie dzięki niemu zielona wróżka przestała być lokalną ciekawostką i zaczęła nabierać rozpędu, który wkrótce miał wynieść ją na salony całej Europy. Produkcja nabrała skali, jakość ujednolicono, a sam trunek – dzięki wyrazistemu smakowi i charakterystycznej barwie – zaczął budować swoją rozpoznawalność szybciej niż większość innych ówczesnych alkoholi.
Niepokojąca natura
W połowie XIX wieku absynt trafił do francuskiej armii walczącej w Algierii. Żołnierze otrzymywali go jako dodatek do racji – miał dezynfekować wodę i chronić przed malarią, choć w praktyce jego działanie było bardziej symboliczne niż medyczne. Dużo większe znaczenie miało to, co odkryli sami wojskowi: że ten gorzki, aromatyczny napój potrafi przynieść ulgę, rozluźnić i na chwilę odsunąć ciężar kampanii prowadzonej w obcym, surowym klimacie. Po powrocie do Francji to właśnie oni zaczęli zamawiać go w kawiarniach, niejako przenosząc frontowy zwyczaj do miejskiego życia. Moda rozprzestrzeniała się błyskawicznie – od stołów oficerskich po zatłoczone bulwary. Z czasem zaczęto powtarzać półżartem, półserio, że Francja została „zarażona” zielonym alkoholem.
Równolegle rozwijał się inny proces, który tylko przyspieszył tę ekspansję. W drugiej połowie XIX wieku europejskie winnice zostały zdziesiątkowane przez filokserę – niepozornego, lecz niszczycielskiego szkodnika, który doprowadził do jednego z największych kryzysów rolniczych epoki. Wino, dotąd podstawowy napój Francuzów, gwałtownie podrożało i stało się towarem mniej dostępnym. W powstałą lukę niemal natychmiast wszedł absynt – tańszy, mocniejszy i łatwiejszy w produkcji. W krótkim czasie przestał być wyborem elit i zszedł na ulice, trafiając do rąk robotników, urzędników, artystów i żołnierzy. To właśnie wtedy jego obecność stała się powszechna – a zarazem zaczęła budzić pierwsze obawy. Zielona wróżka, dotąd intrygująca i modna, zaczynała odsłaniać swoją bardziej niepokojącą naturę.
Napój bohemy
Lata 1870-1910 przeszły do historii jako złoty wiek absyntu. W samej Francji jego spożycie osiągnęło zawrotny poziom 36 milionów litrów rocznie, a codzienny rytuał picia – l’heure verte, zielona godzina – urósł niemal do rangi świeckiego obrzędu. Punktualnie o 17.00 kawiarnie i bulwary wypełniały się ludźmi, a nad stolikami unosił się charakterystyczny zapach anyżu – słodkawy i zarazem ostry. Picie absyntu nie było zwykłym aktem konsumpcji, lecz ceremonią o własnej dramaturgii i tempie. Szklanka, ażurowa łyżeczka, kostka cukru i powoli sącząca się zimna woda tworzyły spektakl, który kończył się momentem niemal alchemicznym – „louche”, gdy przejrzysta zieleń mętniała, przechodząc w mleczną opalizację. Ten efekt działał niemal hipnotycznie, a dla wielu bywalców kawiarni był równie ważny jak sam smak.
W tym czasie absynt wszedł na stałe do świata artystów i poetów, stał się napojem bohemy. Pojawiał się w kawiarniach, pracowniach i nocnych rozmowach, szybko obrastając w historie, które mieszały fakty z legendą. Mówiono, że Vincent van Gogh sięgał po niego często, Henri de Toulouse-Lautrec nie rozstawał się z nim nawet poza lokalami, nosząc laskę z ukrytym zbiornikiem na alkohol, a Paul Verlaine i Arthur Rimbaud pili razem, żyjąc intensywnie i burzliwie. Oscar Wilde ujął tę atmosferę najprościej – pisał, że z każdym kieliszkiem zmienia się sposób widzenia świata. Absynt nie był więc tylko napojem, lecz częścią stylu życia, który szukał silniejszych wrażeń i ostrzejszych doznań.
Jednocześnie jednak coraz wyraźniej ujawniało się jego drugie oblicze. Edgar Degas w obrazie „Absynt” pokazał nie ekstazę, lecz pustkę – kobietę pogrążoną w milczeniu i siedzącego obok mężczyznę, którzy mimo bliskości zamknięci są w sobie. Scena jest nieruchoma, wręcz pozbawiona życia, a szklanka zielonego trunku na stole nie przyciąga, lecz podkreśla samotność. Ten obraz dobrze oddawał nastroje epoki: za modą i rytuałem coraz częściej krył się niepokój, który z czasem miał obrócić się przeciwko samemu absyntowi.
Zakazany sybol dekadencji
Na przełomie XIX i XX wieku absynt stał się celem ostrej kampanii. Oskarżano go o wszystko – od halucynacji po zbrodnie, wskazując na tujon jako rzekome źródło tych zagrożeń. W rzeczywistości jego ilość w napoju była zbyt mała, by wywoływać takie skutki, lecz w atmosferze społecznej paniki fakty nie miały większego znaczenia.
Przełomem była sprawa Jeana Lanfraya z 1905 roku. Choć zamordował rodzinę po spożyciu różnych alkoholi, to właśnie absynt uznano za głównego winowajcę. Wkrótce rozpoczęła się fala zakazów produkcji i spożywania absyntu. Szwajcaria wprowadziła prohibicję w 1910 roku, Stany Zjednoczone w 1912, a Francja – paradoksalnie największy producent i konsument – w 1915 roku. Za decyzjami tymi stały nie tylko względy zdrowotne, lecz także presja ruchów antyalkoholowych i interesy producentów wina.
Przez niemal cały XX wiek absynt pozostawał zakazanym symbolem dekadencji. Nie zniknął jednak zupełnie – przetrwał w literaturze, anegdocie i legendzie jako znak artystycznej wolności i przekraczania granic. Dopiero lata 90. przyniosły jego powrót. Wprowadzono regulacje określające dopuszczalny poziom tujonu, co umożliwiło legalną produkcję. Jedne z pierwszych były Czechy, choć tamtejsze wersje często odbiegały od dawnych receptur. W Wielkiej Brytanii zakaz zniesiono w 2000 roku, a Francja – jego dawna kolebka produkcji absyntu – zrobiła to dopiero w 2011.
Dzisiejszy renesans absyntu to nie tylko powrót trunku na półki, lecz także odrodzenie całej otoczki, która mu towarzyszyła. W barach znów pojawiają się fontanny, ażurowe łyżeczki i powolny rytuał rozcieńczania, przywołujący atmosferę sprzed ponad wieku. Mimo że współczesna nauka obaliła większość dawnych mitów, legenda przetrwała. Zielona wróżka nadal działa na wyobraźnię – już nie jako źródło halucynacji, lecz jako symbol epoki, która szukała inspiracji na granicy światła i mroku.
Być może właśnie w tym kryje się jej trwałość. Nie w składzie ani działaniu, lecz w znaczeniu, jakie jej przypisano – w historii ludzi, którzy chcieli widzieć więcej, czuć intensywniej i żyć szybciej, nawet jeśli cena za to bywała wysoka.
Jacek Hilgier









