Dziś administracja prezydenta Donalda Trumpa coraz wyraźniej pokazuje, że naturalizacja nie musi oznaczać końca imigracyjnej historii. W praktyce może stać się jedynie etapem, który da się odwrócić, przynajmniej wobec części osób.
Departament Sprawiedliwości (DOJ) rozpoczął właśnie nową falę działań mających na celu pozbawienie obywatelstwa naturalizowanych Amerykanów. Według informacji ujawnionych przez media, administracja skierowała do sądów federalnych kolejne sprawy dotyczące odebrania obywatelstwa 12 osobom oskarżonym m.in. o oszustwa imigracyjne, ukrywanie przeszłości kryminalnej, wspieranie organizacji terrorystycznych czy posługiwanie się fałszywą tożsamością.
Choć formalnie chodzi o przypadki poważnych naruszeń prawa, sama skala i tempo działań budzą coraz większe kontrowersje.
„Pierwsza fala” nowych spraw
Według „New York Timesa” i innych krajowych mediów, Departament Sprawiedliwości przygotował już około 384 sprawy określane jako „pierwsza fala” postępowań denaturalizacyjnych. Równocześnie urzędnicy Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego (DHS) mieli otrzymać polecenie kierowania nawet ponad 200 nowych spraw miesięcznie do DOJ. To ogromna zmiana w porównaniu z wcześniejszą praktyką. W latach 1990-2017 amerykańskie władze wszczynały średnio około 11 takich postępowań rocznie.
Administracja argumentuje, że chodzi wyłącznie o osoby, które uzyskały obywatelstwo w sposób nielegalny lub poprzez świadome oszustwo. Pełniący obowiązki prokuratora generalnego Todd Blanche stwierdził wprost, że osoby, które zdobyły obywatelstwo dzięki oszustwom, „powinny się martwić”. W jego ocenie państwo jedynie „naprawia rażące naruszenia systemu imigracyjnego”.
Wśród nowych spraw prowadzonych przez Departament Sprawiedliwości znalazł się również przypadek 62-letniego biznesmena pochodzenia indyjskiego Debashisa Ghosha. Według amerykańskich władz miał on ukryć swój udział w oszustwie finansowym o wartości około 2,5 mln dolarów związanym z projektem budowy centrum obsługi technicznej samolotów. DOJ twierdzi, że część działań miała miejsce jeszcze przed uzyskaniem obywatelstwa USA w 2012 roku, a sam Ghosh nie ujawnił odpowiednich informacji podczas procesu naturalizacji.
Sprawa ta pokazuje, że administracja coraz wyraźniej rozszerza zakres działań denaturalizacyjnych także na przestępstwa finansowe i gospodarcze, a nie wyłącznie przypadki związane z terroryzmem czy zbrodniami wojennymi. Dla krytyków obecnej polityki jest to sygnał, że granica między walką z rzeczywistymi nadużyciami a polityką odstraszania zaczyna się zacierać. Zwolennicy administracji odpowiadają jednak, że obywatelstwo zdobyte dzięki zatajeniu istotnych informacji nigdy nie powinno być traktowane jako nienaruszalne – niezależnie od tego, czy chodzi o bezpieczeństwo narodowe, czy wielomilionowe oszustwa finansowe.
Wśród innych przypadków wymienianych przez DOJ znajdują się osoby oskarżane o zbrodnie wojenne, przestępstwa seksualne wobec dzieci, wspieranie Al-Kaidy czy udział w międzynarodowym handlu bronią. Administracja powołuje się przede wszystkim na bezpieczeństwo narodowe i ochronę integralności procesu naturalizacji.
Denaturalizacja nie jest deportacją
W debacie publicznej często miesza się pojęcia deportacji i denaturalizacji, choć formalnie są to dwa różne procesy.
Deportacja dotyczy cudzoziemców przebywających w USA bez prawa pobytu lub naruszających przepisy imigracyjne. Denaturalizacja oznacza natomiast odebranie obywatelstwa osobie, która już została uznana za obywatela Stanów Zjednoczonych. Dopiero po utracie obywatelstwa taka osoba może zostać objęta procedurą deportacyjną.
Prawo amerykańskie pozwala na odebranie obywatelstwa w sytuacji, gdy ktoś uzyskał je poprzez oszustwo, ukrycie istotnych informacji lub świadome wprowadzenie władz w błąd podczas procesu naturalizacji. Problem polega jednak na tym, że granice tych kategorii bywają szerokie i nie zawsze jednoznaczne.
Powrót do dawnych praktyk
Historycy prawa zwracają uwagę, że Stany Zjednoczone mają długą historię korzystania z denaturalizacji w czasach politycznych napięć.
Największa fala takich działań przypadła na lata 40. i 50. XX wieku, czyli okres zimnej wojny i antykomunistycznej histerii związanej z tzw. Red Scare. Wówczas obywatelstwa pozbawiano tysiące osób podejrzewanych o sympatie komunistyczne lub powiązania z państwami uznawanymi za wrogie.
Sytuację zmienił dopiero przełomowy wyrok Sądu Najwyższego z 1967 roku w sprawie Afroyim vs. Rusk. Sąd uznał wtedy, że obywatelstwo jest prawem fundamentalnym i państwo nie może arbitralnie go odbierać. Od tego momentu denaturalizacja została ograniczona głównie do przypadków ewidentnych oszustw.
Przez kolejne dekady mechanizm ten stosowano bardzo rzadko – najczęściej wobec osób ukrywających udział w zbrodniach wojennych lub wyjątkowo poważnych przestępstwach.
Trump poszerza interpretację
Krytycy obecnej polityki twierdzą jednak, że administracja Trumpa próbuje znacząco rozszerzyć zakres interpretacji kategorii „oszustwa” i „braku moralnego charakteru”.
Szczególne kontrowersje wzbudziło memorandum DOJ z 2025 roku, które wskazywało aż na dziesięć kategorii osób priorytetowo typowanych do denaturalizacji. Oprócz terroryzmu czy zbrodni wojennych znalazły się tam również przestępstwa finansowe, oszustwa podatkowe czy inne przypadki uznane przez administrację za „wystarczająco istotne”.
Eksperci obawiają się, że tak szerokie kryteria mogą prowadzić do sytuacji, w której naturalizowani obywatele będą żyli w permanentnym poczuciu niepewności.
Profesor Amanda Frost z University of Virginia ostrzegła, że obecna administracja traktuje denaturalizację jako element szeroko rozumianej polityki imigracyjnej, a nie wyjątkowy instrument prawny stosowany jedynie w skrajnych sytuacjach.
Obywatelstwo dwóch kategorii?
W praktyce oznacza to pojawienie się coraz bardziej widocznego podziału pomiędzy obywatelami urodzonymi w USA a obywatelami naturalizowanymi.
Ci pierwsi praktycznie nie muszą obawiać się utraty obywatelstwa. Ci drudzy – przynajmniej teoretycznie – mogą znaleźć się pod lupą DOJ nawet wiele lat po zakończeniu procesu naturalizacji.
Właśnie ten aspekt wywołuje największy niepokój organizacji broniących praw obywatelskich. Krytycy zwracają uwagę, że postępowania denaturalizacyjne prowadzone są najczęściej w trybie cywilnym, co oznacza pozbawienie denaturalizowanych prawa do bezpłatnego adwokata czy procesu przed ławą przysięgłych. Standard dowodowy jest niższy niż w klasycznych sprawach karnych. Dodatkowo w wielu przypadkach nie istnieje praktyczny termin przedawnienia. Państwo może więc wracać do dokumentów i decyzji sprzed kilkunastu lub nawet kilkudziesięciu lat.
To właśnie dlatego część prawników mówi dziś o powstaniu statusu „obywatelstwa warunkowego” – formalnie pełnoprawnego, ale mniej stabilnego niż obywatelstwo osób urodzonych na terytorium USA.
Polityka odstraszania
Administracja Trumpa konsekwentnie odpiera zarzuty o polityczne motywacje swoich działań. Biały Dom podkreśla, że działania DOJ są jedynie egzekwowaniem obowiązującego prawa.
Jednak przeciwnicy administracji zauważają, że całość wpisuje się w szerszą strategię maksymalnego zaostrzenia polityki imigracyjnej. Dotyczy ona już nie tylko migrantów nielegalnych, ale także osób posiadających legalny status pobytowy czy właśnie naturalizowanych obywateli.
W praktyce nowa polityka może działać odstraszająco. Nawet jeśli ogromna większość naturalizowanych obywateli nigdy nie stanie się przedmiotem postępowania, sama świadomość, że państwo może po latach wrócić do dawnych formularzy, przesłuchań i dokumentów, zmienia psychologiczne poczucie bezpieczeństwa. To szczególnie istotne w kraju, w którym naturalizowani obywatele stanowią już około 24 milionów osób.
Sądy znów zdecydują?
Wiele wskazuje jednak na to, że o ostatecznym kształcie polityki imigracyjnej rozstrzygną sądy federalne.
Administracja rozdzieliła sprawy pomiędzy dziesiątki regionalnych biur prokuratorskich w całym kraju. Oznacza to, że postępowania będą trafiały przed wielu różnych sędziów, którzy będą odmiennie interpretować progowe granice denaturalizacji.
Już dziś część konstytucjonalistów przewiduje, że sądy mogą ograniczyć najbardziej agresywne interpretacje DOJ, podobnie jak wcześniej blokowały część działań administracji dotyczących deportacji czy zatrzymań migrantów.
Spór nie dotyczy więc wyłącznie prawa imigracyjnego. W coraz większym stopniu staje się debatą o samym znaczeniu obywatelstwa i o tym, czy w XXI wieku może ono być traktowane jako trwałe, niezbywalne prawo – czy raczej jako status, który państwo może podważyć znacznie łatwiej, niż wydawało się to możliwe całkiem jeszcze niedawno.
Jolanta Telega
[email protected]









