Jeszcze kilka lat temu amerykański sen opierał się na dość prostym założeniu: jeśli człowiek ciężko pracuje, powinien być w stanie nie tylko opłacić rachunki, ale także stopniowo poprawiać swój dobrostan. Dziś coraz więcej Amerykanów uważa, że mechanizm ten przestał działać. Nie dlatego, że ludzie nagle przestali pracować. Wręcz przeciwnie – wielu z nich zarabia więcej niż kiedykolwiek wcześniej, mając jednocześnie poczucie mniejszej swobody finansowej niż, powiedzmy, dekadę temu.
W badaniach CNN aż 76 proc. respondentów wskazuje na rosnące koszty życia jako największy problem swoich rodzin. Padają komentarze, które brzmią bardziej jak oskarżenie niż chwilowe narzekanie: „Życie stało się nie do udźwignięcia”, „Jesteśmy skazani na utrzymywanie się na powierzchni”, „Coraz drożej kosztuje samo przetrwanie”. I nie są to głosy wyłącznie najuboższych. Frustracja rozciąga się dziś od „niebieskich kołnierzyków” po dobrze zarabiających przedstawicieli klasy średniej.
Amerykańska gospodarka w statystykach nadal wygląda względnie solidnie. Bezrobocie pozostaje niskie, konsumpcja nie załamała się, a przez długi czas wzrost płac nominalnie wyprzedzał inflację. Problem polega jednak na tym, że przeciętny obywatel nie żyje zgodnie z tym, co pokazują tabele ekonomistów, lecz między rachunkami za paliwo, czynszem, ratami kredytów i codziennymi zakupami w supermarkecie.
W praktyce wielu konsumentów ogranicza wydatki do absolutnego minimum. Restauracja staje się luksusem. Wakacje – ekstrawagancją. Nawet jednorazowy wydatek rzędu tysiąca dolarów jest dla sporej części społeczeństwa problemem finansowym. Gallup odnotowuje rekordowy odsetek obywateli przekonanych, że ich sytuacja materialna się pogarsza. Co szczególnie wymowne, podobne nastroje dominowały wcześniej głównie podczas wielkiego kryzysu finansowego z lat 2008-2011.
Na tę atmosferę niepewności nałożyła się wojna z Iranem i gwałtowny wzrost cen paliw. Konflikt w Zatoce Perskiej po raz kolejny przypomniał światu, że cieśnina Ormuz pozostaje jednym z najważniejszych punktów globalnej gospodarki. Gdy Iran zaczął ograniczać ruch tankowców, ceny ropy natychmiast poszybowały w górę. W Stanach Zjednoczonych benzyna podrożała od początku wojny o około 40-50 proc., a a ogólnokrajowa średnia cena paliwa przekroczyła psychologiczną granicę 4,5 dolara za galon.
Dla Europejczyka może to brzmieć umiarkowanie, ale w USA paliwo jest czymś więcej niż kosztem transportu. To element codziennego modus operandi. Ogromne odległości i uzależnienie od samochodu sprawiają, że wzrost cen benzyny działa jak dodatkowy podatek nakładany na miliony rodzin. Droższe paliwo oznacza też wyższe koszty transportu towarów, a więc dalszy wzrost cen żywności i usług.
W tej sytuacji Donald Trump zaproponował wakacje podatkowe od federalnego podatku paliwowego. Pomysł miał być prosty: skoro Amerykanie płacą więcej na stacjach benzynowych, państwo powinno tymczasowo zrezygnować z części podatków. Problem w tym, że choć propozycja okazała się politycznie atrakcyjna, to ekonomicznie jest znacznie bardziej kontrowersyjna.
Według krytyków wakacje podatkowe bardziej pomogłyby politykom w kampanii niż obywatelom przy dystrybutorach. Demokraci szybko zaczęli argumentować, że obniżka rzędu kilkunastu centów za galon jest symboliczna wobec wzrostu cen wynoszącego ponad dolara. Senator Chuck Schumer ironicznie stwierdził, że „18 centów to nie 1,50 dolara”.
Co ciekawe, sceptycyzm pojawił się także po stronie republikańskiej. Organizacje branży transportowej i budowlanej ostrzegły, że zawieszenie podatku paliwowego oznaczałoby uderzenie w fundusze przeznaczone na drogi, mosty i infrastrukturę. Bo podatek płacony przy pompie jest przeznaczany na renowację i budowę dróg. Do tego mniejsze wpływy do budżetu powiększają deficyt państwa. Innymi słowy – Ameryka próbowałaby gasić pożar benzyną. Tym bardziej że dług publiczny USA już przekroczył 100 proc. PKB.
Politycy znaleźli się więc w pułapce własnych obietnic. Donald Trump wracał do Białego Domu z hasłami walki z inflacją i obniżenia kosztów życia po latach krytyki administracji Bidena. Tymczasem dziś sam mierzy się z sytuacją, w której wojna z Iranem oraz ceny paliw zaczynają podkopywać jego wiarygodność ekonomiczną. Reuters/Ipsos odnotowuje spadek poparcia dla prezydenta, szczególnie wśród wyborców niezależnych. Nawet część Republikanów krytycznie ocenia sposób radzenia sobie administracji z kryzysem kosztów życia.
Demokraci próbują wykorzystać sytuację, przekonując, że źródłem problemu jest nie tylko inflacja, ale także polityka zagraniczna i brak stabilizacji na rynku energii. Republikanie odpowiadają, że kryzys zaczął się jeszcze w czasach Bidena i jest efektem wieloletnich zaniedbań oraz uzależnienia świata od Bliskiego Wschodu. Obie strony mają częściowo rację. To jednak marne pocieszenie, bo właśnie dlatego wyborcy są coraz bardziej zmęczeni.
Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego. Coraz więcej Amerykanów przestaje wierzyć, że system działa na ich korzyść. Większość respondentów badań opinii publicznej uważa, że gospodarka sprzyja przede wszystkim wielkim interesom i najbogatszym. To dla każdego państwa bardzo groźny moment. Kryzys ekonomiczny można jeszcze opanować przy pomocy instrumentów finansowych. Znacznie trudniej odbudować przekonanie, że ciężka praca ma sens.
A właśnie to przekonanie przez dziesięciolecia było fundamentem amerykańskiej opowieści o sukcesie. Dziś coraz częściej zastępuje je poczucie, że nawet przyzwoita stawka godzinowa wystarcza już tylko na to, by spokojnie dotrwać do następnego czeku.

Tomasz Deptuła

Dziennikarz, publicysta, ekspert ds. komunikacji społecznej. Przez ponad 25 lat korespondent polskich mediów w Nowym Jorku i redaktor “Nowego Dziennika”.
Reklama








