Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama POLONEZ
Reklama KD Market

Narody na walizkach

Jeszcze nie tak dawno temu większość ludzi żyła i umierała w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od miejsca narodzin. Nawet w epoce parowozów, transatlantyków i pierwszych samolotów przeprowadzka do innego kraju była wydarzeniem rzadkim, jednorazowym, niemal życiową rewolucją. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Według najnowszych badań naukowców zajmujących się globalnymi przepływami ludności każdego roku granice państw przekracza około 35 milionów migrantów. To niemal trzykrotnie więcej niż na początku XXI wieku.
Narody na walizkach

Autor: Adobe Stock

Liczba ta robi ogromne wrażenie. Oznacza bowiem, że co roku kraj zamieszkania opuszcza populacja odpowiadająca liczbie mieszkańców całej Polski. Jeszcze w 2000 roku było to około 13 milionów osób rocznie. W latach dziewięćdziesiątych liczba migrantów oscylowała wokół 15 milionów. Przez długi czas eksperci byli przekonani, że światowa mobilność utrzymuje się mniej więcej na podobnym poziomie. Okazało się jednak, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej.

Nowe badanie wykorzystujące metody sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego pozwoliło po raz pierwszy prześledzić migracje rok po roku, a nie jedynie w wieloletnich odstępach. Dzięki temu naukowcy dostrzegli coś, co wcześniej umykało statystykom – świat nie tylko rośnie, ale także coraz częściej się przemieszcza.

Najbardziej zaskakujące jest to, że tempo wzrostu migracji przewyższa tempo wzrostu liczby ludności. Innymi słowy, nie chodzi wyłącznie o to, że ludzi na Ziemi jest więcej. Coraz większy odsetek mieszkańców globu decyduje się na życie poza krajem urodzenia. To jedna z najważniejszych przemian społecznych XXI wieku.
 

Bilet w jedną stronę

Historia zna okresy masowych migracji. W XIX wieku miliony Europejczyków opuszczały swoje ojczyzny, płynąc do Ameryki. W samych latach 1846-1940 do Stanów Zjednoczonych przybyło ponad 34 miliony Europejczyków. Irlandczycy uciekali przed głodem, Włosi przed biedą, Niemcy przed politycznymi niepokojami, a Polacy przed represjami i brakiem perspektyw.

Dzisiejsze migracje różnią się jednak od tych dawnych pod jednym zasadniczym względem. Dawniej podróż trwała tygodniami, a nawet miesiącami. Dziś samolot pozwala znaleźć się na drugim końcu świata w ciągu kilkunastu godzin.

Jeszcze większe znaczenie ma jednak rewolucja komunikacyjna. Migrant pracujący w Dubaju może codziennie rozmawiać z rodziną w Bangladeszu. Opiekunka osób starszych mieszkająca w Niemczech może wieczorem oglądać polską telewizję przez Internet. Pracownik budowlany w Katarze w kilka sekund przesyła pieniądze rodzinie za pomocą telefonu.

W praktyce oznacza to, że emigracja przestała być definitywnym zerwaniem z dawnym życiem. Dla milionów ludzi stała się raczej rozszerzeniem dotychczasowego świata niż jego porzuceniem.
 

Magnes z pustyni

Największy ruch migracyjny na świecie nie prowadzi dziś ani do Europy ani do Stanów Zjednoczonych. Najpotężniejszym magnesem okazały się państwa Zatoki Perskiej. Arabia Saudyjska, Katar, Bahrajn, Kuwejt czy Zjednoczone Emiraty Arabskie od dwóch dekad przyciągają miliony pracowników z Azji Południowej. Od 2010 roku z samych tylko Indii, Pakistanu i Bangladeszu do krajów Zatoki wyjechało około 19 milionów ludzi. To liczba porównywalna z populacją całej Rumunii.

Za tym ruchem stoi prosta ekonomia. Dynamicznie rozwijające się państwa naftowe potrzebują ogromnych rzesz pracowników do budowy dróg, lotnisk, stadionów, wieżowców i całych nowych miast. Jednocześnie dla mieszkańców biedniejszych regionów Azji nawet przeciętne zarobki w Dubaju czy Rijadzie oznaczają szansę na życie nieosiągalne w rodzinnej miejscowości.

Powstał w ten sposób jeden z największych systemów migracyjnych w historii świata.

Jeżeli jednak spojrzeć na migracje wewnątrz jednego regionu, Europa nie ma sobie równych. Powstanie strefy Schengen sprawiło, że przemieszczanie się między wieloma państwami stało się niemal tak proste jak podróż między województwami. Miliony ludzi zaczęły korzystać z tej możliwości.

Polacy wyjeżdżali do Wielkiej Brytanii i Irlandii. Rumuni do Hiszpanii i Włoch. Portugalczycy do Francji. Niemcy do Austrii. Czesi do Niemiec. Jednocześnie wielu Europejczyków zaczęło traktować przeprowadzkę do innego kraju jako naturalny etap kariery zawodowej.

Przed pandemią liczba osób migrujących w obrębie Europy sięgała nawet 3 milionów rocznie. To więcej niż podczas wielkich przemian politycznych po upadku Związku Radzieckiego.

Chociaż ekonomiści często podkreślają znaczenie rynku pracy, historia pokazuje, że najgwałtowniejsze migracje wywołują konflikty zbrojne.

W 1994 roku świat obserwował tragedię ludobójstwa w Rwandzie. W ciągu zaledwie kilku miesięcy niemal milion ludzi uciekł do sąsiedniego Zairu, dzisiejszej Demokratycznej Republiki Konga. Był to największy jednoroczny przepływ ludności od początku prowadzenia nowoczesnych statystyk migracyjnych.

Podobne zjawiska obserwowano później podczas wojny w Syrii, konfliktów w Afganistanie czy po rosyjskiej inwazji na Ukrainę. W takich sytuacjach migracja przestaje być wyborem. Staje się kwestią przeżycia.
 

Planeta nomadów

Niewiele państw pokazuje skalę współczesnych przemian równie wyraźnie jak Wielka Brytania. Na początku lat dziewięćdziesiątych bilans migracyjny kraju był stosunkowo niewielki. W 1990 roku liczba przyjeżdżających przewyższała liczbę wyjeżdżających o niespełna 66 tysięcy osób.

W kolejnych dekadach Wielka Brytania przyciągała studentów, specjalistów, lekarzy, pielęgniarki, budowlańców, informatyków i przedsiębiorców z całego świata. Efekt był spektakularny. W 2023 roku migracja netto zwiększyła populację kraju o niemal 680 tysięcy osób. Był to rekord w historii współczesnej Wielkiej Brytanii.

Coraz więcej socjologów uważa, że żyjemy w epoce nowego nomadyzmu. Nie chodzi oczywiście o wędrowanie za stadami zwierząt ani o karawany przemierzające pustynie. Dzisiejsi nomadzi noszą garnitury, pracują przy komputerach, prowadzą firmy lub wykonują wysoko wyspecjalizowane zawody.

Młody informatyk z Warszawy może pracować dla firmy w Kalifornii, mieszkać w Lizbonie i spędzać zimę w Tajlandii. Student z Nigerii zdobywa wykształcenie w Kanadzie, a następnie zakłada firmę w Londynie. Lekarz z Indii leczy pacjentów w Australii.

Granice wciąż istnieją, ale dla milionów ludzi stały się bardziej przepuszczalne niż kiedykolwiek wcześniej.
 

Nieustanna wędrówka

Naukowcy są zgodni co do jednego: migracje nie znikną. Wszystko wskazuje na to, że będą rosły. Starzenie się społeczeństw Europy, Japonii i części Ameryki Północnej powoduje niedobory pracowników. Kraje rozwijające się nadal mają bardzo młode populacje. Do tego dochodzą zmiany klimatyczne, konflikty regionalne, urbanizacja oraz globalizacja gospodarki.

Coraz częściej mówi się wręcz o świecie, w którym mobilność stanie się jedną z podstawowych cech ludzkiego życia.

Przez tysiące lat ludzie przemieszczali się pieszo, konno lub statkami. W XXI wieku robią to samolotami, szybkobieżnymi pociągami i za pośrednictwem sieci kontaktów oplatających cały glob. Motywacje pozostają jednak zadziwiająco podobne do tych sprzed wieków. Nadal chodzi o bezpieczeństwo, pracę, lepszą przyszłość i nadzieję na życie odrobinę lepsze od tego, które zostawia się za sobą.

Być może największą historią naszych czasów nie jest więc rozwój sztucznej inteligencji ani podbój kosmosu. Być może jest nią nieustanna wędrówka ludzi, którzy każdego dnia pakują walizkę, zamykają za sobą drzwi rodzinnego domu i ruszają ku nieznanemu.

Monika Pawlak


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama