Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama POLONEZ
Reklama KD Market

Jak wymyślono Stany Zjednoczone

Kiedy 17 września 1787 roku trzydziestu dziewięciu delegatów składało podpisy pod tekstem Konstytucji Stanów Zjednoczonych, niewielu przypuszczało, że uczestniczą w jednym z najważniejszych wydarzeń w historii nowożytnego świata. Ojcowie Założyciele mieli nadzieję, że nowa ustawa zasadnicza zapewni młodej republice stabilność przynajmniej przez jedno pokolenie. Tymczasem dokument, który powstał podczas gorącego filadelfijskiego lata pełnego sporów, politycznych targów i kompromisów, obowiązuje już niemal 240 lat. Jest dziś najstarszą pisaną konstytucją świata pozostającą w nieprzerwanym użyciu i fundamentem państwa, które z luźnej unii trzynastu stanów przeobraziło się w globalne supermocarstwo.
Jak wymyślono Stany Zjednoczone
Scena podpisania Konstytucji Stanów Zjednoczonych 17 września 1787 roku

Autor: Wikipedia

Początek eksperymentu

14 maja 1787 roku do Filadelfii zaczęli przybywać delegaci wyznaczeni przez poszczególne stany. Początek nie zapowiadał historycznego sukcesu. Na miejscu pojawiło się zaledwie kilkunastu przedstawicieli spośród siedemdziesięciu wybranych. Quorum posiadały jedynie delegacje Pensylwanii i Wirginii. Dopiero jedenaście dni później, 25 maja, gdy do miasta dotarło kolejnych dwudziestu dziewięciu delegatów reprezentujących siedem stanów, możliwe stało się rozpoczęcie obrad.

Przybyli do Filadelfii politycy, prawnicy, plantatorzy i wojskowi już za życia stawali się legendami. Wśród nich znajdowali się: George Washington, James Madison, Alexander Hamilton i Benjamin Franklin. Kilku wielkich bohaterów rewolucji amerykańskiej nie uczestniczyło jednak w obradach. Thomas Jefferson przebywał w Paryżu jako przedstawiciel Stanów Zjednoczonych przy dworze francuskim, John Adams pełnił podobną funkcję w Holandii, a Patrick Henry odmówił udziału, tłumacząc później krótko: „Wyczuwam szczura”.

Skład konwencji nieustannie się zmieniał. Niektórzy delegaci przyjeżdżali później, inni opuszczali obrady przed ich zakończeniem. Piętnastu nigdy nie pojawiło się w Filadelfii. Wbrew rozpowszechnionemu wyobrażeniu wielu uczestników było stosunkowo młodych. Tylko czterech przekroczyło sześćdziesiąty rok życia. Najstarszy był osiemdziesięciojednoletni Benjamin Franklin, który cierpiał na podagrę i często musiał być wnoszony na obrady w specjalnym krześle.

Choć oficjalnie celem spotkania było jedynie poprawienie Artykułów Konfederacji, bardzo szybko stało się jasne, że dotychczasowy system nie nadaje się do dalszego funkcjonowania. Młoda republika nie posiadała skutecznego rządu centralnego, nie mogła sprawnie nakładać podatków ani prowadzić jednolitej polityki gospodarczej. Coraz częściej pojawiały się obawy, że bez gruntownej reformy eksperyment pod nazwą Stany Zjednoczone zakończy się fiaskiem.

 

Za zamkniętymi drzwiami

Delegaci zdawali sobie sprawę, że przekraczają mandat udzielony im przez Kongres. Zamiast poprawiać istniejący system, zamierzali stworzyć nowy. Obawiając się nacisków politycznych oraz reakcji opinii publicznej, zdecydowali się prowadzić obrady w ścisłej tajemnicy.

Okna sali obrad pozostawały zamknięte mimo letnich upałów. Ciężkie zasłony uniemożliwiały podglądanie tego, co dzieje się w środku. Wejść pilnowali strażnicy. Delegaci zobowiązali się nie ujawniać przebiegu dyskusji. Przyjęto nawet formalną zasadę zabraniającą kopiowania protokołów i publikowania treści debat.

Atmosfera bywała duszna nie tylko politycznie, ale również dosłownie. W filadelfijskim lecie temperatura często przekraczała trzydzieści stopni. Uczestnicy siedzieli godzinami w zamkniętej sali, dyskutując o przyszłości państwa, które miało dopiero powstać.

Jedynym człowiekiem prowadzącym szczegółowe notatki był James Madison. Jego zapiski przez dziesięciolecia pozostawały tajne i zostały opublikowane dopiero po jego śmierci. Dziś stanowią najważniejsze źródło wiedzy o kulisach narodzin amerykańskiej konstytucji.

Ogromne znaczenie dla powodzenia obrad miał autorytet George’a Washingtona. Przewodniczył on konwencji i niezwykle rzadko zabierał głos, ale sama jego obecność działała uspokajająco. Bohater wojny o niepodległość cieszył się takim szacunkiem, że nawet najbardziej zaciekli przeciwnicy polityczni starali się nie doprowadzać do otwartych konfliktów.

 

Wielki kompromis

Najważniejszym zadaniem było stworzenie nowego systemu władzy. Nie istniał żaden gotowy wzorzec. Brytyjska tradycja konstytucyjna opierała się na zbiorze ustaw, zwyczajów i precedensów, a nie na jednym dokumencie. Delegaci musieli więc wytyczyć drogę, której wcześniej nikt nie przeszedł.

Punktem wyjścia stał się projekt przygotowany przez delegację Wirginii. Zakładał on silny rząd centralny oraz reprezentację stanów uzależnioną od liczby mieszkańców. Duże stany, takie jak Wirginia czy Pensylwania, były zachwycone. Małe dostrzegały natomiast zagrożenie dla własnego znaczenia.

Przez wiele tygodni trwały gwałtowne spory. W pewnym momencie wydawało się nawet, że konwencja zakończy się całkowitym fiaskiem. Ostatecznie zwyciężył kompromis, który do dziś pozostaje jednym z fundamentów amerykańskiego ustroju.

Ustalono, że Kongres będzie dwuizbowy. W Senacie każdy stan otrzyma dwóch senatorów, niezależnie od liczby mieszkańców, natomiast w Izbie Reprezentantów liczba miejsc będzie zależeć od wielkości populacji. Dzięki temu zarówno małe, jak i duże stany mogły uznać się za zwycięzców.

 

Problem niewolnictwa

Jeszcze trudniejsze okazały się dyskusje dotyczące niewolnictwa. Delegaci z Południa chcieli, aby niewolnicy byli uwzględniani przy ustalaniu liczby mieszkańców stanu, co zwiększałoby ich reprezentację w Kongresie. Przedstawiciele Północy odpowiadali, że skoro niewolnicy nie posiadają praw obywatelskich, nie powinni wpływać na liczbę mandatów.

Spór groził rozbiciem całej konwencji. Ponownie zwyciężył kompromis. Ustalono, że do celów reprezentacji oraz opodatkowania każdy niewolnik będzie liczony jako trzy piąte osoby.

Rozwiązanie to nie zadowalało nikogo, ale pozwalało utrzymać jedność. Jednocześnie odsunęło w czasie konflikt, który siedemdziesiąt lat później doprowadził do wojny secesyjnej.

 

Prezydent dla republiki

Mniej sporów wywołał urząd prezydenta. Pojawiały się wprawdzie propozycje, by władzę wykonawczą sprawowało jednocześnie kilka osób, jednak szybko je odrzucono.

Większość delegatów doskonale wiedziała, kto zostanie pierwszym prezydentem. George Washington był bohaterem narodowym i symbolem jedności młodej republiki. Trudno było sobie wyobrazić, aby zgodził się dzielić władzę z dwoma współrządzącymi.

Znacznie większe kontrowersje budził sposób wyboru głowy państwa. Ostatecznie zdecydowano się na utworzenie Kolegium Elektorów. System ten miał pogodzić interesy poszczególnych stanów oraz uwzględnić ogromne odległości i trudności komunikacyjne XIII-wiecznej Ameryki.

 

Siedem artykułów

W przeciwieństwie do długich współczesnych konstytucji dokument przygotowany w Filadelfii był niezwykle zwięzły. Składał się z zaledwie siedmiu artykułów. Wiele kwestii pozostawiono do późniejszego doprecyzowania przez Kongres oraz sądy.

Szczególnie oszczędnie potraktowano władzę sądowniczą. Konstytucja wspominała jedynie o istnieniu Sądu Najwyższego oraz sądów niższych, które mogły zostać utworzone przez Kongres. Szczegóły dopracowano dopiero w ustawie o sądownictwie z 1789 roku.

12 września komisja redakcyjna przedstawiła gotowy projekt. Pięć dni później został on zatwierdzony przez delegatów.

Benjamin Franklin, choć zachował pewne wątpliwości, uznał, że jest to najlepsze rozwiązanie możliwe do osiągnięcia. Podkreślał, że nie zgadza się ze wszystkimi zapisami, ale nie zna lepszego dokumentu, który mógłby zastąpić proponowaną konstytucję.

Przed opuszczeniem sali obrad Franklin zwrócił uwagę na ozdobę znajdującą się na oparciu krzesła Washingtona. Przez całe lato zastanawiał się, czy przedstawia ona zachodzące czy wschodzące słońce. Po zakończeniu prac stwierdził, że wreszcie zna odpowiedź. Było to słońce wschodzące.

 

Walka o ratyfikację

Podpisanie konstytucji nie oznaczało jeszcze zwycięstwa. Wręcz przeciwnie – prawdziwa batalia dopiero się rozpoczynała. Dokument musiał zostać ratyfikowany przez co najmniej dziewięć z trzynastu stanów. Ojcowie Założyciele szybko przekonali się, że przekonanie delegatów w Filadelfii było znacznie łatwiejsze niż zdobycie poparcia mieszkańców i polityków rozrzuconych od Nowej Anglii po Georgię.

Nowa konstytucja budziła ogromne emocje. Zwolennicy przekonywali, że bez silniejszego rządu federalnego młoda republika rozpadnie się na rywalizujące ze sobą państewka. Przeciwnicy odpowiadali, że dokument tworzy władzę przypominającą monarchię, przeciwko której Amerykanie zaledwie kilka lat wcześniej prowadzili wojnę.

Jako pierwsze konstytucję ratyfikowało Delaware. Stało się to 7 grudnia 1787 roku. Stan ten do dziś szczyci się przydomkiem „Pierwszego Stanu”. W kolejnych tygodniach dokument zaakceptowały: Pensylwania, New Jersey, Georgia i Connecticut. Wydawało się, że proces przebiega sprawnie, lecz później pojawiły się poważne przeszkody.

Największe kontrowersje wywoływał brak wyraźnych gwarancji praw obywatelskich. Wielu Amerykanów obawiało się, że silny rząd federalny może z czasem ograniczyć wolność słowa, prasy, zgromadzeń czy religii. Szczególnie gwałtowne spory wybuchły w Massachusetts, gdzie jednym z najgłośniejszych krytyków konstytucji był Samuel Adams.

Po długich debatach zwolennicy nowej ustawy zasadniczej zgodzili się na kompromis. Obiecali, że po wejściu konstytucji w życie zostanie ona uzupełniona o katalog podstawowych praw obywatelskich. To właśnie z tej obietnicy narodziła się później słynna Karta Praw – pierwszych dziesięć poprawek do konstytucji.

 

Federalista

Jeszcze trudniejsza sytuacja panowała w Nowym Jorku. Był to jeden z najbogatszych i najważniejszych stanów młodej republiki. Bez jego udziału nowa Unia mogła okazać się konstrukcją niepełną.

Przeciwnicy konstytucji podnosili dziesiątki argumentów. Twierdzili, że rząd federalny będzie zbyt potężny, że prezydent może przekształcić się w monarchę, a Kongres zacznie narzucać swoją wolę poszczególnym stanom. Zwolennicy dokumentu postanowili odpowiedzieć nie wiecami i przemówieniami, lecz drukiem.

Tak narodził się jeden z najbardziej wpływowych zbiorów tekstów politycznych w historii świata. Od października 1787 roku do sierpnia 1788 roku w nowojorskich gazetach ukazywały się eseje podpisywane pseudonimem „Publius”. Ich autorami byli: Alexander Hamilton, James Madison oraz John Jay.

Łącznie powstało osiemdziesiąt pięć artykułów znanych dziś jako „Federalist Papers”, czyli „Federalista”. Autorzy tłumaczyli w nich sens poszczególnych rozwiązań ustrojowych, wyjaśniali potrzebę silnego rządu centralnego i odpowiadali na zarzuty przeciwników konstytucji.

Teksty te okazały się czymś więcej niż tylko publicystyką polityczną. Do dziś należą do najważniejszych źródeł interpretacji amerykańskiej konstytucji. Przez ponad dwa stulecia cytowali je sędziowie Sądu Najwyższego, profesorowie prawa, politycy i historycy próbujący zrozumieć intencje twórców republiki.

 

Szantaż Hamiltona

Mimo wysiłków zwolenników konstytucji sytuacja w Nowym Jorku pozostawała niepewna. Większość delegatów stanowej konwencji nadal odnosiła się do dokumentu z dużą nieufnością.

W międzyczasie nadeszła jednak wiadomość, która zmieniła układ sił. Wirginia ratyfikowała konstytucję. Wkrótce uczyniło to również New Hampshire, stając się dziewiątym stanem, którego zgoda była niezbędna do wejścia ustawy zasadniczej w życie. Formalnie nowa republika mogła już rozpocząć działalność.

Oznaczało to zarazem, że Nowy Jork stanął przed dramatycznym wyborem. Mógł dołączyć do nowego państwa albo pozostać poza nim.

Alexander Hamilton doskonale rozumiał konsekwencje takiej sytuacji. Wraz z Johnem Jayem miał zasugerować rozwiązanie, które przeciwnicy uznali wręcz za polityczny szantaż. Jeśli stan odrzuci konstytucję, bogate i wpływowe miasto Nowy Jork może ogłosić secesję od reszty stanu i samodzielnie przyłączyć się do nowej Unii.

Groźba okazała się skuteczna. W lipcu 1788 roku konstytucja została ratyfikowana stosunkiem głosów 30 do 27. Było to jedno z najciaśniejszych i najbardziej dramatycznych głosowań całego procesu ratyfikacyjnego.

 

Narodziny nowego państwa

Po ratyfikacji przez Nowy Jork droga do stworzenia nowego rządu stanęła otworem. W kolejnych miesiącach do Unii dołączyły również Karolina Północna oraz Rhode Island, kończąc proces formowania pierwotnych Stanów Zjednoczonych.

W 1789 roku rozpoczął działalność pierwszy Kongres. W tym samym roku George Washington został zaprzysiężony na pierwszego prezydenta kraju. Ceremonia odbyła się w Nowym Jorku, który przez krótki czas pełnił funkcję stolicy państwa.

Nowa republika liczyła wówczas niespełna cztery miliony mieszkańców i zajmowała wąski pas ziemi wzdłuż wschodniego wybrzeża Ameryki Północnej. Niewielu obserwatorów uważało ją za przyszłe mocarstwo. Większość europejskich monarchii patrzyła na amerykański eksperyment z mieszaniną sceptycyzmu i pobłażania.

Tymczasem stworzony w Filadelfii system okazał się zaskakująco trwały.

 

Dokument, który przetrwał

Wielu delegatów opuszczających Filadelfię było przekonanych, że konstytucja będzie wymagała gruntownej przebudowy już po kilku latach. Niektórzy spodziewali się wręcz rychłego zwołania kolejnej konwencji konstytucyjnej.

Stało się inaczej.

Konstytucja Stanów Zjednoczonych składająca się z zaledwie siedmiu artykułów przetrwała wojny, kryzysy gospodarcze, ekspansję terytorialną, wojnę secesyjną, dwie wojny światowe, zimną wojnę i wejście kraju w epokę cyfrową. Od czasu jej uchwalenia dodano jedynie dwadzieścia siedem poprawek, z których dziesięć pierwszych weszło w życie już na początku istnienia republiki jako Karta Praw.

Dokument powstały dla państwa liczącego trzynaście stanów i mniej niż cztery miliony mieszkańców nadal reguluje funkcjonowanie kraju obejmującego pięćdziesiąt stanów i zamieszkanego przez ponad trzysta trzydzieści milionów ludzi.

Paradoksalnie właśnie jego zwięzłość okazała się największą siłą. Twórcy konstytucji pozostawili wiele kwestii otwartych, dzięki czemu kolejne pokolenia mogły dostosowywać jej interpretację do zmieniających się realiów.

Historycy do dziś spierają się, czy ojcowie założyciele stworzyliby taki sam dokument, gdyby znali przyszłość. Trudno uwierzyć, by George Washington, James Madison czy Benjamin Franklin potrafili wyobrazić sobie państwo rozciągające się od Atlantyku po Pacyfik, dysponujące lotniskowcami, bronią atomową i programem kosmicznym.

Jedno wydaje się jednak pewne. Kiedy 17 września 1787 roku trzydziestu dziewięciu mężczyzn podpisywało cztery pergaminowe karty leżące na stole w filadelfijskiej Independence Hall, nikt nie przypuszczał, że tworzy dokument, który przeżyje nie tylko swoich autorów, ale całe epoki. Miał służyć jednemu pokoleniu. Tymczasem stał się fundamentem państwa, które odmieniło historię świata.

Jacek Hilgier


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama