Dołączone do tego tekstu fotografie, choć dokumentują geometrię sali, nie są w stanie oddać całego spektrum specyficznej energii, jaka wyzwoliła się tego wieczoru. Widoczne na zdjęciach okrągłe stoły pokryte białymi obrusami, wokół których zasiadło kilkudziesięciu śmiałków, stanęły w otoczeniu będącym żywym archiwum polonijnej historii – pośród dostojnych popiersi i ciężkich ram. Co istotne, organizatorom udało się całkowicie uniknąć pułapki sztywnej, nudnej muzealnej powagi.
Sala dumnie tętniła świetnymi humorami, swobodną wymianą zdań i autentycznym ożywieniem. Tło dźwiękowe dla tego twórczego fermentu budował grający na żywo John Kregor – gitarzysta doskonale znany chicagowskiej publiczności ze współpracy z zespołem Grażyny Auguścik. Jego jazzujące akordy idealnie rezonowały z wysokim stropem sali, nadając całemu spotkaniu miejski sznyt.
Zebranych powitała i imprezę prowadziła dyrektor zarządzająca MPA Małgorzata Kot, która również oprowadzała chętnych po placówce przed imprezą i po niej. W podejmowaniu gości pomagali jej pracownicy muzeum.
Pod czujnym okiem artystki plastyczki Patrycji Stępniak, pomysłodawczyni wydarzenia, uczestnicy warsztatów podjęli rzuconą im rękawicę: mieli zmierzyć się z odtworzeniem form inspirowanych twórczością Zofii Stryjeńskiej, ikony polskiego Art Déco. Wybór tej konkretnej artystki uważam za posunięcie genialne w swojej przekorze. Stryjeńska, ze swoją potężną dynamiczną kreską i geometrycznym rygorem, nie znosi kompromisów. Jej sztuki nie da się skonsumować wzrokiem w trzy sekundy, tak jak konsumuje się krótkie wideo na platformach społecznościowych. Ona wymaga czasu i skupienia. Co więcej, wtorkowe spotkanie pod szyldem Summer było już drugą odsłoną całego cyklu. W przygotowaniu są już kolejne edycje: wersja jesienna (Fall) zaplanowana na 18 września oraz zimowa (Winter) – 11 grudnia, nawiązujące bezpośrednio do słynnego cyklu „Cztery pory roku”.
I to właśnie w tym punkcie ujawnił się najbardziej fascynujący wymiar wieczoru. W tej pełnej śmiechu sali zapanował jednocześnie głęboki, poznawczy spokój. Zamiast grobowej ciszy, przestrzeń wypełnił delikatny szum ludzkich rozmów. Był to namacalny dowód na to, że uczestnicy zaczęli autentycznie rozmawiać ze sobą nawzajem, zamiast bezwiednie gapić się w ekrany. Smartfony, które zazwyczaj rządzą naszą uwagą, tym razem wylądowały głęboko w torebkach i kieszeniach. Czytelnicy mogą dostrzec na kadrach rzadki we współczesnym świecie obrazek: zamiast nerwowego zerkania na wyświetlacze w poszukiwaniu powiadomień, widać stabilne skupienie wzroku na płótnie. Kobieta w jaskrawozielonej koszuli z pędzlem w dłoni, mężczyzna w letniej koszuli w palmy precyzyjnie nanoszący kolejną barwną plamę .
O tym, że mieliśmy do czynienia z wydarzeniem z najwyższej półki, decydowały także jego ramy towarzyskie. Wśród malujących gości, obok prezes i skarbnik PRCUA – Agnieszki Bastrzyk i Julie Prado, pojawiły się przedstawicielki polskiej dyplomacji: konsul generalna RP w Chicago Regina Jurkowska oraz wicekonsul Agata Grochowska. Panie konsul, ramię w ramię z pozostałymi uczestnikami, chwyciły za pędzle. To nieformalne spotkanie z konsul Agatą Grochowską miało zresztą dodatkowy, poruszający wymiar – dla wielu obecnych stało się okazją do osobistego pożegnania z nią, jako że kończy ona właśnie swoją misję dyplomatyczną w Wietrznym Mieście i wraca do kraju. Co kluczowe, nikt tamtej nocy nie spieszył się, by natychmiast wrzucić relację do sieci. Liczył się wyłącznie moment, kojący chłód sangrii, fizyczny dotyk pędzla, sącząca się w tle muzyka oraz bezpośredni dialog.
Muzeum Polskie w Ameryce udowodniło tego wieczoru, że potrafi wyjść z roli wyłącznie statycznego strażnika narodowych pamiątek i stać się żywym, pulsującym azylem. Przestrzenią, w której proste elementy – woda, wino, muzyka na żywo i farba – potrafią przywrócić właściwe proporcje naszemu przebodźcowanemu człowieczeństwu. Każdy, kto uciekł przed stustopniowym upałem do chłodnych wnętrz MPA, zyskał znacznie więcej niż tylko własnoręcznie wykonaną replikę obrazu Stryjeńskiej. Zyskał rzadki dowód na to, że pod grubą warstwą technologicznego otępienia wciąż tli się w nas pierwotna potrzeba realnego tworzenia i pozbawionej filtrów wspólnoty.
A skoro geometryczna, nowoczesna Stryjeńska poszła tak gładko, to może następnym razem organizatorzy pójdą o krok dalej? Sądząc po frekwencji i rozbudzonym apetycie Polonii, bez problemu znaleźliby się chętni na wieczór z… Wojciechem Kossakiem. W końcu nasze chicagowskie Muzeum Polskie kryje w swoich murach prawdziwe skarby, z którymi obcowanie przez zimne szkło smartfona jest grzechem. O ileż lepiej jest przeżywać te arcydzieła wspólnie, w autentycznej scenerii, niż bezdusznie przewijać ich cyfrowe kopie na ekranie telefonu. Co prawda namalowanie bitwy pod Racławicami albo ułana na rozpędzonym koniu po kilku szklankach sangrii mogłoby przerosnąć amatorskie talenty i doprowadzić do abstrakcyjnej katastrofy na płótnie, ale przecież w tym wszystkim chodzi o czystą radość tworzenia.
Tekst i zdjęcia: Dariusz Lachowski

