Hasło „Make America Great Again” jest dziś czymś więcej niż sloganem wyborczym. Stało się politycznym programem, który obecna administracja realizuje równocześnie na kilku frontach. Problem w tym, że coraz trudniej odpowiedzieć, czy wszystkie prowadzą do tego samego celu.
Ameryka prowadzi dziś właściwie kilka wojen. Pierwsza jest najbardziej dosłowna – wojna z Iranem. Miała być szybkim pokazem siły, a coraz bardziej przypomina kolejną bliskowschodnią kampanię, której końca nie potrafi przewidzieć nawet Biały Dom. W liberalnych mediach dominują wyliczenia rosnących kosztów, wyższych cen paliw i kolejnych amerykańskich ofiar. Konserwatyści odpowiadają, że powstrzymywanie Iranu zawsze będzie tańsze niż pozwolenie mu na zdobycie broni nuklearnej.
Druga wojna toczy się już bez wystrzałów – to wojna celna z niemal całym światem. Zwolennicy prezydenta przekonują, że taryfy mają odbudować amerykański przemysł i zmusić partnerów do uczciwszej wymiany handlowej. Krytycy widzą w nich przede wszystkim podatek płacony przez amerykańskich konsumentów i przedsiębiorców.
Trzecia wojna rozgrywa się nie tylko na południowej granicy, ale także w innych miejscach w całym kraju. Administracja konsekwentnie realizuje najostrzejszą od dekad politykę imigracyjną. Dla wyborców Trumpa to dowód, że państwo odzyskuje kontrolę nad własnym terytorium. Dla przeciwników – dowód, że bezpieczeństwo coraz częściej wygrywa z humanitaryzmem. Paradoks polega na tym, że nawet przedsiębiorcy popierający uszczelnienie granicy coraz częściej alarmują o brakach pracowników w rolnictwie, budownictwie czy usługach.
Jest także czwarty front, znacznie mniej widowiskowy, ale być może najważniejszy. To wojna o zakres władzy prezydenta.
Druga kadencja Trumpa coraz częściej polega na testowaniu granic kompetencji władzy wykonawczej. Rozporządzenia wykonawcze, stany nadzwyczajne, szeroka interpretacja prerogatyw prezydenta – wszystko to prowadzi do stopniowego przesuwania środka ciężkości z Kongresu do Białego Domu. Administracja korzysta przy tym z faktu, że konserwatywna większość w Sądzie Najwyższym w wielu sprawach przychylniej patrzy na silną władzę wykonawczą niż wcześniejsze składy sądu. Dla jednych jest to przywracanie sprawności państwa sparaliżowanego przez polityczny klincz. Dla innych – precedens, z którego kiedyś skorzysta również prezydent o całkowicie odmiennych poglądach.
To właśnie tutaj przebiega najważniejszy spór o przyszłość Ameryki. Paradoks polega bowiem na tym, że diagnoza obecnego prezydenta często trafia w rzeczywiste problemy. Globalizacja pozostawiła po sobie zrujnowane miasta, w których kiedyś kwitł przemysł. Nielegalna imigracja osiągnęła skalę, której wcześniejsze administracje nie potrafiły opanować. Chiny rzeczywiście wykorzystały otwartość amerykańskiego rynku.
Pytanie brzmi jednak: nie czy, ale jaką kurację zaaplikować Ameryce. Historia uczy, że wielkie państwa rzadko odzyskują pozycję dzięki jednej spektakularnej operacji militarnej. Wojny planowane na kilka tygodni zwykle trwają miesiące, a czasem lata. Cła częściej zmieniają kierunki handlu niż doprowadzają do odrodzenia całych gałęzi przemysłu. Ograniczenie imigracji może poprawić bezpieczeństwo, ale nie rozwiąże problemów demograficznych ani kwestii niedoboru pracowników.
Podobnie jest z władzą. Każdy prezydent chętnie poszerza własne kompetencje, lecz historia pokazuje, że trudno przywrócić z powrotem raz przesuniętą granicę.
Donald Trump niewątpliwie zmienił Amerykę. Być może bardziej niż jakikolwiek prezydent od czasów Ronalda Reagana. Nadal jednak nie wiadomo, czy zmiany te okażą się fundamentem nowej potęgi, czy jedynie kolejnym etapem politycznej polaryzacji.
Bo prawdziwa wielkość mocarstwa nie polega wyłącznie na zdolności bombardowania przeciwników, nakładania ceł, deportowania imigrantów czy poszerzania kompetencji prezydenta. Polega przede wszystkim na tym, że jego gospodarka pozostaje konkurencyjna, instytucje budzą zaufanie, a sojusznicy chcą z nim współpracować nie dlatego, że muszą, lecz dlatego, że warto.
I właśnie to jest dziś najtrudniejszy test dla hasła „Make America Great Again”. Nie wygra go ani jedna wojna, ani jedno rozporządzenie, ani nawet jeden wyrok Sądu Najwyższego. Wielkości państwa nie da się bowiem zadekretować. Można ją jedynie cierpliwie zbudować.


