Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama POLONEZ
czwartek, 27 sierpnia 2026 17:14
Reklama KD Market

Na Dachu Afryki: Rafał Stykowski z synem Łukaszem stanął na szczycie Kilimandżaro

Tydzień urlopu można spędzić na plaży w Meksyku lub na Dominikanie. Rafał Stykowski, prezes firmy RadarSat i przedstawiciel Sling TV w Stanach Zjednoczonych, wybrał zupełnie inaczej. Razem z synem Łukaszem wyruszył do Tanzanii, aby zdobyć Kilimandżaro – najwyższy szczyt Afryki. Sześć dni marszu, noce w temperaturach poniżej zera, choroba wysokościowa zagrażająca uczestnikom i dziesiątki kilometrów pokonywanych na coraz większej wysokości złożyły się na przygodę, którą Rafal bez wahania nazywa wyprawą życia.
Na Dachu Afryki: Rafał Stykowski z synem Łukaszem stanął na szczycie Kilimandżaro

Autor: Rafał Stykowski

Co ciekawe, pomysł nie należał początkowo do niego.

– To był pomysł mojego szwagra. Od roku mówił o Kilimandżaro. W lutym czy marcu razem z moim synem zdecydowaliśmy, że się wybierzemy – wspomina .

Specjalnych wielomiesięcznych treningów nie było. Na co dzień Rafał   regularnie spaceruje przez ponad godzinę, a trzy tygodnie przed wylotem zaczął chodzić z obciążonym plecakiem. Wiedział jednak, że na największe wyzwanie przygotować się w Chicago nie sposób.

– Do wysokości nie jesteś w stanie się przygotować. To jest zupełnie inny rozdział książki – mówi.

Do Tanzanii grupa dotarła przez Stambuł. Po przylocie spędziła dzień w Moshi, odpoczywając i aklimatyzując się przed wyprawą. Ośmioosobowy zespół tworzyli uczestnicy z Chicago, Polski i Dubaju. Wybrali sześciodniową trasę – najkrótszą, ale jednocześnie jedną z najbardziej intensywnych możliwości zdobycia Kilimandżaro.

O bezpieczeństwo grupy dbała liczna ekipa miejscowych przewodników i tragarzy. Ośmiu uczestnikom towarzyszyło około 20 osób, w tym przewodnicy, kucharz i porterzy niosący bagaże, żywność i wyposażenie.

Pierwszy etap prowadził przez tropikalny las do obozu położonego na wysokości około 2700 metrów. Kolejnego dnia grupa dotarła na 3700 metrów. Następnie przyszedł czas na aklimatyzację – wejście na około 4300 metrów i ponowne zejście niżej. Dopiero później uczestnicy ruszyli do ostatniego obozu na wysokości około 4700 metrów.

Warunki stawały się coraz bardziej surowe. Nie było pryszniców, a uczestnicy otrzymywali niewielkie miski ciepłej wody. Noce spędzali w czapkach i rękawiczkach, mimo ciepłych śpiworów. Każdego dnia pokonywali po kilka godzin marszu, niosąc wodę i najpotrzebniejsze wyposażenie. Najważniejsze były dobre buty, świeże wełniane skarpety, odpowiedni plecak i warstwowa odzież.

Kulminacyjny moment nastąpił po dotarciu do obozu na wysokości 4700 metrów. Po krótkim odpoczynku pobudka nastąpiła o godz. 11 wieczorem. Godzinę później grupa, wyposażona w czołówki i zimową odzież, ruszyła w stronę szczytu.

– To jest najcięższy etap drogi – przyznaje Rafał  Stykowski.

Temperatura spadała do około minus 15 stopni Celsjusza, a wraz ze wzrostem wysokości coraz bardziej dawał o sobie znać niedobór tlenu. Nie wszystkim udało się ukończyć wspinaczkę. Jeden z uczestników musiał zrezygnować, inny był bliski poddania się niedaleko szczytu i dotarł na górę dzięki pomocy przewodników.

Rafał i Łukasz nie doświadczyli choroby wysokościowej i wspólnie stanęli na szczycie Kilimandżaro. Spędzili tam około godziny. Widoki i świadomość osiągnięcia celu wynagradzały wysiłek, ale przed nimi pozostawała jeszcze droga w dół.

I właśnie zejście okazało się dla Rafała  trudniejsze od wspinaczki.

– Nogi miałem jak z waty. Trudniejsze jest zejście niż wejście – wspomina.

Po około dziewięciu kilometrach zejścia dotarł wyczerpany do obozu na wysokości 4700 metrów. Jeden z przewodników, Ben, pomagał mu nawet zmienić skarpety i buty. Po zaledwie dwóch godzinach odpoczynku trzeba było ponownie ruszyć – kolejne dziewięć kilometrów w dół, aby jak najszybciej zejść z dużej wysokości. Ostatniego dnia na uczestników czekało jeszcze około 20 kilometrów marszu.

Kiedy Rafał wreszcie dotarł do końca szlaku, jego syn był już na miejscu.

– Jak mnie zobaczył, podleciał do mnie i złapał mnie, bo w tym momencie już bym się przewrócił – opowiada.

To właśnie wspólna wyprawa z synem okazała się jednym z najważniejszych wymiarów całej przygody. Rafał  podczas rozmowy szczególnie podkreślał, jak wiele znaczyła dla niego obecność Łukasza.

– Przede wszystkim chciałbym podziękować mojemu synowi Łukaszowi. Kocham go bardzo. Bez niego nie dałbym sobie rady. Wsparcie, motywacja… – mówił. Wspólny wysiłek i czas spędzony z dala od codziennych obowiązków stały się dla ojca i syna doświadczeniem równie ważnym jak samo zdobycie szczytu.

Stykowski z ogromnym uznaniem wspomina również Tanzańczyków, którzy opiekowali się grupą. Szczególnie dziękuję przewodnikom Lazaro, Erykowi i Benowi. Podkreśla ich uczciwość, życzliwość i niezwykłą troskę o uczestników wyprawy. Po zejściu grupa przekazała ekipie napiwki, a także część własnego wyposażenia, ubrania, buty i pozostałe zapasy.

Na zakończenie każdy, kto zdobył szczyt, otrzymał oficjalny tanzański certyfikat. Rafał  zabrał też swoich przewodników do słynnej Union Café w Moshi, aby po sześciu dniach wspólnie wypić pierwszą prawdziwą kawę.

Cała wyprawa, nie licząc biletów lotniczych, kosztowała około 1700 dolarów. Jak zauważa Stykowski, to kwota porównywalna z tygodniowym urlopem w popularnym kurorcie.

– Nie ma co porównywać. Leżenie na leżaku, all inclusive i drinki nie zastąpią tego przeżycia – przekonuje.

Czy Kilimandżaro rozbudziło apetyt na kolejne wielkie góry? Przed wyjazdem Rafał i Łukasz rozważali nawet wyprawę w kierunku Mount Everestu. Po powrocie zmienili zdanie.

– Kilimandżaro nas wyleczyło – śmieje się Rafał.

Pozostało jednak coś znacznie cenniejszego niż plany zdobywania kolejnych szczytów – wspomnienia sześciu niezwykłych dni, pokonanego własnego zmęczenia i czasu spędzonego wspólnie przez ojca i syna.

– Warto zobaczyć, warto zwiedzać świat. Pieniędzy do trumny nie zabierzemy. A widoki i wspomnienia, które mamy, zostaną z nami do końca życia – podsumowuje Rafał Stykowski.

Tekst i zdjęcia: Rafał Stykowski



Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama