Co ciekawe, pomysł nie należał początkowo do niego.
– To był pomysł mojego szwagra. Od roku mówił o Kilimandżaro. W lutym czy marcu razem z moim synem zdecydowaliśmy, że się wybierzemy – wspomina .
Specjalnych wielomiesięcznych treningów nie było. Na co dzień Rafał regularnie spaceruje przez ponad godzinę, a trzy tygodnie przed wylotem zaczął chodzić z obciążonym plecakiem. Wiedział jednak, że na największe wyzwanie przygotować się w Chicago nie sposób.
– Do wysokości nie jesteś w stanie się przygotować. To jest zupełnie inny rozdział książki – mówi.
Do Tanzanii grupa dotarła przez Stambuł. Po przylocie spędziła dzień w Moshi, odpoczywając i aklimatyzując się przed wyprawą. Ośmioosobowy zespół tworzyli uczestnicy z Chicago, Polski i Dubaju. Wybrali sześciodniową trasę – najkrótszą, ale jednocześnie jedną z najbardziej intensywnych możliwości zdobycia Kilimandżaro.
O bezpieczeństwo grupy dbała liczna ekipa miejscowych przewodników i tragarzy. Ośmiu uczestnikom towarzyszyło około 20 osób, w tym przewodnicy, kucharz i porterzy niosący bagaże, żywność i wyposażenie.
Pierwszy etap prowadził przez tropikalny las do obozu położonego na wysokości około 2700 metrów. Kolejnego dnia grupa dotarła na 3700 metrów. Następnie przyszedł czas na aklimatyzację – wejście na około 4300 metrów i ponowne zejście niżej. Dopiero później uczestnicy ruszyli do ostatniego obozu na wysokości około 4700 metrów.
Warunki stawały się coraz bardziej surowe. Nie było pryszniców, a uczestnicy otrzymywali niewielkie miski ciepłej wody. Noce spędzali w czapkach i rękawiczkach, mimo ciepłych śpiworów. Każdego dnia pokonywali po kilka godzin marszu, niosąc wodę i najpotrzebniejsze wyposażenie. Najważniejsze były dobre buty, świeże wełniane skarpety, odpowiedni plecak i warstwowa odzież.
Kulminacyjny moment nastąpił po dotarciu do obozu na wysokości 4700 metrów. Po krótkim odpoczynku pobudka nastąpiła o godz. 11 wieczorem. Godzinę później grupa, wyposażona w czołówki i zimową odzież, ruszyła w stronę szczytu.
– To jest najcięższy etap drogi – przyznaje Rafał Stykowski.
Temperatura spadała do około minus 15 stopni Celsjusza, a wraz ze wzrostem wysokości coraz bardziej dawał o sobie znać niedobór tlenu. Nie wszystkim udało się ukończyć wspinaczkę. Jeden z uczestników musiał zrezygnować, inny był bliski poddania się niedaleko szczytu i dotarł na górę dzięki pomocy przewodników.
Rafał i Łukasz nie doświadczyli choroby wysokościowej i wspólnie stanęli na szczycie Kilimandżaro. Spędzili tam około godziny. Widoki i świadomość osiągnięcia celu wynagradzały wysiłek, ale przed nimi pozostawała jeszcze droga w dół.
I właśnie zejście okazało się dla Rafała trudniejsze od wspinaczki.
– Nogi miałem jak z waty. Trudniejsze jest zejście niż wejście – wspomina.
Po około dziewięciu kilometrach zejścia dotarł wyczerpany do obozu na wysokości 4700 metrów. Jeden z przewodników, Ben, pomagał mu nawet zmienić skarpety i buty. Po zaledwie dwóch godzinach odpoczynku trzeba było ponownie ruszyć – kolejne dziewięć kilometrów w dół, aby jak najszybciej zejść z dużej wysokości. Ostatniego dnia na uczestników czekało jeszcze około 20 kilometrów marszu.
Kiedy Rafał wreszcie dotarł do końca szlaku, jego syn był już na miejscu.
– Jak mnie zobaczył, podleciał do mnie i złapał mnie, bo w tym momencie już bym się przewrócił – opowiada.
To właśnie wspólna wyprawa z synem okazała się jednym z najważniejszych wymiarów całej przygody. Rafał podczas rozmowy szczególnie podkreślał, jak wiele znaczyła dla niego obecność Łukasza.
– Przede wszystkim chciałbym podziękować mojemu synowi Łukaszowi. Kocham go bardzo. Bez niego nie dałbym sobie rady. Wsparcie, motywacja… – mówił. Wspólny wysiłek i czas spędzony z dala od codziennych obowiązków stały się dla ojca i syna doświadczeniem równie ważnym jak samo zdobycie szczytu.
Stykowski z ogromnym uznaniem wspomina również Tanzańczyków, którzy opiekowali się grupą. Szczególnie dziękuję przewodnikom Lazaro, Erykowi i Benowi. Podkreśla ich uczciwość, życzliwość i niezwykłą troskę o uczestników wyprawy. Po zejściu grupa przekazała ekipie napiwki, a także część własnego wyposażenia, ubrania, buty i pozostałe zapasy.
Na zakończenie każdy, kto zdobył szczyt, otrzymał oficjalny tanzański certyfikat. Rafał zabrał też swoich przewodników do słynnej Union Café w Moshi, aby po sześciu dniach wspólnie wypić pierwszą prawdziwą kawę.
Cała wyprawa, nie licząc biletów lotniczych, kosztowała około 1700 dolarów. Jak zauważa Stykowski, to kwota porównywalna z tygodniowym urlopem w popularnym kurorcie.
– Nie ma co porównywać. Leżenie na leżaku, all inclusive i drinki nie zastąpią tego przeżycia – przekonuje.
Czy Kilimandżaro rozbudziło apetyt na kolejne wielkie góry? Przed wyjazdem Rafał i Łukasz rozważali nawet wyprawę w kierunku Mount Everestu. Po powrocie zmienili zdanie.
– Kilimandżaro nas wyleczyło – śmieje się Rafał.
Pozostało jednak coś znacznie cenniejszego niż plany zdobywania kolejnych szczytów – wspomnienia sześciu niezwykłych dni, pokonanego własnego zmęczenia i czasu spędzonego wspólnie przez ojca i syna.
– Warto zobaczyć, warto zwiedzać świat. Pieniędzy do trumny nie zabierzemy. A widoki i wspomnienia, które mamy, zostaną z nami do końca życia – podsumowuje Rafał Stykowski.
Tekst i zdjęcia: Rafał Stykowski

