Donald Trump najwyraźniej polubił rolę naczelnego kartografa Stanów Zjednoczonych. Najpierw Zatoka Meksykańska została dla amerykańskiej administracji Zatoką Amerykańską, Denali ponownie Mount McKinley, pod koniec sierpnia Jezioro Ontario – Lake America. Z kolei 2 września prezydent zapytał w Truth Social, czy skoro Stany Zjednoczone kontrolują Cieśninę Ormuz, nie należałoby nazwać jej Trump Strait.
Tym razem szybko wyjaśnił, że pomysł został jedynie „rzucony”. Ale właśnie dlatego jest ciekawy. Pokazuje bowiem, że w polityce nazwa geograficzna dawno przestała być niewinnym napisem na mapie. Może być manifestem, nagrodą, karą, instrumentem nacisku, a czasem po prostu polityczną szpilką.
Trump nie wymyślił sobie kompetencji do zmieniania nazw. Amerykański system ma w tej sprawie długą tradycję. Już w 1890 roku prezydent Benjamin Harrison powołał U.S. Board on Geographic Names, aby skończyć z chaosem, w którym różne federalne urzędy używały różnych nazw tych samych miejsc. W 1947 roku Kongres nadał temu systemowi ustawową podstawę – obecnie zapisaną w 43 U.S.C. §§ 364–364f. Rada wraz z sekretarzem spraw wewnętrznych ma zapewniać jednolite nazewnictwo w całej administracji federalnej.
Na tych właśnie przepisach opiera się rozporządzenie Trumpa z 27 sierpnia 2026 roku dotyczące Lake America. Nakazuje ono wpisanie nowej nazwy do federalnego Geographic Names Information System i jej używanie przez urzędy, między innymi na mapach, w dokumentach i kontraktach. Podobny mechanizm wykorzystano wcześniej przy Gulf of America i Mount McKinley.
Tyle że władza prezydenta kończy się mniej więcej tam, gdzie kończy się federalna pieczęć. Decyzje Board on Geographic Names są wiążące dla agencji federalnych, ale nie dla władz stanowych, prywatnych wydawców map czy innych państw. Google czy Apple mogą przejąć nazwę z federalnych baz danych, lecz nie muszą. MapQuest po przemianowaniu Ontario demonstracyjnie oznajmił: „nie zmieniamy”.
Kanada tym bardziej nie ma obowiązku uznać Lake America. A prezydencki post nie jest w stanie przemianować Cieśniny Ormuz dla Irańczyków, Omańczyków ani reszty świata. Amerykańska Board on Geographic Names standaryzuje także nazwy zagraniczne, ale tylko na potrzeby rządu USA.
Innymi słowy: prezydent może zmienić amerykańską mapę świata. Nie może jednym podpisem zmienić map całemu światu.
Amerykanie mają zresztą własne doświadczenie pokazujące, że nawet dekret prezydenta nie gwarantuje nazwie wieczności.
Po zamachu na Johna F. Kennedy’ego Lyndon Johnson w listopadzie 1963 roku zdecydował, że Cape Canaveral na Florydzie stanie się Cape Kennedy. Był to gest zrozumiały: zamordowany prezydent uczynił program księżycowy symbolem amerykańskich ambicji.
Problem polegał na tym, że mieszkańcy Florydy nie pokochali nowej nazwy. Przez dziesięć lat zabiegali o powrót starej. W 1973 roku stan przywrócił Cape Canaveral na swoich mapach, a kilka miesięcy później zaakceptowała to również federalna Board on Geographic Names. Kennedy Space Center zachowało natomiast imię prezydenta.
Powstał kompromis bardzo amerykański: bohater pozostał uhonorowany, a geografia odzyskała nazwę, do której ludzie byli przywiązani.
Zmiana nazwy może jednak przynieść skutki znacznie poważniejsze niż wymiana tablic.
Przez niemal trzy dekady Grecja blokowała międzynarodową integrację sąsiedniej Macedonii, obawiając się, że jej nazwa może sugerować roszczenia wobec greckiego regionu Macedonia. Kompromis osiągnięto dopiero w 2018 roku w porozumieniu znad Prespy. Państwo zmieniło konstytucyjną nazwę na Republikę Macedonii Północnej.
Tym razem zmiana jednego słowa rzeczywiście zmieniła polityczną rzeczywistość. NATO mówiło wprost: bez rozwiązania sporu o nazwę nie będzie członkostwa. Po wdrożeniu porozumienia Macedonia Północna została w 2020 roku trzydziestym członkiem Sojuszu.
Bywa więc, że zmiana nazwy nie jest politycznym teatrem, lecz ceną kompromisu. Powody bywają bardzo różne. Król Mswati III w 2018 roku przemianował Swaziland na Eswatini, między innymi podkreślając miejscową tożsamość; ONZ przyjęła zmianę.
W 1989 roku wojskowe władze Birmy wprowadziły nazwę Myanmar. ONZ ją zaakceptowała, ale przez lata część zachodnich państw i mediów świadomie używała „Burma”, kwestionując legitymację junty. Ta sama mapa stawała się więc deklaracją politycznego stanowiska.
Zupełnie inaczej było z Türkiye. W 2022 roku Ankara zwróciła się do ONZ o używanie tureckiej formy nazwy kraju zamiast angielskiego „Turkey”. Organizacja po prostu uwzględniła wniosek. Bez wojny kulturowej, bez wymiany granic, za to z wyraźnym elementem narodowego brandingu.
W tym kontekście kartograficzne pomysły Trumpa wyglądają mniej egzotycznie, niż mogłoby się wydawać. Prezydent wykorzystuje stare narzędzie w charakterystyczny dla siebie sposób – głośno, demonstracyjnie i z wyraźnym politycznym przesłaniem. Gulf of America ma mówić o dominującej roli USA w regionie. Lake America pojawiło się w środku ostrego konfliktu handlowego z Kanadą. „Trump Strait” było już niemal czystą prowokacją – tym bardziej że sam Trump kilka godzin później przyznał, iż pomysłu nie należy traktować jako konkretnego planu.
Nie wszystkie te nazwy przetrwają. Sondaż Reuters/Ipsos cytowany w załączonym materiale pokazywał, że zmianę Lake Ontario popierało zaledwie 14 proc. Amerykanów, a 63 proc. było jej przeciwnych. To ważne, bo o trwałości nazwy ostatecznie decyduje nie tylko dekret, lecz także to, czy ludzie zaczną jej używać.
Prezydent może nakazać urzędnikowi wpisać Lake America do dokumentu. Może sprawić, że pojawi się ono na federalnej mapie, a potem w telefonie milionów Amerykanów. Nie może jednak zadekretować pamięci ani językowego przyzwyczajenia.
Mapę można zmienić jednym podpisem. Znacznie trudniej przekonać ludzi, że od chwili złożenia tego podpisu naprawdę znaleźli się w innym miejscu.


