Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
czwartek, 10 września 2026 17:51

Nie trać ducha!

Nie trać ducha!

Autor: Adobe Stock

Nie wszystko w życiu zawsze wychodzi tak, jakby się tego chciało. Życie składa się z sukcesów, ale także z porażek. Na wszystko trzeba być gotowym. Tak to jest, że te drugie lubią nas zaskakiwać, spadają jak grom z jasnego nieba, choć przecież mają też swoje przyczyny. Piszę o tym, gdyż moje życie nie jest też pasmem samych sukcesów. Nie urodziłem się w niedzielnym „czepku”, sobota w tamtych czasach była pracująca. Długo w życiu uczyłem się, jak godzić się z tym, że coś mi nie wyszło. Akceptacja porażek nie należy do rzeczy łatwych. 

Ostatnio spadła na mnie taka porażka. Efektem była gorycz, a ta składa się ponoć ze złości i smutku. Tak, było we mnie jedno i drugie. Do tego dochodzi jeszcze wstyd i może obudzić się bardzo niechciane poczucie mniejszej wartości. Człowiek doznaje jednak jakiegoś upokorzenia. Ciekawe, że słowo to nie ma wcale religijnego posmaku. Według Wielkiego Słownika Języka Polskiego” upokorzenie to „stan psychiczny występujący w sytuacji, gdy wydarzyło się lub dzieje się coś, co uznajemy za naruszenie naszej godności i przez co czujemy się gorsi”. Krzysztof Jedliński pisał w „Charakterach”, że upokorzenie „to stan naruszenia, czy też umniejszenia godności człowieka. Godność tę mogą naruszyć inni ludzie, na przykład traktując go jak przedmiot, środek do osiągnięcia celu, z pogardą. Godność może też człowiek naruszyć sam, na przykład zachowując się niezgodnie z uznawanymi przez siebie zasadami. Stanowi upokorzenia często towarzyszy poczucie poniżenia, mniejszej wartości (czasem wręcz bezwartościowości), a także niechęć do siebie, wstyd, poczucie winy czy bezsilność”.

Uświadamiając sobie to wszystko można lepiej zrozumieć to, co się przeżywa w trudnej i bolesnej chwili. Jednak najważniejsze jest stanięcie w prawdzie. Uświadomienie sobie, że porażka nie jest jeszcze końcem świata. Jest na pewno ważną lekcją, która pokazuje co należy zmienić, co poprawić. Trzeba zaakceptować fakt, że życie to także porażki. Podobnie jak z każdego kryzysu, także i z tego można wyjść zwycięsko, to znaczy może coś zmienić się na lepsze. Przede wszystkim jednak daje nową siłę i motywację do poprawy.

Jednak nie jest łatwo przyznać się do porażki. Łatwiej radzimy sobie ze zwycięstwami. Z porażkami nie potrafimy postępować. Aby pokonać porażkę, musimy wyznać samym sobie, że przegraliśmy, że ponieśliśmy klęskę. Zagłębienie się w ciemne strony własnej porażki wymaga bardzo dużej pokory. Ta jest niczym innym jak prawdą o sobie. Pokora, choć uznawana za jedną z ważniejszych cnót, nie jest jednak popularna. Może kojarzyć się typem człowieka wycofanego, nieśmiałego, niepewnego, zawsze ustępującego, przepraszającego za wszystko. Zdecydowanie lepiej się mają osoby pewne siebie, przebojowe, energiczne, potrafiące walczyć o swoje. Ludzie sukcesów.

A pokora? Określenie użyte w Biblii na słowo pokora znaczy kogoś, kto nie myśli na swój temat za dużo, ale też kto nie myśli na swój temat za mało. Pokora zatem to myślenie o sobie zgodnie z tym co jest prawdą o nas samych. A to jest trudne. Pokora to nie to, co myślą o nas inni. To jest to, co my sami myślimy i wiemy o sobie. Czy warto być pokornym? Oczywiście! Nawet jeśli trzeba przełknąć gorzki smak porażki, uznać, że coś nie wyszło, że zawaliłem. Umieć też cieszyć się sukcesami, zwycięstwami, dziękować za pochwały i samemu obdzielać nimi innych. 

Jeśli jednak ktoś chce mnie upokorzyć z powodu czegoś, co mi nie wyszło lub już to robi, trzeba mieć odwagę powiedzieć: stop! Każdy ma prawo do swojej godności. Każdy ma też prawo do błędów. Nikt nie jest doskonały. Dobrze jest też stawać w czyjejś obronie i samemu się bronić, kiedy trzeba. I dobrze jest nie zostawać samemu z tym wszystkim. Dobrze jest mieć komu się zwierzyć, aby był blisko tak w dobrym, jak i trudnym momencie. Dobrze mieć prawdziwego przyjaciela i samemu takim być dla drugiego. Zwłaszcza wtedy, kiedy coś nie wyszło, żeby pomógł stanąć na nogi i dodał odwagi do dalszego życia.

Mnie pomaga także sakrament pokuty, czyli szczera spowiedź. Wyznanie grzechów i przyznanie się do błędów, także do „zawaleń”. Wierzę, bo czuję to, że wtedy sam Pan Jezus podnosi mnie i motywuje do poprawy i dalszej drogi. Często także ociera łzy, kiedy płyną. Warto o tym pamiętać i nie upadać na duchu! Osobiście jeszcze się nie zawiodłem nigdy!

Jeden z proboszczów napisał do swoich parafian: „Upadać na duchu, tracić ducha, to przeżycia dość bliskie sobie. Tracić ducha, to tak, jakby powietrze uchodziło z pontonu, który cię unosi na głębokim morzu. Wszystko się pod tobą załamuje, wszystko zostaje zachwiane, podważone, budzi się gorzki żal. Trudne doświadczenia zawsze nas zaskakują; nagła choroba, wypadek, bezduszne oszczerstwo, fałszywe oskarżenie. Tego się raczej nikt nie spodziewa, na to nikt specjalnie nie czeka, nawet jeśli się z tym liczymy, że to może na nas przyjść. Co stanowi istotę tego upadania na duchu? Poczucie klęski, niezrozumienia. Największym błędem, jaki tutaj popełniamy, jest to, że naraz tracimy z pola widzenia Pana Boga, Jego Opatrzność, która zawsze kieruje naszym życiem. Bogu jest wszystko wiadome. Rzeczywiście, Bóg obchodzi się z nami, jak z własnymi dziećmi (w końcu naprawdę nimi jesteśmy)”.

ks. Łukasz Kleczka SDS

Salwatorianin, ksiądz od 1999 roku. Ukończył studia w Bagnie koło Wrocławia, Krakowie i Rzymie. Pracował jako kierownik duchowy i rekolekcjonista w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, duszpasterz i katecheta. W latach 2011-2018 przełożony i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Merrillville w stanie Indiana. Był przełożonym wspólnoty zakonnej salwatorianów w Veronie, New Jersey.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama