Stany Zjednoczone inwestują bowiem w AI już nie jak w kolejną technologię, lecz jak w przyszłą podstawę przewagi gospodarczej. Powstają centra danych, elektrownie, linie przesyłowe i fabryki urządzeń. Wielkie koncerny przeznaczają dziesiątki miliardów dolarów na komputerowe procesory i infrastrukturę. Rosną wyceny spółek powiązanych z AI, a wraz z nimi wartość portfeli emerytalnych milionów Amerykanów. Coraz większa część optymizmu inwestorów opiera się więc na jednym założeniu: że rachunek za sztuczną inteligencję zostanie kiedyś wynagrodzony ogromnym wzrostem produktywności.
Może tak być. Problem w tym, że USA zaczynają wydawać pieniądze na przyszłość szybciej, niż zdążyła ona udowodnić swoją rentowność.
Rewolucja, którą trzeba najpierw wybudować
AI miała być symbolem gospodarki niematerialnej: algorytm zamiast fabryki, program zamiast maszyny, automat zamiast pracownika. Okazało się, że ten paradygmat wymaga niezwykle materialnego zaplecza.
Sztuczna inteligencja potrzebuje ziemi, betonu, kabli, transformatorów, elektrowni, systemów chłodzenia i przede wszystkim ogromnych ilości energii. To właśnie dlatego pierwszym wielkim makroekonomicznym skutkiem rewolucji AI nie stało się masowe zastępowanie ludzi przez roboty, lecz boom inwestycyjny.
Rezerwa Federalna opisuje obecną falę wydatków jako potężny impuls inwestycyjny, wymagający ciągłego kupowania coraz nowocześniejszego sprzętu. Jednocześnie około 90 proc. istotnego dla tego procesu wyposażenia pochodzi z Azji Wschodniej. I to dość przewrotny rezultat. Technologia mająca wzmacniać strategiczną przewagę Ameryki jednocześnie zwiększa jej zależność od zagranicznych dostaw procesorów i urządzeń.
Najpierw prąd, potem inteligencja
Jeszcze bardziej zaskakujące jest to, że jednym z najważniejszych ograniczeń rozwoju najbardziej zaawansowanej technologii świata może okazać się coś tak banalnego jak dostęp do gniazdka z prądem.
Międzynarodowa Agencja Energii prognozuje, że do końca dekady centra danych będą odpowiadały za znaczną część wzrostu amerykańskiego zapotrzebowania na energię elektryczną.
W praktyce oznacza to wyścig o nowe moce wytwórcze i sieci. Energia, która przez lata nie była głównym ograniczeniem dla amerykańskich firm technologicznych, staje się zasobem strategicznym. W niektórych regionach centra danych zaczynają konkurować o nią z przemysłem i gospodarstwami domowymi.
I tu pojawia się kolejny paradoks. AI ma w przyszłości obniżać koszty dzięki automatyzacji, ale aby do tej przyszłości dojść, trzeba dziś wydać setki miliardów dolarów i zużyć ogromne ilości energii. Technologia potencjalnie prowadząca do deflacji, czyli wzrostu wartości pieniądza, może więc w fazie budowy działać w przeciwnym kierunku: podbijać popyt na kapitał, energię, materiały i wykwalifikowanych pracowników.
Armii bezrobotnych na razie nie ma
Równie nietrafione okazały się – przynajmniej dotychczas – najbardziej dramatyczne przepowiednie dotyczące rynku pracy. Nie ma jeszcze armii księgowych, programistów, prawników, analityków czy dziennikarzy wyrzuconych na bruk przez algorytmy.
Badania nie wykazują na razie powszechnego wypierania pracowników z całej gospodarki. Ujawniły jednak coś bardziej ukrytego i być może równie ważnego. W zawodach najbardziej wystawionych na działanie AI wyraźnie słabiej radzą sobie najmłodsi pracownicy. Różnica wynika przede wszystkim z ograniczenia nowych przyjęć, a nie ze zwalniania już zatrudnionych.
To znacznie mniej widowiskowe niż masowe redukcje, ale może głębiej przeorać rynek pracy. Firma nie musi zwalniać doświadczonych specjalistów. Wystarczy, że dzięki AI ten sam specjalista wykona pracę, do której wcześniej potrzebował dwóch młodszych współpracowników.
A wtedy znika pierwszy szczebel drabiny zawodowej. Pozostaje pytanie, skąd za dziesięć lat mają się wziąć doświadczeni analitycy, programiści czy doradcy, jeśli coraz mniej ludzi dostanie szansę, żeby doświadczenie zdobyć?
Bogactwo, którego nie widać w PKB
Jest jeszcze jeden skutek, którego niemal nie przewidywano: AI komplikuje samo monitorowanie kondycji gospodarki.
Jeżeli ktoś dzięki chatbotowi napisze pismo, przetłumaczy dokument, nauczy się obsługi programu albo uzyska pomoc, za którą wcześniej musiałby zapłacić, jego sytuacja realnie się poprawia. Ale nie musi pojawić się żadna nowa transakcja, którą łatwo dopisać do PKB.
Badacze próbują już wyceniać korzyści, jakie użytkownicy czerpią z dostępu do generatywnej AI. Nie są to jednak dodatkowe miliardy dolarów PKB, lecz próby określenia wartości tych narzędzi dla konsumentów.
I właśnie tutaj pojawia się problem z oceną rzeczywistego wpływu AI na gospodarkę. Firma może dzięki niej wykonać te same zadania szybciej i taniej, ale nie musi to od razu oznaczać wzrostu jej przychodów. Jeśli część oszczędności przełoży się na niższe ceny, skorzystają klienci, choć wartość sprzedaży może pozostać bez zmian albo nawet spaść. Jeśli natomiast oszczędności zatrzyma firma, wzrosną jej zyski, ale korzyści pracowników czy konsumentów mogą być znacznie mniejsze. Innymi słowy, większa wydajność nie musi automatycznie oznaczać większego PKB ani poprawy sytuacji wszystkich uczestników ekonomicznej gry. Dlatego nie da się wrzucić do jednego worka wartości czasu zaoszczędzonego przez użytkowników, wydatków na centra danych, zysków koncernów i potencjalnie zautomatyzowanej pracy. Każda z tych liczb mierzy coś innego.
Gdy wszyscy wierzą w to samo…
Największe zagrożenie dla gospodarki USA nie polega więc obecnie na tym, że sztuczna inteligencja okaże się bezużyteczna. Już wiadomo, że nie jest.
Ryzyko polega na skali oczekiwań. Jeżeli kilka firm inwestuje w nową technologię i część z nich się pomyli, mamy zwykły biznesowy błąd. Jeśli jednak wokół tej samej technologii jednocześnie rosną inwestycje przedsiębiorstw, zapotrzebowanie na energię, import sprzętu, budowa centrów danych i plany rozwoju sieci energetycznej, pomyłka zaczyna mieć znaczenie makroekonomiczne. Nie trzeba nawet, aby AI poniosła porażkę. Wystarczy, że okaże się trochę mniej rentowna, niż zakładano.
Firmy mogą wówczas ograniczyć gigantyczne wydatki inwestycyjne. Spadnie popyt na procesory, budowę centrów danych, urządzenia energetyczne i powierzchnie przemysłowe. Korekta giełdowa zmniejszy majątek gospodarstw domowych. To klasyczny problem każdej gorączki inwestycyjnej: nie trzeba udowadniać, że technologia jest bezwartościowa. Wystarczy odkryć, że zapłacono za jej przyszłość zbyt wysoką cenę.
Wielki zakład
Amerykanie mają już doświadczenie z podobnymi historiami. Koleje, elektryfikacja, internet i telefonia komórkowa rzeczywiście zmieniły gospodarkę. Nie znaczy to jednak, że każdy inwestor, który obstawiał ich sukces, zarobił.
Technologia może wygrać, a część inwestycji może mimo to okazać się błędna.
Z AI może być podobnie. Być może za kilkanaście lat będziemy się dziwić, że ktokolwiek wątpił w jej wpływ na produktywność. Być może stanie się ona równie oczywistym składnikiem gospodarki jak komputer czy internet.
Tyle że dzisiejsza Ameryka nie czeka cierpliwie na wynik tego eksperymentu. Już buduje elektrownie, centra danych i nowe modele biznesowe. Już uzależnia od niego część inwestycji i majątku giełdowego. Już przebudowuje pod niego rynek pracy.
AI miała być narzędziem pozwalającym gospodarce robić więcej za mniejsze pieniądze. Na razie Ameryka robi coś odwrotnego: wydaje coraz więcej, wierząc, że dzięki temu będzie kiedyś potrzebowała mniej.
Być może będzie to najlepszy gospodarczy zakład XXI wieku. Problem w tym, że stawka jest coraz większa.
A rozstrzygnięcie jeszcze jednej kwestii – czy powyższy tekst powstał przy pomocy sztucznej inteligencji – pozostawiam Czytelnikom.


