Dziś rano siedziałem sobie i rozmyślałem o wierszu, który napisałem kilka lat temu. Nosił tytuł „Ostatni wiersz, który napiszę”. Wspominając go, wróciłem myślami do pierwszego wiersza, jaki kiedykolwiek napisałem. Chodziłem wtedy do trzeciej klasy szkoły św. Fidelisa w Chicago. Jedna z zakonnic kazała nam nauczyć się na pamięć wiersza „Trees” (Drzewa) katolickiego poety Joyce’a Kilmera. Nauczyłem się go, a potem napisałem własny wiersz, bardzo podobny do utworu Kilmera. Później napisałem kolejny, a potem następny i jeszcze jeden. Piszę wiersze już od 70 lat i z jakiegoś powodu pewnego dnia napisałem wiersz o moim ostatnim wierszu.
Oto on:
Ostatni wiersz, który napiszę,
będzie o późnym letnim dniu.
Będę siedział na ławce parkowej
na wzgórzu w San Francisco,
z widokiem na Pacyfik.
Ocean będzie żył
wiecznie i na zawsze.
A ja razem z nim.
Wspomnienie tego wiersza skłoniło mnie do zastanowienia się nad tym, jak mógłby wyglądać ostatnia felieton, który napiszę dla „Dziennika Związkowego”. Piszę dla tej gazety od ośmiu lat i mam już na koncie ponad 300 felietonów. Pisałem o rodzicach i ich wojennych przeżyciach, o rejsach, w których uczestniczyłem, o latach pandemii, sprawach politycznych, o tym, jak wyglądało dorastanie w dawnym Chicago, a nawet o polskich i polonijnych książkach, które z przyjemnością czytałem.
Więc jaki będzie mój ostatni felieton?
Myślę, że przede wszystkim będzie to długie, bardzo długie podziękowanie.
Na początek podziękuję ludziom z „Dziennika Związkowego” za to, że dali mi możliwość pisania felietonów. Podziękuję dwójce redaktorów, z którymi współpracowałem w gazecie: Gregowi Dziedzicowi i Ewie Malcher. Podziękuję również mojemu przyjacielowi Danielowi Pogorzelskiemu, który polecił mnie redakcji.
„Dziennik Związkowy” dał mi szansę robienia tego, co zawsze uwielbiałem: pisania. Ale wdzięczność nie ogranicza się tylko do samej możliwości pisania. Jestem wdzięczny także za to, że mogłem opowiadać o Chicago i własnych doświadczeniach związanych z tym miastem, a także za to, że gazeta dała mi czytelników – Polaków i Amerykanów polskiego pochodzenia.
Dzięki nim czuję, że wciąż jestem częścią chicagowskiej Polonii. Nie mieszkam w Chicago od 1973 roku, kiedy wyjechałem na studia doktoranckie na Purdue University w Indianie. Opuszczając miasto, zostawiłem za sobą okolice Humboldt Park – polskie kościoły i szkoły, polskie zakonnice i polskie sklepy. Zostawiłem polskich sąsiadów i kolegów z dzieciństwa: Stasia Czarnika, Mariana Bondarowicza, Christine Gorę, Jana Lorysa i George’a Migałę. Zostawiłem ich, a także ich rodziców, którzy – podobnie jak moja mama i mój tata – walczyli o przetrwanie tego, co zgotowali im Niemcy i Rosjanie podczas II wojny światowej.
Pisanie dla gazety daje mi jednak poczucie, jakbym znów mieszkał przy 2728 W. Evergreen Street, razem z rodzicami, Teklą i Janem Guzlowskimi, siostrą Donną i wszystkimi naszymi polskimi sąsiadami.
Dziękuję, „Dzienniku Związkowy”.
The Last Column I Write
I was sitting around this morning thinking of a poem I wrote a couple years ago. It was called “The Last Poem I Write.” Remembering it, I thought back to the first poem I ever wrote. I was in third grade at St. Fidelis School in Chicago, and one of the sisters had us memorize a poem called “Trees” by the Catholic poet Joyce Kilmer. I memorized that poem, and then I wrote another poem that looked a lot like Kilmer’s poem, and then I wrote another poem and another and another. I’ve been writing poems for 70 years now, and for some reason one day I wrote a poem about my last poem.
Here’s the poem:
The last poem I write
will be about
a late summer day.
I will be sitting on a park bench
in San Francisco on a hill
overlooking the Pacific.
The ocean will be alive
for ever and ever.
And so will I.
Remembering that poem got me thinking about the last column I might write for the Dziennik Zwiazkowy. I’ve been writing columns for this paper for 8 years now, and I’ve written more than 300 columns. I’ve written about my parents and their experiences in the war, the cruises I’ve taken, the pandemic years, political issues, what it was like growing up in Chicago in the old days, and even Polish and Polish-American books I’ve enjoyed reading.
So what will my last column be like?
I think mainly it will be a long long thank you.
First, I’ll thank the folks at the Dziennik Zwiazkowy for offering me the opportunity to write a column. I’ll thank the two editors at the paper I’ve worked with there, Greg Dziedzic and Ewa Malcher. I’m also going to thank my friend Daniel Pogorzelski who recommended me to the paper.
The Dziennik Zwiazkowy has given me the chance to do something I’ve always loved doing: writing. But it’s not just writing that I’m thankful for. I’m thankful for the opportunity to write about Chicago and my experiences there, and I’m thankful to the paper for providing me with readers who are Polish and Polish American.
These readers make me feel like I’m still a member of the Polish community in Chicago. I haven’t lived in Chicago since 1973 when I went off to grad school at Purdue University in Indiana. When I left Chicago, I left the neighborhood around Humboldt Park with its Polish churches and schools, its Polish nuns, its Polish stores. I left my Polish neighbors, kids like Stash Czarnik, Marian Bondarowicz, Christine Gora, Jan Lorys, and George Migala. I left them and their parents, parents who – like my mom and dad – struggled to survive what the Germans and the Russians did to them during World War II.
Writing for the paper, however, gives me the feeling that I am once again living at 2728 W. Evergreen Street with my parents Tekla and Jan Guzlowski and my sister Donna and all our Polish neighbors.
Thank you, Dziennik Zwiazkowy.

