W kwietniu 2007 roku Michèle Kiesewetter i Martin Arnold, policjanci z Heilbronn, zaparkowali radiowóz na ustronnym parkingu, by w spokoju zjeść lunch. Był środek dnia. Rozmawiali, jedli, nie spodziewając się niczego niezwykłego. Nie zauważyli momentu, w którym dwie osoby podeszły do samochodu z obu stron, otworzyły tylne drzwi i zaczęły do nich strzelać. Michèle zginęła na miejscu. Martin przeżył, lecz obrażenia pozbawiły go wspomnień z tamtej chwili – nie zapamiętał nic, co mogłoby pomóc w schwytaniu sprawców.
Na miejscu zbrodni nie było świadków ani żadnych tropów, poza mikroskopijnymi śladami kobiecego DNA. Ten trop nie zaprowadził jednak śledczych naprzód, lecz o piętnaście lat wstecz, do spokojnego miasteczka Idar-Oberstein.
Filiżanka
Sprawa „kobiety bez twarzy” zaczęła się tak naprawdę wiele lat wcześniej, wraz z DNA odkrytym na brzegu filigranowej filiżanki należącej do Lieselotte Schlenger, starszej pani mieszkającej w Idar-Oberstein. 26 maja 1993 roku jej sąsiadka, zaniepokojona nienaturalną ciszą panującą w mieszkaniu, zapukała do jej drzwi. Kiedy uporczywe stukanie nie odniosło skutku, wezwała policję. Okazało się, że Lieselotte jest martwa – uduszono ją poprzedniej nocy drutem z bukietu kwiatów, który stał w wazonie w jej salonie.
Sprawcy nigdy nie odnaleziono. Jedyną wskazówką pozostał ślad DNA nieznanej kobiety, zabezpieczony na miejscu zbrodni. W tamtym czasie technologia nie pozwalała jeszcze na jego pełną analizę, dlatego profil genetyczny trafił do narodowej bazy danych dopiero w 2001 roku, wraz z rozwojem metod badań DNA. Akta Lieselotte Schlenger odłożono na półkę, pomiędzy dziesiątki podobnych, nierozwiązanych zabójstw, mając nadzieję, że nowa technologia przyniesie kiedyś rozwiązanie zagadki.
Kiedy kilka lat później we Fryburgu odnaleziono ciało 61-letniego handlarza antykami, który – podobnie jak Lieselotte – został uduszony, nikt nie połączył obu tych spraw. Dopiero później okazało się, że profil DNA mordercy był ten sam. Równie lokalnie potraktowano kolejne zdarzenie: zużytą strzykawkę po heroinie znalezioną na placu zabaw w regionie Nadrenii-Palatynatu. I na niej znajdował się materiał genetyczny tej samej kobiety. Każdy z tych przypadków funkcjonował osobno, jako lokalna niewyjaśniona sprawa kryminalna.
Wszystko zmieniło się w kwietniu 2007 roku, po zabójstwie Michèle Kiesewetter. Zbrodnia wywołała w Niemczech narodowe poruszenie i wymusiła zupełnie inną skalę działań. Powołano specjalny zespół śledczy z siedzibą w Bad Kreuznach, który zaczął analizować wszystkie sprawy z bliższej i dalszej okolicy. Próbowano znaleźć jakikolwiek związek pomiędzy morderstwem starszej pani, egzekucją policjantki, drobnymi włamaniami, kradzieżami samochodów i śladem na zużytej strzykawce. Nie pasował tu żaden schemat, nie było żadnego wspólnego mianownika, jedynie tajemnicze, żeńskie DNA.
W pogoni za duchem
Właśnie wtedy zdecydowano się sięgnąć po pomoc Bundeskriminalamt (BKA) – federalnej instytucji powołanej do prowadzenia spraw wykraczających poza granice jednego landu. Dopiero dostęp do centralnych baz danych i akt z całych Niemiec ujawnił skalę zjawiska, z którym przyszło policji się zmierzyć. Dane z centralnych baz ujawniły, że profil DNA, dotąd kojarzony wyłącznie z południowo-zachodnimi Niemcami, pojawiał się w sprawach z całego kraju. W Dietzenbach, niedaleko Frankfurtu, znaleziono go po włamaniu do biura. W Heilbronn – na korku wlewu paliwa skradzionego samochodu. W Karlsruhe – na butelkach po piwie i kieliszku po winie po napadzie na bar. Kilka miesięcy po zabójstwie Michèle z rzeki na południe od Frankfurtu wyłowiono ciała trzech gruzińskich handlarzy samochodów. Za zbrodnię skazano dwóch mężczyzn – Irakijczyka i Somalijczyka. W zniszczonym, starym Fordzie należącym do jednego z nich znaleziono to samo kobiece DNA, choć obaj skazani zaprzeczali istnieniu jakiejkolwiek wspólniczki.
Każda z tych spraw dotyczyła innego rodzaju przestępstwa, innego miejsca i innego czasu a skala śledztwa nieustannie rosła. Gdy otwarto bazy transgraniczne, okazało się, że „kobieta bez twarzy” pojawiła się także poza Niemcami. We Francji jej DNA znaleziono na zabawkowym pistolecie użytym podczas napadu na wietnamskich handlarzy kamieniami szlachetnymi. W Austrii – przy kilkunastu włamaniach, kradzieżach samochodów i motocykli, a także na kuli pistoletu użytego w próbie zabójstwa w romskiej rodzinie i w sprawie brutalnej napaści na kobietę w nadgranicznej wiosce. Na części miejsc przestępstw pojawiały się ślady domniemanych wspólników – za każdym razem innych. Aresztowano mężczyzn z różnych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, lecz żaden z nich nie potrafił lub nie chciał powiedzieć nic o tajemniczej kobiecie.
Wobec narastającej liczby powiązań powołano międzynarodowy zespół śledczy. Wyznaczono nagrodę w wysokości 300 tysięcy euro. Pobrano próbki śliny od setek kobiet w Niemczech i Francji, a także od tysięcy kobiet z marginesu społecznego – bezdomnych, uzależnionych i wcześniej karanych. Równolegle tworzono profil sprawczyni. Strzykawka sugerowała kontakt z narkotykami. Drobne włamania i niewielkie łupy wskazywały na działanie pod presją chwili i desperacką potrzebę zdobycia gotówki. Zasięg geograficzny przestępstw oraz wątki związane z zamordowanymi Gruzinami utwierdziły śledczych w przekonaniu, że mają do czynienia z kimś, kto pochodzi z Europy Wschodniej i regularnie przemieszcza się po środkowej Europie.
Im więcej danych gromadzono, tym wyraźniej rysował się paradoks: „kobieta bez twarzy” była wszędzie – i jednocześnie nigdzie. Nie zarejestrowały jej żadne kamery. Nigdy nie zostawiła na żadnym z ponad czterdziestu miejsc przestępstw odcisku palca czy buta. Była duchem przestępczego światka Europy.
Iluzja przestępcy
Przełom w sprawie nie nastąpił nagle. Wyrósł z narastających wątpliwości, których śledczy przez długi czas nie potrafili – lub nie chcieli – nazwać. Jednym z momentów krytycznych okazało się śledztwo prowadzone we Francji, dotyczące identyfikacji spalonego ciała znalezionego kilka lat wcześniej. Podejrzewano, że należało ono do mężczyzny, który ubiegał się o azyl i który zaginął w 2002 roku. Policja wiedziała, że zaginiony miał pobrane odciski palców w ramach procedury azylowej. Gdy technicy sprawdzili jego materiał genetyczny, odkryli ku swojemu zdumieniu, że DNA pasuje do profilu kobiety, której od lat poszukiwała policja trzech krajów. Było to oczywiście niemożliwe. Test powtórzono, używając innego wacika. Tym razem nie znaleziono żadnego śladu kobiecego DNA.
To właśnie wtedy pojawiło się podejrzenie, że materiał genetyczny obecny na dziesiątkach miejsc przestępstw nie pochodzi od nieuchwytnej zabójczyni, lecz jest efektem zanieczyszczenia materiału. Dalsze dochodzenie wykazało, że tajemnicze DNA, przez lata przypisywane seryjnej morderczyni, należało w rzeczywistości do anonimowej pracownicy austriackiej firmy Greiner Bio-One International AG, produkującej patyczki do pobierania próbek. Nieświadomie zanieczyszczała ona swoim materiałem genetycznym tysiące wymazówek używanych przez europejską policję. To jej DNA – powielane na miejscach przestępstw w Niemczech, Francji i Austrii – stworzyło iluzję istnienia wszechobecnej „kobiety bez twarzy”.
Ta sprawa nie tylko skompromitowała niemiecką policję i zachwiała wiarą w nieomylność nowoczesnej kryminalistyki. Miała też znacznie poważniejsze konsekwencje. Odwracając uwagę śledczych od prawdziwych tropów, pozwoliła rzeczywistym sprawcom pozostać na wolności. W cieniu polowania na nieistniejącego fantoma prawdziwi przestępcy – w tym zabójcy Michèle Kiesewetter – nigdy nie zostali schwytani. Technologiczna pomyłka nie była więc jedynie kosztownym błędem proceduralnym; stała się sojusznikiem przestępców, dając czas na ukrycie się tym, którzy naprawdę pociągnęli za spust.
Maggie Sawicka








