Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
piątek, 23 stycznia 2026 13:05
Reklama KD Market

Konflikt na słodko

Na pierwszy rzut oka to tylko deser. Biała kopuła z bezy – krucha na zewnątrz, miękka jak puch w środku – przykryta obłokiem bitej śmietany i owoców. Lekka, niemal niewinna. A jednak pavlova należy do najbardziej zapalnych tematów kulinarnych południowej półkuli. To tort, który wywołuje emocje godne sporów granicznych. Deser, który urósł do rangi narodowej deklaracji. Bo pavlova nie jest wyłącznie słodyczą. Jest historią ambicji młodych państw, kolonialnego dziedzictwa, kulturowej rywalizacji i jednego nazwiska, które rozpaliło wyobraźnię świata: Anna Pawłowa.
Konflikt na słodko

Autor: Adobe Stock

W latach 20. XX wieku świat ogarnęła baletowa gorączka. Po wielkiej wojnie ludzie spragnieni byli piękna, lekkości i sztuki wolnej od zapachu błota okopów. Anna Pawłowa – eteryczna, niemal nieziemska primabalerina – stała się ucieleśnieniem tej tęsknoty. Jej „Umierający łabędź” wyrósł na ikonę epoki. Krytycy opisywali ją jak zjawisko nadprzyrodzone: „nie tańczy, lecz unosi się”, „nie dotyka sceny, tylko ją muska”.

Kiedy Pawłowa wyruszyła w swoje wielkie tournée po świecie, jej obecność wszędzie stawała się wydarzeniem towarzyskim równie ważnym jak artystycznym. Przyjazd do Australii i Nowej Zelandii w 1926 roku wywołał tam prawdziwą gorączkę. Gazety śledziły każdy jej krok, opisywały stroje, dietę, drobne kaprysy i codzienne rytuały. Dla młodych, ambitnych państw na krańcu globu była żywym dowodem przynależności do wielkiej kultury Zachodu. Skoro Pawłowa tańczyła w Sydney i Wellington, znaczyło to jedno: te miasta naprawdę istniały na mapie świata.

I właśnie wtedy – jak głosi legenda – narodził się deser, który miał stać się kulinarnym echem jej tańca. Lekki jak tiulowa spódnica. Kruchy i finezyjny jak krok en pointe. Beza, która nie ciąży na podniebieniu, lecz rozpływa się w ustach.

Dwie ojczyzny, jeden tort

Problem polega na tym, że obie strony z równą pewnością twierdzą, iż pavlova narodziła się właśnie u nich. Spór trwa od dziesięcioleci i nie zna kompromisów. Nie kończy się na kuchennych opowieściach ani rodzinnych legendach. Przechodzi przez archiwa gazet, biblioteki, akademickie badania i – przede wszystkim – przez żywe, narodowe emocje.

Australijska wersja historii prowadzi do eleganckich hoteli Sydney, do ambitnych szefów kuchni, którzy chcieli olśnić elitę podczas przyjęć wydawanych na cześć Pawłowej. W tej narracji pavlova jest deserem nowoczesnym, miejskim i kosmopolitycznym – dokładnie takim, jakim Australia pragnęła widzieć samą siebie: nie jako dawną kolonię karną, lecz jako pełnoprawne państwo świata.

Nowa Zelandia odpowiada argumentami z prowincji i archiwów. Przywołuje stare książki kucharskie, domowe zeszyty z przepisami i prasowe wzmianki z lat 20., w których pojawia się nazwa „pavlova”. Według tej wersji deser nie narodził się w hotelowej, lecz w domowej kuchni – jako hołd dla baleriny i zarazem dowód kulinarnej pomysłowości kraju, który dopiero kształtował własną tożsamość.

I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa sensacja.

Deser jako manifest

Historycy jedzenia – brzmi niewinnie, lecz to zawód ludzi bezlitosnych – rozpoczęli prawdziwe śledztwo. Przeglądali stare gazety, reklamy cukiernicze, bankietowe menu i pożółkłe zapiski gospodyń domowych. Liczyły się daty, precyzja sformułowań, a czasem nawet krój użytej czcionki.

Nowa Zelandia triumfalnie wskazała na przepis z 1927 roku, w którym pojawia się nazwa „pavlova”. Australia natychmiast odpowiedziała: to nie ta pavlova, to inny deser, inna beza, inna struktura. Zaczęto więc porównywać konsystencję – czy wnętrze było piankowe, czy całkiem suche? Czy w recepturze pojawiał się ocet? Czy dodawano skrobię kukurydzianą?

Absurd? Być może. Ale właśnie w tych drobiazgach ukrywa się sens całego sporu. Bo nie chodzi o cukier ani o białka. Chodzi o prawo do własnej opowieści.

W krajach o długiej kulinarnej historii kuchnia bywa jedynie tłem. We Francji czy we Włoszech nikt nie musi nikogo przekonywać, że jedzenie jest tam „narodowe” – to fakt oczywisty. Australia i Nowa Zelandia są jednak państwami młodymi, zbudowanymi z migracji, zderzeń kultur i silnej potrzeby odrębności wobec dawnego imperium.

Pavlova stała się więc czymś znacznie więcej niż deserem. Urosła do rangi dowodu ciągłości, znaku mówiącego: „my także mamy tradycję”. Nie jesteśmy jedynie kulinarnym importem z Europy. Potrafimy stworzyć coś własnego, rozpoznawalnego i naprawdę cenionego.

Kto więc wygrał? Jak to zwykle bywa, prawda okazała się niewygodna dla wszystkich. Najpewniej pavlova nie narodziła się w jednym momencie ani w jednym miejscu. Była stopniową ewolucją bezy, wariacją na temat europejskich deserów i odpowiedzią na lokalne produkty oraz gusta. Sama nazwa pojawiła się później – być może równolegle, być może całkowicie niezależnie.

Ale to w gruncie rzeczy nia ma znaczenia. Bo pavlova zwyciężyła w inny sposób. Stała się wspólnym dziedzictwem rywalizujących narodów. Deserem, który zamiast dzielić – potrafi łączyć. Pretekstem do rozmowy o historii, aspiracjach i dumie. Słodkim dowodem na to, że kuchnia bywa polityczna, a beza – ideologiczna.

Słodka pointa

Najbardziej ironiczne w tej historii jest to, że sama Anna Pawłowa najpewniej nigdy pavlovej nie spróbowała. A jeśli nawet ją jadła, zapewne nie nadała temu żadnego znaczenia. Dla niej tournée było ciągiem występów, zmęczenia, hoteli i scen. Nie mogła przeczuwać, że jej nazwisko stanie się kiedyś polem kulinarnej bitwy.

A jednak pasuje do tej roli idealnie. Rosyjska balerina, obywatelka świata, artystka przekraczająca granice – stała się symbolem sporu dwóch narodów poszukujących własnego miejsca. Jej eteryczność, sława i globalny zasięg sprawiły, że pavlova urosła do rangi deseru o ambicjach znacznie większych niż sama kuchnia.

Historia pavlovej odsłania jeszcze jedną prawdę: kultura nie zawsze rodzi się z wielkich manifestów i uroczystych deklaracji. Niekiedy zaczyna się od ubitego białka, od domowej kuchni, od chwilowego zachwytu nad tańcem. Z czasem jednak obrasta w znaczenia, spory i emocje.

Beza lekka jak tutu primabaleriny uniosła na swoich barkach ciężar narodowych ambicji. I nie pękła. Być może dlatego pavlova wciąż smakuje najlepiej wtedy, gdy je się ją bez pośpiechu. Z uśmiechem i odrobiną ironii. Bo choć historia bywa brutalna, historia smaku potrafi być bezwstydnie piękna.

Monika Pawlak


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama