Jeszcze niedawno młodość kojarzyła się nie tylko z buntem, ale też z nadzieją. Dziś coraz częściej – z nieufnością. Pokolenie wychowane w epoce kryzysów: finansowych, klimatycznych, pandemicznych i politycznych, patrzy na państwo nie jak na gwaranta stabilności, lecz jak na instytucję, która nie dotrzymuje obietnic.
To nie jest intuicja publicysty. To diagnoza potwierdzona badaniami. Zaufanie do instytucji publicznych eroduje szybciej niż kiedykolwiek.
Według badań Harvard Youth Poll tylko około jedna trzecia młodych Amerykanów wierzy, że wybory są przeprowadzane uczciwie, a jeszcze mniej ufa rządowi federalnemu, by „robił to, co słuszne”. Jednocześnie ponad połowa uważa, że kraj zmierza w złym kierunku. Z kolei analizy Center for Information & Research on Civic Learning and Engagement (CIRCLE) pokazują, że zaledwie 16–20 proc. młodych uważa, iż demokracja działa dobrze dla ich pokolenia. Co więcej, ponad 60 proc. deklaruje poczucie braku realnego wpływu na politykę.
To nie jest chwilowy kryzys zaufania. To zmiana pokoleniowa.
Tam, gdzie znika zaufanie, pojawia się kontestacja. Rok 2025 nie bez powodu w wielu regionach świata nazwano „rokiem protestów młodych”. Od Azji po Afrykę to właśnie generacja Z stała za demonstracjami, które w niektórych przypadkach doprowadziły nawet do upadku rządów. Wspólny mianownik? Korupcja, brak perspektyw i przekonanie, że system działa dla elit, nie dla obywateli.
To samo zjawisko – choć w mniej spektakularnej formie – widoczne jest w Stanach Zjednoczonych i Europie. Coraz popularniejsze stają się różne formy obywatelskiego nieposłuszeństwa: bojkoty, protesty, a nawet inicjatywy podważające obowiązek podatkowy jako formę politycznego sprzeciwu.
Nie chodzi o masowe uchylanie się od prawa. Chodzi o sygnał: państwo przestaje być postrzegane jako wspólne dobro, a zaczyna jako struktura, wobec której trzeba się dystansować.
Jeśli szukać katalizatora tego procesu, trudno wskazać coś bardziej oczywistego niż media społecznościowe. To one zniosły monopol tradycyjnych instytucji na interpretację rzeczywistości. To one pozwoliły młodym zobaczyć politykę „od kuchni” – jej konflikty, hipokryzję i chaos. I to one stworzyły nowy model uczestnictwa: szybki, emocjonalny, często powierzchowny.
Dziś ponad 90 proc. młodych Amerykanów czerpie informacje o polityce właśnie z mediów społecznościowych. Jednocześnie rośnie przekonanie, że informacje są manipulowane, a tradycyjne media tracą wiarygodność. To środowisko nie sprzyja cierpliwości – sprzyja natychmiastowej reakcji.
Konsekwencje są głębokie. Badania pokazują, że osoby intensywnie korzystające z social mediów są mniej skłonne uznawać demokrację za najlepszy system i częściej dopuszczają bardziej radykalne formy działania. Nie musi to oznaczać, że media społecznościowe „psują” demokrację. Raczej wzmacniają istniejące nastroje – frustrację, poczucie niesprawiedliwości i brak sprawczości.
Jednocześnie to właśnie one umożliwiają mobilizację. Dzisiejsze protesty nie potrzebują struktur partyjnych. Wystarczy hashtag.
Problem polega na tym, że demokracja z natury wymaga cierpliwości – procedur, kompromisów i czasu. Tymczasem młode pokolenie funkcjonuje w logice natychmiastowości. Jeśli system nie dostarcza rezultatów, przestaje być wiarygodny. Jeśli instytucje nie reagują – przestają być potrzebne.
Powstaje napięcie między tempem oczekiwań a tempem działania państwa. I to właśnie ono – nie pojedyncze decyzje polityczne – może okazać się kluczowe dla przyszłości demokracji.
W wielu krajach obserwujemy spadek zaufania nie tylko do rządu, ale do całego systemu. W Stanach Zjednoczonych aż siedmiu na dziesięciu obywateli deklaruje niezadowolenie z funkcjonowania demokracji. Wśród młodych ten sceptycyzm jest jeszcze silniejszy.
Paradoks polega na tym, że młodzi nie wycofują się z polityki. Wręcz przeciwnie – angażują się, ale na własnych zasadach. To nie jest apatia. To zmiana formy uczestnictwa. Zamiast partii – ruchy społeczne. Zamiast programów – postulaty. Zamiast instytucji – tworzenie sieci.
Taka forma zaangażowania jest jednak trudna do przekucia w trwałe zmiany strukturalne. Protest może obalić rząd, ale nie zastąpi państwa. Hasztag może zmobilizować tłum, ale nie stworzy instytucji.
Największą zmianą nie jest więc spadek zaufania do konkretnych polityków. Jest nią zmiana w postrzeganiu samego państwa. Dla wcześniejszych pokoleń było ono narzędziem rozwiązywania problemów. Dla wielu młodych staje się jednym z problemów.Źródła tego zjawiska są różne: nierówności, rosnące koszty życia, brak stabilności, poczucie braku wpływu. Ale efekt jest wspólny – przekonanie, że system nie działa.A gdy system nie działa, pojawia się pokusa, by go ominąć, obejść albo zignorować.
To wszystko prowadzi do pytania, które wykracza poza jedną generację: co dzieje się z demokracją, gdy jej przyszli uczestnicy przestają w nią wierzyć?
Historia pokazuje, że demokracje rzadko upadają nagle. Znacznie częściej erodują – powoli, niemal niezauważalnie, tracąc zaufanie obywateli. Dziś ten proces wyraźnie przyspiesza. Bo jeśli młodzi tracą wiarę w instytucje, a jednocześnie zyskują narzędzia do działania poza nimi, powstaje nowa rzeczywistość polityczna. Bardziej dynamiczna, bardziej emocjonalna, ale też mniej stabilna.
Pokolenie bez cierpliwości nie jest pokoleniem obojętnym. To pokolenie, które nie czeka – tylko sprawdza. Testuje wytrzymałość systemu. Sprawdza, ile państwo może jeszcze funkcjonować bez zaufania. I czy jako instytucja jest w stanie dogonić świat, który przyspieszył szybciej niż ono samo.
To nie jest bunt dla samego buntu. To próba odpowiedzi na pytanie, czy obowiązujący model jeszcze działa. Bo być może problem nie polega na tym, że młodzi przestali wierzyć w państwo. Problem może polegać na tym, że państwo przestało być wystarczająco wiarygodne, by w nie wierzyć. I że przestało nadążać za światem, w którym przyszło im żyć.










