Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama POLONEZ
czwartek, 16 lipca 2026 19:13

Gdy rządzą nami starsi panowie

Gdy rządzą nami starsi panowie
Donald Trump

Autor: PAP/EPA/GRAEME SLOAN / POOL

Donald Trump skończył 80 lat. Joe Biden ma 83. Senator Lindsey Graham zmarł w wieku 71 lat, kilka dni po powrocie z kolejnej misji do Kijowa. W większości zawodów człowiek w tym wieku od dawna cieszyłby się emeryturą. W Waszyngtonie siedemdziesięciolatek może uchodzić za polityka wciąż będącego w pełni sił.

Nic dziwnego, że temat wrócił na czołówki amerykańskich mediów. „The Atlantic” pisał o demokratycznie wybieranej gerontokracji, „The New Yorker” zastanawiał się, czy Ameryka nie stała się zbyt stara, a Vox przypominał, że Kongres nigdy wcześniej nie był tak wiekowy. Powraca też porównanie z końcówką Związku Radzieckiego i kolejnymi schorowanymi przywódcami po Leonidzie Breżniewie. To efektowna analogia, ale nie do końca trafna. W ZSRR rządzących wybierała partyjna elita, w Stanach – wyborcy. Problem polega na tym, że przewaga urzędujących polityków, pieniądze i rozpoznawalność skutecznie spowalniają zmianę pokoleniową.

Ameryka lubi przedstawiać się jako kraj młodych innowatorów. W Dolinie Krzemowej trzydziestolatek buduje firmę wartą miliardy dolarów. W Waszyngtonie czterdziestolatek dopiero zaczyna być traktowany poważnie.

Tymczasem mediana wieku Amerykanów wynosi niespełna 39 lat. W Izbie Reprezentantów przekracza 57, a w Senacie zbliża się do 65. Mniej niż 6 procent członków Kongresu nie ukończyło czterdziestki. To nie medialna sensacja, lecz twarde dane.

Nie oznacza to jednak, że starsi politycy są z definicji złymi politykami. Graham do ostatnich dni aktywnie uczestniczył w dyplomacji. Z drugiej strony przypadki Joe Bidena, Mitcha McConnella czy Dianne Feinstein pokazały, że partie potrafią zbyt długo udawać, iż problemy zdrowotne liderów są wyłącznie wymysłem przeciwników.

Wiek sam w sobie nie jest diagnozą. Nie powinien być jednak także tematem tabu. Modne słowo „gerontokracja” brzmi efektownie, ale niewiele wyjaśnia. Starsi Amerykanie częściej głosują, zwłaszcza w prawyborach, częściej finansują kampanie i dysponują większym majątkiem. W kraju, w którym rządzi pieniądz, politycy po prostu bardziej się z nimi liczą.

Nie znaczy to jednak, że seniorzy świadomie zawłaszczyli państwo. Gdyby kierowali się wyłącznie własnym interesem, dawno rozwiązaliby problem finansowania Social Security. Tymczasem kolejne Kongresy – niezależnie od wieku i partyjnych barw – odkładają reformę na później.

Być może więc Ameryka nie jest gerontokracją, lecz oligarchią ludzi, którzy zdążyli przez dziesięciolecia zgromadzić pieniądze, wpływy i polityczne kontakty. Władzę daje nie metryka, lecz przewaga, którą z czasem łatwiej zbudować.

Formalnie drzwi do polityki są szeroko otwarte. Do Izby Reprezentantów można kandydować już w wieku 25 lat, do Senatu po trzydziestce. W praktyce jednak młody kandydat nie rywalizuje z jednym politykiem, lecz z całym systemem: sztabem, sponsorami, rozpoznawalnym nazwiskiem i przewagą urzędującego. W „bezpiecznych” okręgach zdominowanych przez elektorat jednej partii prawdziwe wybory odbywają się w prawyborach, a tam dominują starsi, najbardziej zdyscyplinowani wyborcy.

Brak limitów kadencji tylko ten mechanizm wzmacnia. Senator może zasiadać w Kongresie przez trzydzieści czy czterdzieści lat, jeśli potrafi wygrywać kolejne wybory. A wygrywać jest łatwiej, gdy od dekad przewodniczy się ważnej komisji i dysponuje rozbudowaną siecią politycznych kontaktów.

Czy rozwiązaniem byłyby limity wieku albo kadencji? Niekoniecznie. Mogłyby jedynie zwiększyć wpływy lobbystów i niewybieralnej biurokracji. Znacznie rozsądniejsze wydają się bardziej konkurencyjne prawybory, łatwiejszy dostęp nowych kandydatów do finansowania kampanii oraz większa przejrzystość informacji o stanie zdrowia polityków. Tyle że trudno oczekiwać, aby obecna klasa polityczna z entuzjazmem reformowała system, który wyniósł ją na szczyt.

Jest jeszcze jedna prawidłowość. Kongres jest nie tylko starszy od społeczeństwa, ale również wyraźnie bardziej męski. Kobiety zajmują mniej niż jedną trzecią mandatów. Większa ich reprezentacja nie odmłodziłaby automatycznie amerykańskiej polityki, ale poszerzyłaby grono, z którego wyłaniają się przyszli liderzy.

Amerykańska gerontokracja jest więc częściowo faktem, a częściowo publicystycznym skrótem. Problemem nie jest to, że krajem rządzą starsi panowie. Problemem jest to, że od lat rządzą głównie ci sami panowie. Demokracja potrzebuje doświadczenia, ale potrzebuje też świeżej krwi i polityków, którzy potrafią odejść, zanim urząd stanie się ich jedyną życiową rolą. Bo państwo rządzone wyłącznie przez młodych nie byłoby z definicji lepsze. Państwo, w którym niemal nikt nie potrafi zrobić miejsca następnym, z pewnością nie jest jednak w pełni zdrowe.

Tomasz Deptuła

Dziennikarz, publicysta, ekspert ds. komunikacji społecznej. Przez ponad 25 lat korespondent polskich mediów w Nowym Jorku i redaktor “Nowego Dziennika”.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama