Krąży do dziś popularna teoria, wedle której Fidela „wymyślili” Sowieci, Chińczycy albo jakaś inna potęga pragnąca zdobyć przyczółek u wrót Stanów Zjednoczonych. Problem w tym, że nie potwierdzają jej żadne źródła. Wręcz przeciwnie. To Waszyngton uznał rewolucyjny rząd Kuby dziesięć dni wcześniej niż Związek Radziecki. Moskwa nie spieszyła się z uściskami. Castro uchodził wówczas za nieobliczalnego awanturnika, a Nikita Chruszczow był świeżo po serdecznych rozmowach z Dwightem Eisenhowerem w Camp David. Z punktu widzenia Kremla kubańska rewolucja – przeprowadzona bez udziału, a początkowo nawet wbrew miejscowej partii komunistycznej – była polityczną herezją.
Polityczna zima
Na początku 1962 roku wierni Moskwie kubańscy komuniści podjęli próbę odsunięcia Fidela od realnej władzy. Obsadzili znaczną część stanowisk państwowych, niektóre jawnie, inne poprzez swoich ludzi działających w Ruchu 26 lipca i zaprzyjaźnionych organizacjach. Castro zdołał jednak uprzedzić cios.
W transmitowanym przez telewizję przemówieniu, pełnym gniewu i oskarżeń, napiętnował komunistycznego działacza Aníbala Escalantego, zarzucając mu organizowanie „sekciarskiego spisku”. Nie polała się krew. Nikt nie trafił do więzienia ani przed pluton egzekucyjny. Kilku ludzi po prostu straciło stanowiska. Czy za kulisami działała Moskwa? Twardych dowodów na to brak. Wiadomo jednak, że gdy radziecki ambasador opuszczał Hawanę, Fidel Castro odmówił mu nawet pożegnalnego spotkania.
Wkrótce sytuacja zmusiła go jednak do pragmatyzmu. Obawiał się amerykańskiej inwazji, Kuba była coraz bardziej izolowana, a gospodarka potrzebowała wsparcia. W tych okolicznościach zawarł sojusz z Chruszczowem. Na wyspie pojawiły się radzieckie rakiety. Stany Zjednoczone odpowiedziały groźbą wojny, a świat znalazł się o krok od nuklearnej katastrofy.
Gdy kryzys osiągnął punkt kulminacyjny, Chruszczow ustąpił i zgodził się wycofać wyrzutnie. Castro poczuł się zdradzony. Nie dlatego, że radziecki przywódca uniknął wojny, lecz dlatego, że zrobił to bez konsultacji z Hawaną. Kreml porozumiał się z Waszyngtonem ponad głowami Kubańczyków. Od tego momentu między Hawaną a Moskwą zaczęła narastać polityczna zima. Narodziła się castrowska herezja.
Herezja Fidela
Pierwszym filarem tej herezji było odrzucenie przekonania, że Moskwa ma wyłączne prawo kierować światowym ruchem komunistycznym.
„Czy to nie paradoks historii – szydził Castro – że w chwili, gdy pewne grupy kleru stają się rewolucyjne, niektóre grupy marksistowskie stają się pseudorewolucyjnym kościołem? Mam nadzieję, że nie zostanę ekskomunikowany ani postawiony przed Świętą Inkwizycją za te słowa. Nie ma nic bardziej antymarksistowskiego niż dogmat i sztywne myślenie. W świecie idei rewolucyjnych nikt nie ma prawa uzurpować sobie monopolu”.
Źródłem buntu była nie tylko ambicja. Castro marzył o socjalizmie pozbawionym bezdusznej biurokracji, o systemie działającym dla ludzi tu i teraz. Amerykański socjolog C. Wright Mills zachwycał się „antybiurokratyczną osobowością Fidela” i jego skłonnością do załatwiania spraw natychmiast, bez procedur i urzędniczych rytuałów. W tej wizji spontaniczny zapał mas miał zastąpić rozbudowany aparat państwowy.
Castro nieustannie nauczał. W jego przemówieniach pojawiała się Kuba, na której wszyscy ścinają trzcinę cukrową – robotnicy, szwaczki, nauczyciele, intelektualiści i filozofowie. Popierał robotniczą demokrację w zakładach pracy, ale a niezależnych związkach zawodowych nie chciał nawet słyszeć. On sam, a często jeszcze ostrzej Che Guevara, krytykowali Rosjan, Węgrów czy Czechów za biurokrację i próby wprowadzania do gospodarki socjalistycznej elementów rynku.
„Nie dojdziemy do komunizmu drogami kapitalistycznymi!” – powtarzał Castro. W relacjach Moskwy z krajami bloku wschodniego dostrzegał zaś coś, co przypominało imperialny wyzysk.
Wojna o rewolucję
Przez pewien czas sytuacja była dla Kremla wyjątkowo niewygodna. Ogon machał psem, a pies siedział cicho. Każdy gwałtowniejszy ruch Moskwy mógł popchnąć nieprzewidywalnego Castro w objęcia Mao Zedonga, który właśnie rywalizował z Sowietami o przywództwo w światowym ruchu komunistycznym.
Prawdziwy konflikt wybuchł jednak dopiero wtedy, gdy Fidel postanowił walczyć z Moskwą o wpływy w komunistycznych partiach Ameryki Łacińskiej.
W 1966 roku kubańska „Granma”, świętując kolejną rocznicę rewolucji październikowej, opublikowała wezwanie do rozłamu w partiach komunistycznych Wenezueli, Argentyny, Brazylii i Gwatemali.
„Prawdziwi komuniści, prawdziwi obrońcy leninizmu na kontynencie przystępują do walki. Ci, którzy stoją z boku, przestają być komunistami!” – grzmiał Castro.
Tymczasem oficjalną linią Moskwy było wówczas „pokojowe współistnienie” ze Stanami Zjednoczonymi. Guerrilla i rewolucyjna wojna ludowa nie pasowały do tej strategii.
Wiele Wietnamów
Źródło castrowskiego buntu biło nie tylko w Hawanie, ale także tysiące kilometrów dalej – nad Mekongiem. Gdy w 1965 roku Amerykanie zaangażowali się na pełną skalę w wojnę Wietnamie, Castro uznał, że Związek Radziecki zachowuje się zbyt ostrożnie.
Jak pisał francuski dziennikarz polskiego pochodzenia K.S. Karol, połączenie poczucia zagrożenia i wiary w skuteczność wojny partyzanckiej otworzyło nowy front sporu między Kubą a Moskwą.
„Stwórzmy dwa, trzy, wiele Wietnamów!” – nawoływał Che Guevara. Jeśli Amerykanie zostaną związani na wielu frontach, nie będą w stanie zagrozić Kubie. Na pomoc Moskwy, jego zdaniem, nie warto było liczyć.
Radziecka „Prawda” odpowiedziała oskarżeniami pod adresem bliżej nieokreślonych „reakcjonistów”, którzy nawołują do zmian w całym systemie socjalistycznym. Nazwisk nie wymieniano, ale wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi.
Castro nie pozostawał dłużny. „Nikt nie może nazwać nas krajem satelickim i właśnie dlatego cieszymy się takim szacunkiem na świecie” – odpowiadał.
Problem polegał na tym, że większość latynoamerykańskich komunistów nie chciała wojny partyzanckiej. Nie wierzyli w zwycięstwo nad zawodowymi armiami. Woleli legalną działalność polityczną albo pozostawali wierni moskiewskiej doktrynie pokojowego współistnienia.
Jednym z nielicznych, którzy odpowiedzieli na wezwanie Hawany, był wenezuelski działacz Doglas Bravo. Opuścił szeregi Komunistycznej Partii Wenezueli, zebrał grupę zwolenników i rozpoczął działalność partyzancką.
Powrót do Moskwy
Nieprawomyślność castrowska miała jednak krótki żywot. Rok po publikacji słynnego artykułu „Granmy” w Boliwii zginął Che Guevara. Na Fidela Castro spadła fala krytyki. Zachodnia lewica pytała, czy nie wysłał przyjaciela na pewną śmierć. Oskarżenia pojawiały się nawet na łamach komunistycznej prasy.
Niespełna rok później Castro zaczął zmieniać kurs. Nadal marzył o „trzecim komunizmie”, odrębnym od sowieckiego i chińskiego. Coraz wyraźniej widział jednak, że na zachodniej półkuli nie powstanie żaden wielki „Wietnam”. Latem 1968 roku, po interwencji wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji, podał rękę Moskwie, choć większość komunistów na świecie potępiała wtedy Kreml.
Paradoksalnie pojednanie wynikało z tych samych lęków, które wcześniej wywołały bunt. Po słabej reakcji Zachodu na stłumienie Praskiej Wiosny Castro zaczął obawiać się, że w razie amerykańskiego ataku na Kubę Związek Radziecki również może zachować się biernie. Do tego doszedł argument bardziej przyziemny. Ówczesny przywódca ZSRR Leonid Breżniew zagroził ograniczeniem zakupów kubańskiego cukru, a gospodarka wyspy była od tych kontraktów uzależniona.
„Słońca nie można zakryć palcem” – ogłosił Castro. Tym „Słońcem” była Ojczyzna Proletariatu, czyli Związek Radziecki.
Historia bywa przewrotna. Dziesięć lat po uwolnieniu się od gospodarczej zależności od Stanów Zjednoczonych Kuba znalazła się w nowej zależności – jeszcze głębszej niż poprzednia. Tym razem centrum świata nie znajdowało się jednak w Waszyngtonie, lecz na Kremlu.
Jacek Hilgier

