Poszukiwania prowadzą przez ogromny obszar: od Etiopii, przez Irak i Zatokę Perską, aż po Turcję oraz Iran. Biblijny opis jest zarazem konkretny i zagadkowy. Z Edenu wypływała rzeka, która dzieliła się na cztery odnogi: Piszon, Gichon, Tygrys i Eufrat. Dwie ostatnie łatwo znaleźć na mapie. Pozostałe zniknęły – o ile w ogóle nosiły kiedyś takie nazwy.
To właśnie Piszon i Gichon nie dają spokoju badaczom. Widzą w nich wyschnięte rzeki Arabii, dopływy Morza Kaspijskiego, niekiedy także Nil. Każda hipoteza rozwiązuje część zagadki, ale zaraz tworzy kolejne niewiadome. Eden wciąż wymyka się poszukiwaczom, jak przystało na raj pilnowany przez cheruby i ognisty miecz.
Cztery wskazówki
Opis ogrodu zajmuje w Biblii zaledwie kilka zdań, a jednak powstały na jego temat całe biblioteki. Piszon miał opływać krainę Chawila, bogatą w złoto, żywicę i onyks. Gichon otaczał ziemię Kusz, Tygrys płynął na wschód od Aszuru, po nim zaś wymieniony został Eufrat. Można odnieść wrażenie, że chodzi o geografię doskonale znaną pierwszym odbiorcom tekstu. Dla nas jest ona jednak mapą, z której połowę nazw starł czas.
Kłopot sprawiają nawet Tygrys i Eufrat. Zbliżają się do siebie w Mezopotamii, lecz biorą początek w różnych miejscach wschodniej Anatolii. Także obraz jednej rzeki dzielącej się na cztery wielkie nurty nie odpowiada temu, co zwykle obserwuje się w naturze. Zazwyczaj to mniejsze strumienie łączą się w większe.
Nie oznacza to jednak, że biblijny opis należy natychmiast włożyć między legendy. Krajobraz Bliskiego Wschodu wyglądał dawniej inaczej. Pod koniec epoki lodowcowej poziom oceanów był znacznie niższy, a ogromne połacie dzisiejszej pustyni przecinały rzeki. Wraz z ociepleniem klimatu morza zalewały wybrzeża, koryta rzek przesuwały się lub wysychały, a całe równiny znikały pod wodą. W miejscu dzisiejszej Zatoki Perskiej przez długi czas rozciągał się suchy ląd. Jeśli Eden zachował wspomnienie rzeczywistej krainy, jej śladów być może należy szukać nie pod piaskiem, lecz pod morskim dnem.
Między dwiema rzekami
Najbardziej oczywisty trop prowadzi do południowej Mezopotamii – krainy położonej pomiędzy Tygrysem i Eufratem (jej nazwa dosłownie oznacza ziemię „między rzekami”), w której wyrosły jedne z najstarszych cywilizacji świata. To tutaj Sumerowie osuszali mokradła, kopali kanały i wznosili miasta, gdy znaczna część Europy żyła jeszcze w niewielkich osadach. Ur, Uruk, Eridu i Lagasz powstawały na równinie żyznej dzięki rzekom, lecz stale zagrożonej przez powodzie.
Do tej okolicy pasuje również językowy drobiazg. Sumeryjskie słowo „edin” oznaczało równinę lub step. Być może za pośrednictwem języka akadyjskiego trafiło do hebrajskiego jako „Eden”, choć językoznawcy nadal się o to spierają. Po hebrajsku nazwa kojarzy się z rozkoszą i obfitością. Równina zamienia się więc w krainę, w której niczego nie brakuje.
Jeszcze mocniejszy ślad prowadzi przez dawne mity. Mieszkańcy Mezopotamii znali historię wielkiego potopu i człowieka, który ocalał z katastrofy. W „Eposie o Gilgameszu” to właśnie on – Utnapisztim – opowiada o arce, uratowanych istotach oraz ptakach wypuszczanych na poszukiwanie lądu. Podobieństwa do dziejów Noego są tu uderzające. Sumerowie znali też Dilmun – czystą, jasną krainę bez chorób, starości i drapieżników. Łączono ją później z dzisiejszym Bahrajnem i wschodnimi wybrzeżami Półwyspu Arabskiego.
W micie o Enkim i Ninhursag Dilmun przypomina ogród wyjęty ze snu: tamtejsze zwierzęta nie zabijają się nawzajem, nikt nie cierpi, a bogowie żyją pośród bujnej roślinności. Pojawia się też zakazany pokarm, naruszenie ustalonego porządku i kara. Nie jest to wcześniejsza – identyczna – wersja Księgi Rodzaju, pokazuje jednak, że wyobrażenie doskonałego ogrodu oraz jego utraty krążyło po Mezopotamii na długo przed utrwaleniem tekstu biblijnego.
Raj pod wodą
W latach 80. XX wieku archeolog Juris Zarins zaproponował teorię, która brzmi niemal jak początek scenariusza filmu przygodowego: Eden miał leżeć na dnie Zatoki Perskiej. Podczas ostatniej epoki lodowcowej zatoka była w znacznej części suchą równiną. Pomiędzy obecnym Irakiem a cieśniną Ormuz ciągnął się teren nawadniany przez kilka rzek. W otoczeniu wysychającej Arabii mógł wyglądać jak rozległa zielona oaza.
Tygrys i Eufrat płynęły wtedy znacznie dalej na południe. Zarins uznał, że Gichonem mógł być irański Karun, a Piszonem – dawna rzeka przecinająca północną Arabię. Pozostało po niej potężne wyschnięte koryto Wadi al-Batin, biegnące ku Zatoce Perskiej. Zdjęcia satelitarne pozwoliły dostrzec ślady całego systemu rzecznego, którego nie mogły stworzyć skąpe deszcze padające dziś na Półwyspie Arabskim.
Potem klimat się ocieplił, lądolody topniały, a morze krok po kroku zajmowało równinę. Nie był to jeden nagły potop, lecz proces rozciągnięty na tysiące lat. Dla kolejnych pokoleń mieszkańców skutek mógł być jednak równie dramatyczny. Osady trzeba było porzucać, brzeg przesuwał się coraz dalej, a żyzna ziemia znikała pod wodą. Ludzie wędrowali na północ i spotykali społeczności rozwijające się w Mezopotamii. W ich pamięci mogło pozostać wspomnienie krainy obfitości, do której nie było już powrotu.
W tej hipotezie Eden nie został zniszczony. Nadal spoczywa pod mułem, razem z dawnymi brzegami rzek i być może śladami ludzkich siedzib. Dotąd nie znaleziono jednak ruin, które można byłoby połączyć z biblijnym ogrodem. Zatopiony Eden pozostaje fascynującą możliwością, nie archeologicznym odkryciem.
W górach Anatolii
Nie wszyscy poszukiwacze ruszają z biegiem rzek ku południu. Niektórzy zawracają i idą pod prąd, do ich źródeł we wschodniej Turcji. Skoro rzeka wypływała z Edenu, a dopiero później tworzyła cztery nurty, ogród mógł leżeć wysoko w górach, a nie na nizinach Mezopotamii.
To właśnie we wschodniej Anatolii mają swoje źródła Tygrys i Eufrat. Są tam wysokie pasma gór, jeziora, wygasłe wulkany oraz doliny, które mimo śnieżnych zim od bardzo dawna przyciągały osadników. Nad krajobrazem góruje Ararat, związany w tradycji z arką Noego, a dalej na południe leży jezioro Wan. Dla mieszkańców mezopotamskich równin północne góry musiały wydawać się źródłem życia. Stamtąd spływała woda, bez której nie byłoby zbiorów ani miast. Nic dziwnego, że właśnie wśród szczytów wyobrażano sobie siedziby bogów.
Teoria ta stała się jeszcze bardziej kusząca po odkryciu Göbekli Tepe. Około 9600 roku p.n.e., tysiące lat przed powstaniem sumeryjskich miast, ludzie wznieśli tam potężne kamienne kręgi ozdobione wyobrażeniami lisów, węży, dzików i ptaków. Nie byli mieszkańcami rozwiniętego miasta. Należeli do społeczności żyjącej na pograniczu dwóch epok – świata łowców i zbieraczy oraz świata pierwszych rolników.
W szerszym regionie udomowiono później zboża i zwierzęta, a wędrowne grupy zaczęły osiadać na stałe. Zyskano zapasy żywności, domy i liczniejsze wspólnoty, ale zapłacono za to ciężką pracą, chorobami oraz zależnością od pogody. Trudno tu nie pomyśleć o Adamie, który po opuszczeniu ogrodu miał zdobywać pożywienie „w pocie czoła”. Być może Eden zachowuje echo tej wielkiej przemiany: wspomnienie czasu, gdy człowiek nie orał pola, lecz korzystał z tego, co dawała natura. Göbekli Tepe nie jest oczywiście odnalezionym rajem. Pokazuje jednak, że w tej części świata naprawdę rozstrzygały się losy wczesnej cywilizacji.
Afrykański początek
Kolejna droga prowadzi znacznie dalej – ku Nilowi. Księga Rodzaju mówi, że Gichon opływał ziemię Kusz. Nazwę tę często łączy się ze starożytnym królestwem położonym na południe od Egiptu, na terenach dzisiejszego Sudanu. W dawnych przekładach Kusz utożsamiano z Etiopią, dlatego Gichon zaczęto rozpoznawać jako Nil albo jedną z jego głównych odnóg.
W tradycji etiopskiej jest nim Abaj, czyli Nil Błękitny. Wypływa z jeziora Tana, zatacza szeroki łuk wokół górskiego regionu Godżam i kieruje się ku Sudanowi. To okolica zielona, żyzna i widowiskowa, pełna stromych zboczy, pól oraz wodospadów. Nietrudno zrozumieć, dlaczego mogła kojarzyć się z rajem.
Hipoteza ta nabiera także dodatkowego znaczenia dzięki odkryciom paleoantropologów. Wschodnia Afryka, szczególnie obszar Wielkiego Rowu Afrykańskiego, dostarczyła jednych z najstarszych szczątków przodków człowieka. W naukowym znaczeniu Afryka rzeczywiście jest kolebką ludzkości. Jeśli więc Eden uznać za poetycki obraz miejsca, z którego wszyscy pochodzimy, wybór wydaje się naturalny.
Geografia pozostaje jednak bezlitosna. Nil leży bardzo daleko od Tygrysu i Eufratu, a połączenie ich w jeden system rzeczny wymagałoby sporej gimnastyki. Autorzy Biblii znali ponadto Nil i nie musieli ukrywać go pod inną nazwą. Afrykański Eden pięknie współgra z wiedzą o początkach człowieka, lecz słabo pasuje do dosłownego opisu czterech rzek.
Perski ogród
Brytyjski egiptolog David Rohl umieścił Eden w jeszcze innym miejscu: w północno-zachodnim Iranie, niedaleko Tebrizu. Znajduje się tam bujna dolina Adżi Czaj, otoczona górami, nad którą wznosi się wygasły wulkan Sahand. Rohl dostrzegł w niej odpowiednik zamkniętego ogrodu, a w wulkanie – biblijną Górę Boga.
Piszon utożsamił z rzeką Uizhun, znaną obecnie jako Qezel Ozan, Gichon zaś z Araksem. Obie kierują się ku Morzu Kaspijskiemu. W tym samym szerokim regionie zaczynają się także rzeki należące do dorzeczy Tygrysu i Eufratu. Nie wypływają z jednego miejsca, ale dla starożytnego wędrowca cała górska kraina mogła być jednym wielkim źródłem wód.
Rohl dołożył do tego podobieństwa nazw. Grzbiet Kusze Dag skojarzył z biblijnym Kuszem, a miejscowości Górne i Dolne Noqdi – z krainą Nod, do której udał się Kain po zabiciu Abla. Wszystko układa się tak zgrabnie, że niemal chce się rozwinąć mapę i ruszyć w drogę. Badacze przypominają jednak, że podobnie brzmiące nazwy mogą pochodzić z różnych języków i epok. Jeśli najpierw wybierze się miejsce, a potem zacznie dopasowywać szczegóły, przypadkowe zbieżności łatwo uznać za dowody. Perski Eden jest więc pomysłowy, lecz daleki od naukowego potwierdzenia.
Raj z pamięci
Pięć hipotez, pięć różnych krajobrazów i ani jednego rozstrzygającego znaleziska. Południowa Mezopotamia pasuje do świata, w którym kształtowały się biblijne tradycje. Dno Zatoki Perskiej kryje ziemię naprawdę pochłoniętą przez wodę. Anatolia łączy źródła wielkich rzek z narodzinami rolnictwa, Afryka jest kolebką człowieka, a Iran oferuje zaskakujący zestaw nazw oraz miejsc.
Możliwe, że Eden nigdy nie był jednym punktem na mapie. Jego obraz mógł powstać z wielu wspomnień: mezopotamskich mokradeł, zielonej równiny zalanej przez morze, górskich źródeł i dalekiego echa czasów, gdy ludzie nie znali jeszcze mozolnej pracy na roli. Te obrazy przekazywano przez pokolenia, zmieniano i łączono, aż stały się jednym doskonałym ogrodem – tym piękniejszym, że na zawsze utraconym.
Poszukiwania Edenu mówią przy tym wiele o samym człowieku. Od wieków badamy wyschnięte koryta, porównujemy stare nazwy i zaglądamy pod morskie dno, jakby za kolejną górą rzeczywiście mogła czekać brama do raju. Kryje się w tym przewrotna ironia. Według Księgi Rodzaju pierwszych ludzi zgubiło pragnienie wiedzy. Tysiące lat później właśnie ono nie pozwala ich potomkom przestać szukać miejsca, w którym wszystko miało się zacząć.
Monika Pawlak

