Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama POLONEZ
czwartek, 13 sierpnia 2026 18:13
Reklama KD Market

Najpierw zepsuć, potem ratować

Najpierw zepsuć, potem ratować

Autor: Adobe Stock

Być może to sezon ogórkowy. W sierpniu media chętniej wyławiają z archiwów historie, które w listopadzie przegrałyby z wyborami, giełdą albo kolejną wojną. W ostatnich dniach kilka redakcji przypomniało więc niezwykłą rafę u wybrzeży Florydy. Rafę zbudowaną z… samochodowych opon.

Historia rzeczywiście zasługuje na drugie życie, bo jest niemal zbyt dobra, aby była prawdziwa. Na początku lat 70. u wybrzeży Fort Lauderdale postanowiono zatopić ogromną liczbę zużytych opon. Pomysł miał sens – przynajmniej na papierze. Wszyscy mieli kłopot ze starymi oponami, rybacy chcieli więcej ryb, a sztuczne rafy uchodziły za obiecujący sposób wzbogacania morskich siedlisk. Zamiast płacić za składowanie gumy na lądzie, można było zrobić z niej coś dobrego dla natury. A dokładniej – dla oceanu

Była zgoda U.S. Army Corps of Engineers, były łodzie ochotników, wsparcie przemysłu oponiarskiego. Goodyear przysłał nawet sterowiec. Wrzucono do oceanu „na szczęście” oponę pomalowaną na złoto. Dziś mogłaby posłużyć za pomnik ludzkiej wiary, że jeśli coś wygląda jak rozsądny projekt w PowerPoincie, to musi spodobać się również przyrodzie. Nie spodobało się. A poza tym wtedy nie było jeszcze PowerPointu. 

Precyzyjnie rzecz ujmując, nie chodziło o odbudowę naturalnej rafy koralowej, lecz o stworzenie sztucznej rafy, która miała poprawić warunki życia ryb. Na dno trafiło prawdopodobnie od miliona do dwóch milionów opon. Problem w tym, że stalowe i nylonowe mocowania nie wytrzymały dziesięcioleci działania oceanu. Opony uwolniły się, a fale, prądy i sztormy zaczęły przesuwać je po dnie. To, co miało wspierać morski ekosystem, zaczęło uderzać w naturalne rafy i niszczyć koralowce.

Badania z 2024 r. pokazały, że skala problemu jest znacznie większa, niż wcześniej sądzono. Setki tysięcy widocznych opon nadal zalegają na dnie; około 92 tys. sztuk znalazło się w siedliskach rafowych. Floryda usuwa je od lat, a obowiązujace kontrakty sięgają aż 2032 r. Sam plan przewiduje nie tylko wyciąganie pozostałości opon, ale również przenoszenie rosnących na nich koralowców i biologiczną odbudowę zniszczonych fragmentów rafy.

Mamy więc niezwykły rachunek: pół wieku temu wydaliśmy pieniądze, żeby wrzucić opony do oceanu, teraz wydajemy wielokrotnie więcej, żeby je wyciągnąć. To nie tylko specjalność Florydy. Człowiek od dawna ma wyjątkowy talent do rozwiązywania problemów przyrody poprzez tworzenie nowych. 

Największym pomnikiem takiego myślenia pozostaje Jezioro Aralskie. Jeszcze w połowie XX wieku było czwartym co do wielkości jeziorem świata. Potem Związek Sowiecki zaczął na wielką skalę odprowadzać wodę z rzek Amu-darii i Syr-darii, aby na pustynnych terenach rozwijać uprawy, przede wszystkim bawełny. Pustynia rzeczywiście zakwitła. Tyle że jezioro zaczęło znikać.

W ciągu kilku dekad Aral rozpadł się na mniejsze zbiorniki. Zniknęło rybołówstwo, odsłonięte dno stało się źródłem zasolonego pyłu wymieszanego z pozostałościami środków chemicznych. Zmienił się lokalny klimat. W 2014 r. wschodnia część południowego Aralu całkowicie wyschła.

I tu pora na ważne zastrzeżenie. Człowiek potrafi czasem naprawić część tego, co zepsuł. W 2005 r. Kazachstan ukończył zaporę Kok-Aral, zatrzymując wodę w północnej części jeziora. Poziom wody wzrósł, zasolenie spadło, wróciły ryby i rybacy. To jeden z bardziej udanych projektów rekultywacyjnych ostatnich dekad. Tylko że nie odbudowano Jeziora Aralskiego. Uratowano jego kawałek.

Na tym polega różnica między naprawą samochodu a naprawą ekosystemu. W samochodzie można wymienić silnik, szybę i błotnik. W przyrodzie nie zawsze da się zamówić część zamienną.

Jeszcze bardziej pouczająca jest historia gatunków, które ludzie świadomie (lub nie) przenosili z jednego końca świata na drugi, aby rozwiązać konkretny problem. Australia w 1935 r. sprowadziła ropuchę trzcinową, żeby rozprawiła się z chrząszczami niszczącymi plantacje trzciny cukrowej. Chrząszcze nie zniknęły. Za to ropuchy zaczęły błyskawicznie kolonizować kontynent i zatruwać rodzime drapieżniki, które nie były przystosowane do ich toksyn. Australijski rząd przyznaje dziś, że nie ma skutecznej metody usunięcia ich w skali całego kontynentu; celem działań jest raczej ograniczanie szkód.

Na Hawajach w XIX wieku sprowadzono mangusty, aby walczyły ze szczurami na plantacjach trzciny. Tyle że mangusty są aktywne głównie w dzień, a szczury – nocą. Drapieżnik i jego planowana ofiara pracowały więc na różne zmiany. Mangusty znalazły sobie łatwiejszy jadłospis: miejscowe ptaki i ich jaja.

Amerykanie próbowali także walczyć z erozją za pomocą azjatyckiego kudzu, ekspansywnego pnącza, które później samo stało się trudnym do zwalczenia gatunkiem inwazyjnym. Roślina rosła doskonale. Tak doskonale, że zaczęła przykrywać drzewa i inną roślinność, a służby rolne po latach musiały opracowywać sposoby jej zwalczania. Kudzu miało chronić glebę przed erozją. Zamiast rozwiązać jeden problem, stworzyło następny – zaczęło dusić rodzimą roślinność i opanowywać całe połacie amerykańskiego Południa.

Wniosek jest ponury, ale prosty: ekosystem nie jest szachownicą, na której można dostawić jeden pionek i przewidzieć dalszych dziesięć ruchów. Wystarczy kilka wypuszczonych zwierząt, by uruchomić proces, którego po kilkudziesięciu latach nie da się już łatwo odwrócić. Króliki w Australii to wręcz ikoniczny dowód na trwałe zakłócenie ekosystemu. Dobrym przykładem z samej Florydy są też pytony birmańskie, które trafiły tam za sprawą handlu egzotycznymi zwierzętami i osobników wypuszczonych lub zbiegłych z hodowli. W Everglades znalazły niemal idealne warunki, a ich ekspansję wiąże się z gwałtownymi spadkami liczebności wielu rodzimych ssaków. Dziś Floryda wydaje znaczne środki na ich odławianie, ale problem pokazuje, jak niewiele potrzeba, by uruchomić proces, którego po kilkudziesięciu latach nie da się łatwo odwrócić.

Także Europa ma własną kolekcję ekologicznych prezentów od człowieka. Weźmy sympatycznego szopa pracza. Czarna maska, zręczne łapki, inteligentny pyszczek – zwierzę stworzone do roli bohatera kreskówki. Tyle że w Europie jest gatunkiem obcym i inwazyjnym. Jedna z najważniejszych populacji europejskich zaczęła się w 1934 r., gdy w okolicach jeziora Edersee w Niemczech wypuszczono dwie pary szopów. W 1945 r. kolejne 25 uciekło z fermy futrzarskiej w Brandenburgii. Dzisiejsze badania pokazują, jak właśnie z tych i późniejszych ognisk gatunek rozprzestrzenił się po Niemczech i sąsiednich krajach.

Dotarł oczywiście także do Polski. Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska wymienia szopa pracza wśród inwazyjnych gatunków obcych zagrażających rodzimej przyrodzie. Podobnie traktuje go Unia Europejska, która ogranicza m.in. jego hodowlę, handel i celowe wypuszczanie.

Szop wygląda niewinnie. Ekologia nie ocenia jednak gatunków po wyglądzie. Jak powiedział mi polski leśniczy: „Zobaczysz szopa? Nie zachwycaj się, tylko potraktuj go szpadlem”. W Polsce szop pracz stał się bowiem dodatkowym drapieżnikiem, którego wcześniej w ekosystemie nie było. Wszedł w ekologiczną niszę zajmowaną już przez rodzime drapieżniki i wszystkożerców, przede wszystkim lisa i borsuka, konkurując z nimi o część pożywienia i kryjówek. Plądruje gniazda ptaków, poluje na płazy, gady i drobne ssaki, przyłapano go nawet na żerowaniu na hibernujących nietoperzach. Sympatyczna maska złodziejaszka okazuje się więc dla polskiej fauny czymś więcej niż tylko niewinnym dodatkiem do krajobrazu. Może więc rada leśniczego nie była taka bezduszna.

Jeszcze bardziej „swojski” jest barszcz Sosnowskiego, przypominający trochę rozrośnięty koper. Przywędrował z Kaukazu i był w Polsce rozpowszechniany jako roślina pastewna. W latach 70. i 80. uprawiano go w wielu miejscach kraju. Miał dawać dużo zielonej masy, czyli – znowu – wszystko wyglądało rozsądnie. Kiedy z upraw zrezygnowano, nie zlikwidowano jednak skutecznie istniejących stanowisk. Barszcz ruszył więc w Polskę na własną rękę.

Amerykanie boją się poison ivy i poison oak. Słusznie, bo wywołują alergiczne kontaktowe zapalenie skóry. Barszcz działa inaczej, ale nie ma większego sensu urządzać konkursu, która roślina jest „gorsza”. Wystarczy powiedzieć, że kaukaski przybysz potrafi zostawić na skórze znacznie więcej niż swędzącą pamiątkę ze spaceru.

Co łączy opony z Florydy, Aral, australijskie ropuchy, hawajskie mangusty, niemieckie szopy i polski barszcz?  Dobre intencje. Stwierdzenie, że człowiek zawsze niszczy, a natura zawsze wie lepiej byłoby jednak zbyt łatwą puentą. Bez ludzkiej interwencji północna część Aralu prawdopodobnie by się nie odrodziła. Usuwanie gatunków inwazyjnych może ratować rodzime ekosystemy. Rafy koralowe na Florydzie rzeczywiście wymagają dziś pomocy.

Jest także inna lekcja, o której w wielkich programach rekultywacyjnych mówi się rzadziej: przyroda ma ogromną zdolność regeneracji, jeśli przestaniemy jej przeszkadzać. Ekologowie nazywają to pasywną odbudową albo spontaniczną sukcesją. W odpowiednich warunkach naturalna sukcesja skutecznie odtwarza roślinność w około dwóch trzecich przypadków. Nie znaczy to jednak, że każde zniszczone środowisko wystarczy ogrodzić płotem i poczekać. Niektóre ekosystemy potrzebują dziesięcioleci lub stuleci. Niektóre przekroczyły już punkt, spoza którego nie ma powrotu. Wymarłego gatunku nie da się „zrewitalizować”, a południowego Aralu nie napełni dobra wola.

Ale kiedy znikają buldożery, nawozy, ścieki, polowania i ciągła presja człowieka, las potrafi wrócić na pole, roślinność na hałdę, ptaki na mokradła, a życie do rzeki. Natura nie potrzebuje ludzkiego projektu, tablicy informacyjnej ani konferencji prasowej, żeby rozpocząć sukcesję. Potrzebuje przede wszystkim czasu i miejsca.

I może właśnie to jest najbardziej niewygodna lekcja z historii rafy z opon. Łatwo coś zniszczyć. Trudno naprawić. Czasem nie da się naprawić wcale.  A tam, gdzie naprawa jest jeszcze możliwa, najlepszym pomysłem człowieka bywa nie kolejny „genialny” pomysł, nowy gatunek czy następna tama. Czasem największą przysługą, jaką możemy oddać naturze, jest po prostu zejść jej z drogi.

Tomasz Deptuła

Dziennikarz, publicysta, ekspert ds. komunikacji społecznej. Przez ponad 25 lat korespondent polskich mediów w Nowym Jorku i redaktor “Nowego Dziennika”.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama