15 sierpnia 1967 rok.
W samo południe w chicagowskim Loop, ale nie było gorąco. Prezenter pogody zapowiedział, że temperatura przekroczy 80 stopni Fahrenheita, ale na razie jeszcze do tego nie doszło.
I można powiedzieć, że nie było gorąco, ponieważ burmistrz Richard J. Daley nie uronił ani kropli potu, kiedy pociągnął za sznurek i to gigantyczne białe płótno, które ukrywało rzeźbę Picassa, opadło trzepocząc i nagle ukazało się to, co miało zostać odsłonięte – 50 stóp błyszczącej stali stojącej pośrodku Civic Center Plaza (dziś Daley Plaza – red.).
Ponad 50 tysięcy ludzi stało i gapiło się na nią, zastanawiając się: „Co to, do chole.., jest?”
Moi rodzice i ja przybyliśmy do Chicago po wojnie, po obozach w Niemczech. Byliśmy dipisami — osobami wysiedlonymi, które szukały miejsca, w którym świat nie zawaliłby się im ponownie na głowę. Chicago w tamtych czasach było miastem ostrych krawędzi i ciężkiej pracy. Cegła, żwir, pył węglowy, zapach zagród dla bydła niesiony z wiatrem – to było wszędzie. Pomniki, które oglądaliśmy w mieście, były posągami mężczyzn, którzy wyglądali jak mężczyźni – bohaterów wojennych, takich jak Kościuszko, siedzących na brązowych koniach, lub polityków, takich jak Abraham Lincoln , stojących, jakby mieli właśnie powiedzieć coś błyskotliwego o przyszłości Ameryki. Patrzyłeś na nich i wiedziałeś, kto tu rządzi.
I wtedy pojawił się pomnik Picassa, który nie przypominał żadnego z pomników w Chicago, a nawet gdziekolwiek w Ameryce.
Wykonano go ze stali kortenowskiej (o podwyższonej odporności na warunki atmosferyczne), zespawanej w Gary w Indianie przez facetów, od których śmierdziało gorącym metalem i piwem. To byli faceci, którzy pewnie spojrzeli na plany posągu, podrapali się po głowach i powiedzieli: Co to, do cholery, ma być?
Ci robotnicy w Gary nie byli jedynymi, którzy próbowali rozwiązać zagadkę rzeźby Picassa.
Kiedy burmistrz Daley ściągnął to białe płótno, tłum nie wiedział, czy ma wiwatować, zwymiotować, czy rzucić kamieniami w pomnik. Starzy imigranci z sąsiedztwa – Polacy, Niemcy i Grecy – potrząsali głowami. Powiedzieli, że to wygląda jak gigantyczny pawian albo jakiś prehistoryczny ptak, albo dziwne stworzenie z tandetnego filmu science-fiction zrobionego w latach 50. Reporterzy prasowi i telewizyjni powiedzieli to samo. Nazwali posąg Picassa zardzewiałym owadem, potworem i kompletnym śmieciem. Prawie wszyscy w tamtym czasie mówili, że Chicago zmarnowało sporo miejsca na Civic Center Plaza, stawiając ten szmelc.
Ale spójrzcie na to teraz. Ta stal nie pozostała błyszcząca. Uderzył w nią deszcz, uderzyły surowe zimy w Chicago. Wiatry znad jeziora Michigan smagały plac i zabarwiły metal rzeźby na ciemny, posiniaczony brąz – dokładnie w kolorze torów kolejki CTA (L train), w kolorze mokrego żelaza – w kolorze miasta, które żyje z ciężkiej pracy. Pomnik nie próbował być ładny. Nie kłamał.
Dlatego Chicago pokochało tę rzeźbę. Nie dlatego, że ktokolwiek przeczytał książkę o kubizmie czy Picassie, ale dlatego, że ten posąg miał charakter. Stał tam na śniegu i znosił wszystko, co miasto, natura i ludzie mu rzucali.
Wkrótce dzieciaki zaczęły używać jego zardzewiałej stalowej podstawy jako zjeżdżalni. Pary umawiające się na randki spotykały się i całowały u jego podstawy. Pracownicy biurowi siedzieli na granitowej półce, jedząc zimne hot dogi i pierogi w jego cieniu.
Potwór Picassa stał się rodziną.
Picasso’s Gift to Chicago
August 15, 1967.
High noon in the Loop, but it wasn’t hot. The weathermen had said it was going to be in the 80’s, but it wasn’t there yet.
And you could tell it wasn’t hot because Mayor Richard J. Daley wasn’t sweating a drop when he pulled the cord and that enormous white sheet hiding Picasso’s statue came flapping down and suddenly revealed what there was to reveal: 50 feet of shiny steel standing in the middle of the Civic Center Plaza.
More than 50,000 people stood there gaping and wondering “what the ….” is this thing.
My parents and I came to Chicago after the war, after the German camps. We were Displaced Persons looking for a place that wouldn’t fall down around us. Chicago back then was a city of hard edges and heavy work. Brick, gravel, coal dust, the smell of the stockyards blowing in on the wind – that stuff was everywhere. The statues we saw all around the city were statues of men who looked like men—war heroes like Kosciusko sitting on bronze horses or politicians like Abraham Lincoln standing like he was just about to say something brilliant about the future of America. You looked at them, and you knew who was in charge.
Then came Picasso’s statue. It was nothing like any statue in Chicago or probably anywhere in America.
It was made of CORTEN steel, welded together down in Gary, Indiana, by guys who smelled like hot metal and beer. They were guys who probably looked at the blueprints for the statue, scratched their heads, and said, “What the hell is this thing supposed to be?”
Those workers down in Gary weren’t the only ones puzzled by Picasso’s statue.
When Mayor Daley pulled that white sheet down, the crowd didn’t know whether to cheer or throw up or hurl rocks at the statue. The old immigrants from the neighborhoods — the Poles, the Germans, and the Greeks — shook their heads. They said it looked like a giant baboon or some kind of prehistoric bird or a weird creature from a cheaply-made science-fiction movie from the 1950s. The newspapers and the TV reporters said the same thing. They called Picasso’s statue a rusted insect, a monstrosity, and absolute garbage. Pretty much everyone back then said the city of Chicago had wasted good space in the Civic Center Plaza putting this junk up.
But look at it now. That steel didn’t stay shiny. Rain hit it, and Chicago’s brutal winters hit it. The winds off Lake Michigan whipped across the plaza and turned that statue’s metal a dark, bruised brown — the exact color of the El tracks, the color of wet iron, the color of a city that works for a living. The statue didn’t try to be pretty. It didn’t lie to you.
That’s why Chicago came to love it. Not because anybody read a book on Cubism or Picasso, but because that statue had guts. It stood there in the snow and took whatever the city and nature and people threw at it.
Pretty soon, kids were using the rusted steel base as a slide. Dating couples rendezvoused and kissed at its base. Office workers sat on the granite ledge eating cold hot dogs and pierogis under its shadow.
Picasso’s monster had become family.

