Ideę występu opartego na pomyśle „Pojedynku na piosenki” najlepiej odzwierciedlił już pierwszy utwór wieczoru. Korek i Jacek wykonali przebój Wonderful life, ale są to… dwa zupełnie inne utwory, które łączy jedynie tytuł. Jacek Grams — dla którego występ w AGK był debiutem estradowym — wykonał utwór Nicka Cave’a & The Bad Seeds z 2003 roku. Tutaj miłość i życie są jednocześnie „imperfect i sacred”: pełne bólu, ale też wypełnione niezwykłym, duchowym bogactwem. Utwór nie proponuje prostej, optymistycznej filozofii, ale raczej realizm, który pozwala na smutek i melancholię, nie tracąc jednocześnie nadziei. Jacek w tym utworze — podobnie jak i w Personal Jesus Depeche Mode i we własnych kompozycjach Nafaflony, Czarny bieszczadzki anioł, Szukam pukam i innych — jest niespokojny, niecierpliwy i nierzadko szczery aż do bólu. To szukająca miejsca dusza, która swoją postawą, mimiką i gestami tworzy dodatkowe narracje. Jego głos nie „zapraszał”, ale nakazywał; był manifestem, który widza kontrolował tak, aby ten nie miał czasu na własne poszukiwania, na własne interpretacje, a skupiał się na tym, co artysta ma do przekazania.
Konrad Korek Stankiewicz przy akompaniamencie gitary zaśpiewał jeden z największych hitów lat 80 czyli “Wonderful Life”, którego autorem jest brytyjski piosenkarz Black. Utwór ten to uniwersalny symbol optymizmu a nie głęboka analiza egzystencji. Tekst, który w swych kluczowych fragmentach powtarza “it’s a wonderful life”, nie oferuje skomplikowanej narracji; jest swoistym mantrą, która pozwala odbiorcy na chwilę oderwania się od codzienności i po prostu cieszyć się życiem.
W “Wonderful life”, podobnie jak i w m.in. „Odnajdę, odnajdę” —– Lora Szafran, Fix you- Coldplay, Chmury — Paweł Domagała, Message in a bottle —Sting, Korek Stankiewicz zbudował swoją opowieść na kontrolowanych emocjach. Śpiewał niemal bez ruchu, nie potrzebował gestów, by wzbudzić uwagę – wystarczyła cisza i oczekiwanie które budowało napięcie. Swoją interpretacją zapraszał widza do podążania nie tylko za jego emocjami, ale także do szukania własnych. Konrad nie narzucał, nie chciał dominować– on wprowadzał atmosferę , w której emocje mogą się pojawić, ale nie muszą być przez niego kontrolowane. W rezultacie występ obu muzyków nie był zwyczajnym porównaniem utworów ani też brzmienia, ale także konfrontacją postaw – ciszy i głosu, spokoju i ruchu, subtelności i energii, przystani i wędrówki, zaproszenia i nakazu.
Podczas koncertu artyści nawiązali z publicznością bezpośrednią, niemal intymną relację, otwarcie dzieląc się osobistymi, a chwilami bardzo prywatnymi wspomnieniami, refleksjami i emocjami. Te szczere wypowiedzi wzbogacały interpretację wykonywanych utworów, pogłębiały ich znaczenie i sprawiały, że cały występ był odbierany jako niezwykle autentyczny, poruszający oraz wyjątkowo bliski słuchaczom.
Pomyślany jako pojedynek dwóch gitarzystów koncert musiał znaleźć oczywiście swoje rozstrzygnięcie. Bezapelacyjnym zwycięzcą pojedynku była niewątpliwie publiczność, która cieszyła się blisko dwugodzinnym wieczorem dobrej muzyki i autentycznych przeżyć. I gdzie zestawienie dwóch odmiennych wrażliwości artystycznych stworzyło przestrzeń do uważnego słuchania, porównań i refleksji nad bogactwem interpretacyjnym. Nagrodą dla artystów były entuzjastyczne, owacje oraz bisy, które znacznie przedłużyły ten wyjątkowy dialog ze słuchaczami. Pozostało także poczucie, że nawet symboliczna bariera — sugerowana konwencją „pojedynku” — może zostać przełamana i przekształcona w most, który nie tylko łączy wykonawców między sobą, ale przede wszystkim z publicznością, budując wspólnotę przeżyć i doświadczeń.
Tekst i zdjęcia: Andrzej Moniuszko

