Prezydent Donald Trump na razie nie nałożył zapowiadanych 50-procentowych ceł na kolejną grupę kanadyjskich produktów. Ale też z nich nie zrezygnował. W ostatniej chwili przesunął termin ich wejścia w życie o trzy dni – z 19 na 22 sierpnia – dając negocjatorom obu państw dodatkowy czas na porozumienie.
Oficjalna proklamacja Białego Domu mówi wprost, że Kanada zadeklarowała gotowość do usunięcia części barier będących przedmiotem sporu, dlatego administracja uznała krótkie zawieszenie ceł za leżące w interesie publicznym. Wśród tych barier wymieniono samochody, nabiał i – co na tle blisko 900 mld dolarów rocznej wymiany handlowej między USA i Kanadą może wydawać się niemal zabawne – alkohol. W rzeczywistości kalifornijskie wino, bourbon z Kentucky i whisky z Tennessee stały się jednym z najbardziej drażliwych punktów największego od lat sporu handlowego między sąsiadami. Zauważył to „The Wall Street Journal”, który napisał, że niewiele elementów kanadyjskiej odpowiedzi na politykę Trumpa zirytowało amerykańskich urzędników równie mocno jak usunięcie trunków z USA ze sklepowych półek.
Trudno się dziwić. Kanadyjczycy znaleźli miejsce, w którym amerykańska wojna celna naprawdę boli. Bojkot rozpoczął się wiosną 2025 roku w odpowiedzi na pierwszą falę amerykańskich ceł. Kanadyjskie prowincje wykorzystały zasady swojego rynku alkoholowego: sprzedaż i hurtowa dystrybucja trunków są w dużym stopniu kontrolowane przez prowincjonalne instytucje. Nie trzeba więc było nakładać skomplikowanych sankcji. Wystarczyło przestać zamawiać amerykański alkohol i zdjąć go z półek.
Ontario usunęło produkty amerykańskie z sieci LCBO, Quebec zrobił podobnie poprzez SAQ. Z czasem jedynie Alberta i Saskatchewan przywróciły sprzedaż amerykańskich trunków. Jak opisywał „Wall Street Journal”, merloty z Kalifornii, bourbony z Kentucky i whisky z Tennessee praktycznie zniknęły z dużej części kanadyjskiego rynku. Cło sprawia, że butelka jest droższa. Kanadyjski zakaz sprawił, że butelki po prostu nie ma.
Rezultaty okazały się imponujące. Według danych przytoczonych przez sam Biały Dom wartość importu amerykańskich napojów alkoholowych do Kanady spadła między marcem 2025 a lutym 2026 roku o około 81 proc. – z 718 mln do 137 mln dolarów w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej. Z kolei Distilled Spirits Council of the United States informował już wcześniej, że w pierwszych miesiącach po usunięciu produktów sprzedaż amerykańskich mocnych alkoholi zmniejszyła się o ponad 66 proc., a w Ontario aż o 80 proc.
„Wall Street Journal” podaje jeszcze bardziej obrazowe przykłady: eksport amerykańskich destylatów do Kanady między marcem a grudniem 2025 roku zmniejszył się rok do roku o 70 proc., a eksport wina w całym 2025 roku spadł o 77 proc. Prezes Brown-Forman, producenta Jack Daniel’s, przyznał z kolei, że sprzedaż netto firmy w Kanadzie załamała się o 60 proc.
To już nie jest symboliczny protest. To utrata rynku. Problem amerykańskich producentów jest poważny. Kanadyjczycy nie przestali całkowicie pić wina i whisky. Zaczęli kupować produkty z innych krajów. Według danych przytoczonych przez Biały Dom import alkoholu z Chile, Japonii, Argentyny, Irlandii, Nowej Zelandii i Australii zwiększył się po wprowadzeniu ograniczeń o 13–26 proc. Import z państw innych niż USA wzrósł łącznie o ponad 170 mln dolarów, z czego ponad 100 mln przypadło na Unię Europejską.
I właśnie to powinno najbardziej niepokoić amerykańskie firmy. Rynek eksportowy łatwo stracić, a trudniej odzyskać. Restauracja, która przez rok nie może kupować bourbona z Kentucky, znajdzie zamiennik. Sieć sklepów podpisze umowę z producentem z Irlandii albo Francji. Konsument przyzwyczai się do kanadyjskiej whisky czy australijskiego wina.
Administracja próbowała odpowiedzieć w sposób typowy dla uprawianej polityki handlowej – groźbą jeszcze większych ceł. 20 lipca Trump zapowiedział dodatkowe 50-procentowe taryfy na wybrane towary kanadyjskie, powołując się na rzadko wykorzystywaną sekcję 338 ustawy celnej z 1930 roku. Jednym z oficjalnych powodów była właśnie „dyskryminacja” amerykańskiego alkoholu.
Tyle że tym razem pojawił się polityczny problem. Kanadyjczycy się nie przestraszyli. Badanie Abacus Data z początku sierpnia wykazało, że 69 proc. mieszkańców chce utrzymania ograniczeń sprzedaży amerykańskiego alkoholu, a tylko 19 proc. opowiada się za ich zniesieniem. Co więcej, 54 proc. uważa, że zakazy powinny obowiązywać aż do wycofania amerykańskich ceł, nawet jeżeli grozi to dalszym odwetem Waszyngtonu.
To zmienia negocjacyjny układ sił. Zwykle celem wyższego cła jest stworzenie po drugiej stronie grupy przedsiębiorców i konsumentów, którzy zaczną naciskać na swój rząd, aby ustąpił. W Kanadzie w przypadku alkoholu dzieje się coś przeciwnego: społeczne poparcie pozwala władzom prowincjonalnym trwać przy ograniczeniach. Premier Kolumbii Brytyjskiej David Eby stwierdził wręcz, że w obecnych warunkach nie ma szans na powrót amerykańskiego alkoholu na półki w jego prowincji.
Polityczne ciśnienie rośnie natomiast po amerykańskiej stronie granicy. Republikańska kongresmenka Claudia Tenney z Nowego Jorku przedstawiła projekt CANADA Act, który ma zmusić U.S. Trade Representative do zbadania kanadyjskich ograniczeń wobec alkoholu. Tenney reprezentuje region Finger Lakes, ważny dla amerykańskiej produkcji wina, i przedstawia spór jako obronę producentów, rolników i małych przedsiębiorstw.
Ale presja nie jest wywierana wyłącznie przez środowiska republikańskie. Demokratyczny senator z Kalifornii Adam Schiff również apelował o zniesienie bojkotu, argumentując, że uderza on boleśnie w kalifornijskich producentów win.
I tutaj uwidacznia się największy problem administracji. Polityka America First, która miała przede wszystkim chronić amerykańskich producentów, w tym konkretnym przypadku doprowadziła do tego, że amerykańskie winnice i destylarnie tracą jeden ze swoich najważniejszych zagranicznych rynków.
Kanadyjska odpowiedź uderza przy tym w produkty o wyjątkowo czytelnej geografii politycznej: bourbon kojarzy się z Kentucky, whisky z Tennessee, wino z Kalifornią, Oregonem i Nowym Jorkiem. Straty nie rozpływają się anonimowo w statystykach handlowych. Mają adres, pracowników i swojego kongresmena.
Kanadyjski bojkot jest również kłopotliwy z innego powodu. Ottawa nie kontroluje dystrybucji alkoholu. To prowincje zarządzają systemami, dlatego rząd federalny może jedynie przekonywać do ustępstw w ramach szerszego porozumienia z Waszyngtonem, ale nie może traktować ich decyzji jak zwykłego punktu, który sam wykreśli z umowy. „Wall Street Journal” zwraca uwagę, że Ontario może uzależniać ustępstwa od rozwiązania sporu o samochody, a Kolumbia Brytyjska, Quebec czy Nowy Brunszwik – od sytuacji przemysłu drzewnego.
Dlatego trzydniowe odroczenie wprowadzenia nowych 50-procentowych ceł warto traktować nie tyle jako kapitulację którejkolwiek ze stron, ile jako dowód, że obie znalazły się w niewygodnym miejscu. Waszyngton nadal dysponuje zdecydowanie większą siłą gospodarczą. Kanada odkryła jednak, że odpowiednio dobrana, precyzyjna retorsja może być politycznie skuteczniejsza niż próba odpowiadania cłem za każde amerykańskie cło.
Alkohol to tylko drobny fragment gigantycznej wymiany handlowej między USA i Kanadą. Ale właśnie dlatego ten przypadek jest tak pouczający. Ottawa nie musiała uderzać szeroko. Wystarczyło wybrać produkt łatwy do zastąpienia, mocno kojarzący się z Ameryką i wytwarzany w stanach, których politycy potrafią szybko dodzwonić się do Białego Domu.
W wojnach handlowych nie zawsze wygrywa ten, kto nakłada wyższe cła. Czasem skuteczniejszy okazuje się ten, kto potrafi sprawić, by przeciwnik sam zaczął liczyć straty. Kanadyjczycy nie zamknęli Ameryce rynku. Po prostu zabrali butelki z półek, co w Waszyngtonie odebrano prawie jak huk tłuczonego szkła.


