Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama POLONEZ
czwartek, 27 sierpnia 2026 17:31
Reklama KD Market

Meta: nie nasza wina, ale zmieniamy

Meta: nie nasza wina, ale zmieniamy

Autor: Adobe Stock

Meta zgodziła się właśnie, że amerykański nastolatek powinien móc spędzać na Facebooku i Instagramie najwyżej dwie godziny dziennie. W nocy aplikacje mają się zamykać, w czasie lekcji milczeć, a licznik polubień zniknąć z ekranu. Brzmi trochę tak, jakby producent słodyczy sam zaproponował zamek w szafce z czekoladą.

Tyle że w zawartej właśnie ugodzie sądowej Meta do niczego tak naprawdę się nie przyznała. W porozumieniu zawartym z dziesiątkami amerykańskich stanów, wartym około 17 mld dolarów i wymagającym jeszcze zatwierdzenia przez sąd, technologiczny gigant nadal zaprzecza, by dopuścił się działania niezgodnego z prawem. Stany zarzucały Meta coś przeciwnego: świadome projektowanie Facebooka i Instagrama tak, aby sprzyjały nadmiernemu i kompulsywnemu korzystaniu przez dzieci, ukrywanie skali zagrożeń oraz nielegalne zbieranie danych najmłodszych użytkowników.

Prawnie nie jest to więc przyznanie się do uzależniania dzieci. Praktycznie trudno jednak nie zauważyć znaczenia ustępstw. Użytkownik przed osiemnastką ma otrzymać łączny limit dwóch godzin Facebooka i Instagrama, przerwy po kolejnych okresach korzystania, blokadę między północą a szóstą rano oraz wyciszone powiadomienia podczas lekcji. Zniknąć mają widoczne liczniki polubień i filtry imitujące operacje plastyczne, pojawi się możliwość wyboru niepersonalizowanego strumienia treści, mocniejsza kontrola rodzicielska i dokładniejsze ustalanie wieku. Wykonanie porozumienia ma kontrolować niezależny audytor.

To nie jest drobna korekta regulaminu. Ugoda uderza dokładnie w te elementy konstrukcji serwisów, które od lat krytycy nazywają „architekturą zaangażowania”: automatyczne podawanie kolejnych treści, powiadomienia, publiczną rywalizację o reakcje, personalizację i zacieranie naturalnego momentu, w którym należałoby powiedzieć sobie: wystarczy. Problem w tym, że to na co się zgodzono nie wystarczy.

Nauka jest w tej sprawie bardziej ostrożna niż politycy. Amerykańska National Academies w obszernym raporcie z 2024 r. uznała, że nie ma podstaw, aby stwierdzić, że media społecznościowe na poziomie całej populacji powodują pogorszenie zdrowia psychicznego młodzieży. Zależności są skomplikowane i dwukierunkowe: osoba samotna lub cierpiąca na depresję może częściej uciekać w samotność, a intensywne korzystanie z telefonu może pogłębiać jej problemy.

Metaanaliza 182 badań obejmujących ponad 1,1 mln młodych ludzi wykazała niewielkie, ale istotne związki używania mediów społecznościowych z depresją i lękiem, a problematycznego korzystania także z zaburzeniami snu i dobrostanem. Inna analiza, obejmująca ponad 680 tys. osób, przyniosła jeszcze ciekawszy wniosek: choć duża ilość czasu nie była jednoznacznie związana z gorszym samopoczuciem, lecz sposób korzystania z mediów społecznościowych już tak.

To ważne rozróżnienie. Kłopotem nie jest wyłącznie ekran, lecz to, co ekran robi z naszą uwagą. Niekończące się przewijanie, porównywanie własnego życia z wyselekcjonowanym życiem innych, FOMO (dla laików: Fear of Missing Out — czyli lęk przed tym, że coś nas omija), cyberprzemoc, pogoń za reakcjami, treści dotyczące samookaleczeń czy zaburzeń odżywiania, a także kradzież czasu kosztem snu, ruchu i kontaktów bezpośrednich. Szczególnie podatne na te zjawiska są dzieci, ale osiemnaste urodziny nie uodparniają na działanie tych mechanizmów. Badania dorosłych również wiążą korzystanie z mediów społecznościowych z niższym dobrostanem, lękiem i samotnością.

I tutaj pojawia się największa słabość ugody. Nastolatek odcięty po dwóch godzinach od Instagrama może po prostu otworzyć TikToka, YouTube’a albo Snapchata. Sama Meta mówi o tym wprost i uzależnia część swoich zobowiązań finansowych oraz możliwość zaostrzenia limitu do jednej godziny od przyjęcia podobnych zasad przez konkurentów.

Ugoda nie rozwiązuje również problemu dorosłych. Nie uderza w mechanizmy  „gospodarki uwagi”, w której mrocznym przedmiotem pożądania staje czas użytkownika. Nie zakazuje algorytmicznego strumienia treści – w rękach nastolatka pozostaje nadal możliwość jego wyłączenia. Wiadomości prywatne pozostaną wyłączone z limitów nocnych i czasowych. Przede wszystkim zaś ugoda nie zmienia podstawowego paradoksu: firma ma jednocześnie chronić użytkownika przed nadmiernym korzystaniem z produktu i zarabiać tym więcej, im chętniej użytkownik do tego produktu wraca.

I nie jest to wyłącznie problem Facebooka. Badania krótkich form wideo — Reelsów, TikToka i YouTube Shorts — pokazują znacznie silniejszy związek negatywnych efektów z patologicznym korzystaniem niż ze zwykłym oglądaniem. Innymi słowy, logo aplikacji jest mniej ważne niż mechanizm, który każe przesunąć palcem „jeszcze tylko raz”.

Co na to rządy, których powinnością jest ochrona obywateli niezależnie od ich wieku? Najdalej poszła Australia. Od 10 grudnia 2025 r. Facebook, Instagram, TikTok, Snapchat, X, YouTube i kilka innych serwisów mają obowiązek uniemożliwiać posiadanie kont osobom poniżej 16 lat. W pierwszych tygodniach ograniczono dostęp do około 4,7 mln kont, ale regulator już w marcu wskazywał poważne problemy z weryfikacją wieku na największych platformach.

Francja od kilku lat próbuje ustanowić „cyfrową pełnoletność” na poziomie 15 lat. W 2026 r. parlament poszedł jeszcze dalej, lecz w sierpniu Rada Konstytucyjna zablokowała zakaz dla osób poniżej 15 lat, wskazując m.in. na wolność wypowiedzi, prywatność i niedostateczne gwarancje przy weryfikacji wieku.

Polska na razie jest ostrożniejsza. Rząd dyskutował o ograniczeniu obecności dzieci poniżej 15 lat w mediach społecznościowych, ale nie przyjął australijskiego zakazu. Poszedł w stronę weryfikacji wieku przy dostępie do pornografii, wdrażania unijnego DSA oraz ograniczenia telefonów w szkołach podstawowych. NIK zwraca tymczasem uwagę, że z mediów społecznościowych korzysta około 60 proc. polskich dzieci przed piętnastymi urodzinami.

Ameryka eksperymentuje stan po stanie. W 2026 r. co najmniej 40 stanów pracowało nad ponad 300 projektami dotyczącymi dzieci i mediów społecznościowych. Nowy Jork ogranicza algorytmiczne „uzależniające” strumienie i nocne powiadomienia dla niepełnoletnich bez zgody rodzica. Kalifornia przyjęła podobne regulacje dotyczące uzależniających funkcji. Floryda próbuje wykluczyć z mediów społecznościowych dzieci poniżej 14 lat, a dla młodszych niż 16 lat wymagać zgody rodziców. Wirginia chciała ograniczyć dostęp dla osób poniżej 16 lat do godziny dziennie na każdej platformie, lecz sąd federalny wstrzymał przepisy, uznając, że mogą naruszać Pierwszą Poprawkę. 

Czy to wszystko nie jest przypadkiem przysłowiowym zawracaniem Wisły kijem? Trochę tak. Nie da się wychować pokolenia bez mediów społecznościowych w świecie, w którym szkoła, polityka, kultura, handel, przyjaźnie i flirt przeniosły się na ekrany smartfonów. Zakaz korzystania z jednego serwisu może przesunąć użytkowników do drugiego, a weryfikację wieku da się ominąć. Pierwsze doświadczenia Australii już pokazują, jak trudne technicznie są próby egzekwowania takich ograniczeń.

Z tego jednak nie wynika, że regulacje są bezsensowne. Samochodów nie zakazaliśmy dlatego, że powodują wypadki. Wprowadziliśmy pasy bezpieczeństwa, ograniczenia prędkości i normy konstrukcyjne. Podobnie może być z mediami społecznościowymi. Najbardziej obiecujące są nie tyle zakazy dostępu, ile zmiana ich architektury: domyślne limity, cisza nocna, kontrola powiadomień, realna odpowiedzialność za weryfikację wieku użytkownika i przede wszystkim odejście od zasady, że sukces produktu mierzy się liczbą minut wyrwanych użytkownikowi z życia.

Wszystko wskazuje na to, że media społecznościowe zapewne na zawsze. przyzwyczaiły nas, iż każda wolna minuta musi zostać wypełniona, każda opinia oceniona, każde zdjęcie policzalne w polubieniach, a nuda jest usterką wymagającą natychmiastowego usunięcia. Nie znaczy to jednak, że musimy dopasowywać się w schemat, jakimi chciał nas widzieć algorytm.

Wisły kijem nie zawrócimy. Możemy jednak zdecydować, gdzie postawimy wzdłuż niej wały. I czy następne pokolenie również pozwoli, aby jej nurt płynął dokładnie tam, gdzie to najbardziej opłaca się nam, a nie wielkim spółkom technologicznym. 

Tomasz Deptuła

Dziennikarz, publicysta, ekspert ds. komunikacji społecznej. Przez ponad 25 lat korespondent polskich mediów w Nowym Jorku i redaktor “Nowego Dziennika”.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama