W latach mojego pobytu w Stanach Zjednoczonych miałem okazję spotykać, a nawet blisko współpracować z osobami pochodzącymi ze wschodniej części Polski. Dla mnie, Górnoślązaka z pochodzenia i zakonnika, żyjącego w różnych miejscach, poznawanie ludzi, wraz z ich kulturą i tradycjami regionalnymi, było i jest niezwykle pasjonujące. Wschodnią Polskę znałem chyba najmniej, ale dzięki poznanym ludziom, mogłem zasmakować w duchowym bogactwie, które w sobie niosą i reprezentują.
Od tygodnia jestem na Lubelszczyźnie. To dla mnie prawdziwa przygoda. Piękne tereny, pachnące życiem lasy, hektary pól i sadów owocowych, pasieki z miodem, rzeki, a zwłaszcza najbliższa memu sercu Wisła, nad którą się też urodziłem. A poza tym piękne kościoły, stare, tchnące długą historią i duchem religijności tutejszej ludności. I co najważniejsze – to ludzie, których tutaj spotykam: serdeczni, radośni, bardzo zwyczajni i myślący. Jeśli miałbym znaleźć adekwatne słowo do określenia tego, jak się czuję, to przychodzi mi na myśl jedno: tutaj jest zdrowo! Nie mogę zrozumieć, że do tej pory słuchałem często określenia, że to „Polska B”, czyli idąc za definicją z Wielkiego Słownika Języka Polskiego „potoczne i umowne określenie wschodniej oraz północno-wschodniej części Polski, którą tradycyjnie uznaje się za słabiej rozwiniętą gospodarczo niż zachodnią część kraju”. Słyszałem niejednokrotnie jeszcze gorsze stwierdzenie, że to nawet „Polska C”, oznaczająca „najbiedniejszą i najsłabiej rozwiniętą pod względem ekonomicznym i gospodarczym część kraju”. Szczerze, to nie zgadzam się z tymi stwierdzeniami, a nawet uważam je za obraźliwe. Bo choć nie jest tu być może tak bogato, jak w bardziej centralnych i południowych rejonach, jednak odkrywam tu bogactwo zupełnie innej kategorii.
Mój pobyt tutaj wiąże się z duchowymi sprawami. Trzy dni spędziłem w domu rekolekcyjnym Ogniska Miłości w Łopocznie, będącym częścią międzynarodowej wspólnoty Kościoła Katolickiego, powstałej we Francji w 1936 roku, po spotkaniu świeckiej kobiety, mistyczki, Sługi Bożej Marty Robin i księdza Jerzego Fineta. Są to wspólnoty świeckich mężczyzn i kobiet, mieszkających pod jednym dachem z księdzem, nazywanym ojcem Ogniska. Członkowie wspólnot, idąc za przykładem pierwszych chrześcijan, dzielą się swoimi dobrami materialnymi, intelektualnymi i duchowymi. Ogniska są między innymi miejscami, w których przyjeżdżający tu ludzie mogą odprawić swoje rekolekcje, znaleźć ciszę i wspólnotę na wzór tych pierwszych, znanych z Dziejów Apostolskich. Ks. Finet mówił, że Marta Robin „powiedziała mi, że Kościół całkowicie się odnowi poprzez apostolat świeckich. Wiele mi o tym mówiła. Powiedziała nawet: «Świeccy będą mieli bardzo ważną rolę do odegrania w Kościele…». Zapewniała, że laikat będzie się kształtować na wiele sposobów, między innymi dzięki Ogniskom światła, dobroci i miłości. Nie wiedziałem jednak, co chciała przez to wyrazić”. Tak sobie myślę, jakie to dzisiaj aktualne i potrzebne. Jedno z dwóch istniejących w Polsce Ognisk powstało właśnie na Lubelszczyźnie, nad samym brzegiem Wisły. Drugie znajduje się niedaleko Łodzi.
Te trzy dni były dla mnie niezwykle bogate. Zdecydowana większość osób, które tu spotkałem, także rekolektantów, to rodowici ludzie z Lubelszczyzny i Zamojszczyzny oraz Podkarpacia. Nikt tu nie wstydzi się swojej katolickości i zdrowej pobożności oraz swojego miejsca w świecie. Podobne odczucia towarzyszyły mi w czasie krótkiej wizyty w wielkowiekowym sanktuarium Maryjnym w Wąwolnicy. Tutaj także spotkałem mnóstwo pielgrzymów, dla których sobotnia wizyta w świętym miejscu na koniec wakacji letnich, była czymś zwyczajnym i potrzebnym dla ducha. Tak sobie pomyślałem, czego mi więcej potrzeba, żeby być szczęśliwym? Ta zwyczajność nie tylko uszczęśliwia mnie, ale i uskrzydla!
Wiele uczę się wciąż od spotykanych ludzi. Podkreślam jeszcze raz: zwyczajnych i prostych. Bez politykierstwa, kłamstw i obłudy. Ludzi żyjących wartościami chrześcijańskimi i nie wstydzących się tego. Choć to oczywiście tylko jakaś część społeczeństwa, a w wielu miejscach coraz częściej garstka, to jednak jest ona prawdziwą „solą dla ziemi” i „światłem dla świata”, który tego nawet nieświadomie bardzo potrzebuje, by jakoś normalnie żyć. Cieszy mnie, kiedy spotykam ludzi świadomych swojej potrzeby ludzkiej, duchowej, intelektualnej i kulturalnej formacji. Ludzi, którzy szukają miejsc i propozycji, które pomogą im o tę formację dbać. Wracając do swoich środowisk, na pewno mają jakiś wpływ na innych. Wierzę w to.
Nie należy iść w dół, trzeba raczej wciąż wymagać od siebie i piąć się w górę, stawiając sobie i innym wymagania. Nie można się też poddawać. Życie może być naprawdę piękne, nawet jeśli jest skromne. Na jednej z kapliczek przydrożnych przeczytałem słowa wygrawerowane ręcznie: „Na cześć i chwałę Boga i Maryi Panny! Tę figurę wystawili Jadwiga i Wawrzyniec Rejowski. Dnia 27 maja 1908 r.”. Tak sobie ze wzruszeniem pomyślałem: jak dobrze, że przetrwała, prawie 120 lat, w tym II wojnę światową i czasy komunizmu. Jak dobrze, że tych kapliczek, krzyży i kościołów jest jeszcze sporo. Mam nadzieję, że nowe pokolenia nie wyburzą ich, gdyż będą im przeszkadzały w realizacji nowoczesnych pomysłów. Takie miejsca są prawdziwymi świadkami życia, wiary i historii ludzi, Polaków.
Od niedzieli jestem w Dysie, niedaleko Lublina, w klasztorze karmelitanek bosych, głoszę rekolekcje. Za oknem zapach polskich pól i nadchodzącej jesieni. Biorę głębokie oddechy i dziękuję za to, że mogę żyć i być!


