Kot w Kapeluszu miał bawić dzieci. Bohater książki Dr. Seussa jest anarchiczny, hałaśliwy i nieznośny, ale trudno uznać go za postać z horroru. Internet poradził sobie jednak i z tym.
Pod koniec sierpnia media społecznościowe zapełniły się obrazami i filmami przedstawiającymi złowrogą, niemal horrorową wersję Kota w Kapeluszu — bohatera książki The Cat in the Hat Dr. Seussa. Na spreparowanych nagraniach postać pojawiała się nocą przed domami, zaglądała w okna, krążyła w pobliżu szkół albo była rzekomo rejestrowana przez kamery monitoringu.
Część materiałów powstała przy użyciu sztucznej inteligencji, inne zostały cyfrowo przerobione. Z czasem do obrazów zaczęto dodawać nazwy konkretnych miejscowości i szkół, a nawet imiona lub nazwiska uczniów, którym towarzyszyły złowieszcze komunikaty w rodzaju „nadchodzę”.
Jeszcze kilka dni wcześniej podobne materiały krążyły przede wszystkim w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Policja dementowała rzekome „obserwacje” postaci i tłumaczyła, że filmy są sfabrykowane, nie ma natomiast wystarczających podstaw, aby wskazać na jednego autora albo miejsce narodzin całego zjawiska. Można jedynie powiedzieć, że w drugiej połowie sierpnia trend w tempie spadającej lawiny nabrał rozpędu na TikToku, Facebooku i X, po czym równie szybko dotarł do Stanów Zjednoczonych.
Tam wątpliwej jakości żart trafił na szczególnie podatny grunt. W kraju, który od dziesięcioleci żyje z traumą szkolnych strzelanin, komunikatów „nadchodzę do waszej szkoły” nie można zbyć zjawiska prostym wzruszeniem ramion. Dyrektor szkoły nie może uznać, że to tylko głupi mem, a policjant nie może spokojnie czekać, aż autor dopisze pod nim emotikon. Każde takie ostrzeżenie trzeba sprawdzać.
Pod koniec sierpnia podobne pojawianie się kota w cyberprzestrzeni badano między innymi w Kentucky, Kolorado, Arkansas i Teksasie. W Arkansas spreparowane filmy umieszczały Kota przed konkretnymi szkołami w Carlisle i Pocahontas. W Kentucky pojawiały się konta na mediach społecznościowych grożące uczniom i wykorzystujące jego wizerunek, a policja w Fleming County informowała również o listach zawierających nazwy szkół i nazwiska młodych ludzi. W Teksasie kolejne okręgi szkolne wzmacniały ochronę i współpracowały z policją po pojawieniu się materiałów odnoszących się bezpośrednio do lokalnych placówek.
Najbardziej wymowny przypadek wydarzył się w Grand Junction w Kolorado. Po informacji o wpisie sugerującym, że tajemnicza postać może pojawić się przy West Middle School oraz pod przypadkowymi domami, policja zwiększyła obecność funkcjonariuszy przy dwóch szkołach. Dochodzenie wykazało, że realnego zagrożenia nie było. Nie oznaczało to jednak końca sprawy. 31 sierpnia policja zatrzymała 14-letniego ucznia Grand Junction High School i postawiła mu zarzuty zakłócania pracy pracowników i uczniów placówki edukacyjnej oraz nękania. Nastolatek został następnie przekazany rodzicom.
W Allen County w Kentucky zidentyfikowano z kolei nieletniego powiązanego z kontem uczestniczącym w rozpowszechnianiu gróźb wobec uczniów. Rodzice współpracują ze śledczymi, a prowadzący sprawę zespół potwierdził, że zarzuty zostaną postawione.
I właśnie tutaj internetowy dowcip przekłada się na realny cennik. Dodatkowe patrole kosztują. Śledztwa wymagają czasu. Szkolna ochrona musi zmieniać procedury. Rodzice dzwonią do szkół, uczniowie zostają w domach, nauczyciele zamiast prowadzić zajęcia uspokajają klasy. W Bourbon County w Kentucky po poście przedstawiającym złowrogą postać z oznaczeniem miejscowej szkoły i komunikatem „I’m coming” zwiększono obecność policji, a wielu uczniów nie przyszło tego dnia na lekcje. Ostatecznie zagrożenie uznano za niewiarygodne. Strach był jednak zupełnie prawdziwy.
Prawnie sprawa jest bardziej skomplikowana, niż sugerują policyjne ostrzeżenia w rodzaju „to nie jest żart”. W Stanach Zjednoczonych również idiotyczna, szokująca czy niesmaczna wypowiedź może korzystać z ochrony Pierwszej Poprawki. Nie każda ponura grafika z Kotem i nie każdy tekst „nadchodzę” automatycznie narusza obowiązujące prawo. Liczą się treść, kontekst, adresat oraz intencje autora, a konkretne przepisy i wykładnie różnią się w zależności od stanu.
W przypadku przestępstw opartych na rzucaniu gróźb ważne są standardy wyznaczone przez Sąd Najwyższy. W sprawie Counterman v. Colorado z 2023 r. sąd uznał, że tzw. true threats, czyli poważne komunikaty wyrażające groźbę bezprawnej przemocy, mogą pozostawać poza ochroną Pierwszej Poprawki. Jednocześnie samo przestraszenie odbiorcy nie wystarcza. Konstytucja wymaga wykazania po stronie autora co najmniej lekkomyślności — świadomego ignorowania istotnego ryzyka, że jego słowa zostaną odebrane jako groźba.
Do tego dochodzą przepisy stanowe dotyczące nękania, zakłócania działania szkół czy fałszywych alarmów. Kentucky ma na przykład wyjątkowo precyzyjną regulację dotyczącą szkół. Za terroristic threatening in the second degree może odpowiadać osoba, która celowo rozpowszechnia fałszywą informację o grożącej śmierci lub ciężkim uszkodzeniu ciała po to, aby spowodować ewakuację, odwołanie zajęć albo wywołać strach wśród uczniów, rodziców lub personelu. W podstawowej postaci jest to jednocześnie przestępstwo klasy D. Ustawa zawiera przy tym istotne zastrzeżenie: nie karze osoby, która w dobrej wierze przekazuje cudzą groźbę policji lub szkole, sądząc, że może być prawdziwa.
To rozróżnienie jest szczególnie ważne, bo cały mechanizm „Cat in the Hat” opiera się na udostępnianiu informacji. Ktoś tworzy fałszywy obraz. Ktoś inny przesyła go kolegom. Rodzic wrzuca go na lokalną grupę, żeby „wszyscy wiedzieli”. Kolejnych kilkaset osób robi dokładnie to samo. Po kilku godzinach informacja, która nie miała żadnego odpowiednika w rzeczywistości, staje się lokalnym wydarzeniem.
Dlatego policja prosi o rzecz pozornie sprzeczną z naszymi internetowymi odruchami: groźby zgłaszać, ale ich nie rozpowszechniać. Jeśli materiał dotyczy konkretnej szkoły lub osoby, warto zachować zrzut ekranu i przekazać go dyrekcji albo funkcjonariuszom. Kolejne udostępnienie rzadko pomaga w ustaleniu prawdy, za to znakomicie wpisuje się w algorytmy.
I tu kryje się właściwy problem. Media społecznościowe od dawna walczą o naszą uwagę, a sztuczna inteligencja dostarczyła tej walce nowego paliwa. Produkcja przekonujących fałszywych treści stała się niemal bezkosztowa. Nie potrzeba człowieka przebranego za Kota, nocnej wyprawy pod szkołę ani nawet znajomości Photoshopa. Wystarczy generator obrazu, fotografia budynku i nazwa miejscowości. To, co dawniej wymagało pomysłu, czasu i odrobiny talentu, dzisiaj można stworzyć w kilka minut.
Sam pomysł nie jest nowy. W 2016 r. świat przeżywał epidemię doniesień o „creepy clowns” — złowrogich klaunach pojawiających się rzekomo przy drogach, domach i szkołach. Dzisiejszy Kot jest ich cyfrowym następcą. Tyle że technologia rozwiązała problem, który kiedyś ograniczał podobne mistyfikacje: trzeba było przynajmniej znaleźć kostium, zrobić zdjęcie albo kogoś przekonać, że widział klauna. Teraz nie trzeba już nawet wychodzić z domu.
I być może właśnie to jest w historii o Kocie w Kapeluszu najbardziej niepokojące. Nie to, że kilkunastoletni użytkownicy internetu dają się przestraszyć postacią z książki dla dzieci. Nawet nie to, że inni dla zabawy produkują takie obrazy. Problem polega na tym, że powstał system, w którym fałszywy strach można wyprodukować niemal za darmo, generując setki tysięcy odsłon, a koszty ponoszą zupełnie inni ludzie.
Kot jest zmyślony. Policyjny patrol, pusta ławka w szkole, przestraszony rodzic i postępowanie przed sądem dla nieletnich — już nie. To kolejny niechciany segment „gospodarki uwagi”, o którym pisałem w tym miejscu tydzień temu.


