Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
piątek, 18 września 2026 13:04

Artysta wielu światów

Poeta, pisarz, malarz, reżyser filmowy, teatralny i operowy, scenarzysta, producent, kompozytor i artysta multimedialny – oto Lech Majewski, człowiek, którego nie da się opisać jedną profesją.
Artysta wielu światów
Lech Majewski

Autor: Lech Majewski - Artist/Facebook

Pracuje w Polsce, USA, Francji, Włoszech, Brazylii i Niemczech. Współpracował ze studiem Davida Lyncha, sfilmował historię „Basquiata”, wyreżyserował „Wojaczka”, „Młyn i krzyż”, „Dolinę Bogów”. Grał u niego Rutger Hauer, Charlotte Rampling, John Malkovich i Viggo Mortensen. Zanim jednak na dobre związał się ze sztuką, był wybitnym oszczepnikiem, a jego tors posłużył jako wzór do plakatu jego debiutanckiego filmu. 

Lech Majewski od początku wymyka się kategoriom. Zanim został reżyserem, studiował malarstwo w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Po pierwszym roku poszedł na reżyserię do łódzkiej Szkoły Filmowej. Jego debiutancki film dokumentalny „Grand Hotel” z 1975 roku przyniósł mu Grand Prix na Międzynarodowym Festiwalu Szkół Filmowych. Od tego momentu artysta idzie konsekwentnie swoją drogą, która nie dla wszystkich odbiorców jest łatwa i przystępna, ale jego samego rozwija i wzbogaca. 

 

Wenecjanin z Katowic

Majewski dorastał w zwykłej, śląskiej rodzinie, w której ojciec zajmował się handlem międzynarodowym a matka – domem. Urodził się 30 sierpnia 1953 roku w Katowicach i aż do pójścia na studia mieszkał w tym mieście przy alei Korfantego. 

Dorastanie w mieście naznaczonym przemysłem, kopalnianym krajobrazem i rytmem pracy nie było dla młodego Lecha wyłącznie przygnębiające. Katowice lat 50. i 60. miały w jego oczach własną dramaturgię: kominy przypominały zamkowe wieże, szyby kopalniane – bramy do innego świata, a podwórka – sceny teatralne. Koledzy zapamiętali go jako chłopaka obdarzonego bujną wyobraźnią, skłonnego do odpowiadania niezwykłych historii i budowania wokół siebie atmosfery tajemnicy. 

Nie byłoby jednak Lecha Majewskiego artysty bez jego… włoskich wojaży. Wuj reżysera był wykładowcą w konserwatorium w Wenecji i tam mały Leszek spędzał każde letnie wakacje. W Polsce panował wtedy głęboki komunizm, było szaro, nieciekawie, podczas gdy w Wenecji każde miejsce tętniło życiem i historią. Obcowanie z tamtejszą sztuką, architekturą i malarstwem otworzyło mu oczy na piękno. „Przyszedłem na świat w Katowicach, to jest moje miasto rodzinne, natomiast duchowo narodziłem się w Wenecji” – mówił reżyser w wywiadzie dla Polskiego Radia. 

 

Oszczepem do filmu

Jeszcze w liceum Majewski trenował rzut oszczepem w klubie Start Katowice. Jego trenerem był Zygmunt Duś – ten sam, który… montował filmy Kazimierza Kutza. I o ile w sporcie Lech był naprawdę dobry, to w szkole – niekoniecznie. W połowie liceum relegowano go z prestiżowego V Liceum Ogólnokształcącego im. Władysława Broniewskiego w Katowicach za pięć dwój – z rosyjskiego, matematyki, fizyki, chemii i zachowania. Przyszły reżyser trafił do oddalonego od centrum liceum na Ochojcu, zwanego „Oksfordem”, w którym byli – jak mówi sam Majewski – „uczniowie specjalnej troski”. Plusem było to, że w „Oksfordzie” byli mądrzy nauczyciele i wychowawcy. Potrafili dotrzeć to tzw. trudnej młodzieży i to dzięki nim Lech ukończył szkołę średnią i zdał maturę.

Wtedy musiał powziąć decyzję, co dalej: sport czy sztuka. Jak mówi, wybór nie był trudny, ale sport przydał mu się później w życiu artystycznym. „Albert Camus powiedział, że granie w piłkę nożną nauczyło go moralności, a mnie oszczep nauczył odpowiedzialności i brania wszystkiego w swoje ręce. Gdyby nie sport, prawdopodobnie wyłożyłbym się w życiu na dobre” – zdradził przed laty w rozmowie dla magazynu „Playboy”. 

I tak w 1972 roku Majewski rozpoczął studia malarskie na ASP, a rok później został studentem reżyserii w łódzkiej Filmówce. Na samym początku kariery udało mu się jeszcze połączyć oszczep z filmem. Na plakacie do „Rycerza”, jego debiutanckiej fabuły, widać tors oszczepnika namalowany przez Franciszka Starowieyskiego. Tak naprawdę był to tors reżysera. 

 

Odrzucony przez środowisko

„Rycerz” został przedstawiony Komisji Reżyserskiej, która miała Majewskiemu nadać uprawnienia zawodowe. Jednak gremium odrzuciło ten film. Interweniowała sama Agnieszka Holland. Majewski tak wspomina ten moment: „Na poranny seans Festiwalu Filmów Polskich, wówczas jeszcze w Gdańsku, przyszła Agnieszka i »Rycerz« się jej spodobał. Nakrzyczała potem na całe to szacowne gremium, a właściwie rozstawiła wszystkich po kątach. Byłem wtedy pod drzwiami i wszystko słyszałem. Do dziś jestem jej wdzięczny”. 

Majewski wtedy uznał, że ciasny umysł polskiego środowiska filmowego nie wróży mu kariery w Polsce, więc wyjechał na Zachód. To był 1980 rok. Najpierw trafił do Londynu, gdzie w 1982 roku w odbyła się premiera wyreżyserowanego przez niego spektaklu „Odyseja”, na podstawie eposu Homera. Przedstawienie zostało wyprodukowane przy wsparciu finansowym Samuela Becketta i Johna Cleese’a a miejscem wystawienia była barka płynąca po Tamizie. Inscenizacja uzyskała pozytywną recenzję w dzienniku „The Times”. 

Rok później Majewski wyjechał do USA. Tam, na podstawie swojej pierwszej powieści „Kasztanaja”, wyreżyserował film „Flight of the Spruce Goose”, w którym wystąpili m.in. Karen Black i George Romero. Rok później wyjechał do Rio de Janeiro, by wspólnie z Ronaldem Biggsem, jednym ze sprawców słynnego „napadu stulecia” z 1963 roku, napisać scenariusz do filmu „Prisoner of Rio”. Film dystrybuowany był przez Columbia Pictures-TriStar. 

 

Po swojemu

Majewski nie chciał jednak odda

się machinie wielkich studiów. „Postawiłem krechę na ewidentnej, ale jednak niewolniczej, karierze. Hollywood, poza drobnymi wyjątkami, pożera wszystko i wszystkich (…). W Hollywood można zostać dobrze opłacanym wyrobnikiem, nikim więcej. A ja zawsze wolałem iść swoją drogą” – wyznał. Związał się z wytwórnią Propaganda Films Davida Lyncha, gdzie m.in. w 1995 roku był współautorem scenariusza i producentem „Basquiata”, biografii Jeana-Michaela Basquiata, nowojorskiego artysty nazywanego „czarnym van Goghiem”. W obsadzie pojawiły się tak znakomite nazwiska jak David Bowie, Gary Oldman czy Willem Dafoe. 

Twórczość filmowa Polaka została uhonorowana wieloma nagrodami, m.in. za reżyserię filmu „Wojaczek” na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni oraz nominacją do Polskiej Nagrody Filmowej „Orzeł” za „Wojaczka” i „Angelusa”. Za teatralną inscenizację „Czarnego jeźdźca” w Helbronn w Niemczech otrzymał nagrodę „Kilianpreis” za najlepszą reżyserię w sezonie 1994/95, a za „Pokój saren” wystawiony w Operze Śląskiej – Złotą Maskę, najcenniejsze wyróżnienie teatralne. Obecnie Majewski pracuje nad kolejną fabułą, „Legenda świętego Franciszka”, planowanego z okazji 800. rocznicy śmierci świętego.

 

Artysta bez granic

Lech Majewski nie należy do twórców, którzy budują swoją popularność na publicznym eksponowaniu rodziny. W wywiadach woli opowiadać o swoich filmach, malarstwie, literaturze czy podróżach. Ale też granica między jego życiem artystycznym a rodzinnym jest cienka. Jego żoną jest bowiem Dorota Lis-Majewska, aktorka i kostiumografka. Jej nazwisko pojawia się przy kolejnych etapach twórczości reżysera. Lis-Majewska wystąpiła m.in. w „Szklanych ustach”, „Młynie i krzyżu” oraz „Onirice”. Przy kilku filmach Majewskiego pracowała jako casting director lub zajmowała się kostiumami. 

Majewski jest artystą międzynarodowym również geograficznie. Jego retrospektywy można oglądać od Nowej Zelandii po Islandię; od Indii po RPA. Były lata, że prawie nie wysiadał z samolotu. Reżyser tak wspomina tamten czas: „Kiedyś poleciałem na trzy dni do Sydney – plus 11 godzin w stosunku do naszego czasu. Stamtąd do Sewilli, by jeszcze tego samego dnia wsiąść w samolot do San Francisco – minus 9 godzin – gdzie w tamtejszym muzeum sztuki współczesnej otwierano moją wystawę i miałem powiedzieć parę słów. Doleciałem. Powiedziałem. Dotarłem do hotelu i urwał mi się film. Obudziłem się bez poczucia czasu i własnego ciała. Okazało się, że nie udało mi się wczołgać do łóżka. Zasnąłem, klęcząc przed łóżkiem, usiłując zerwać misternie upchaną narzutę, z rękoma skrzyżowanymi na piersiach i twarzą na prześcieradle. W tej pozycji krew nie dotleniała dostatecznie rąk i nóg. Do tego w pokoju panowały egipskie ciemności, bo nie wsadziłem karty do slotu elektryczności. Kiedy się ocknąłem, byłem przekonany, że nie żyję. Zostałem bezcielesnym czystym duchem”. Tylko Majewski potrafi tak poetycko opowiadać o „travel burnout”.

Małgorzata Matuszewska 


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama