Prowizorycznie skleconą z desek tratwę o szerokości siedmiu metrów zajmuje 146 mężczyzn i jedna kobieta, ciasno stłoczeni na chwiejnym pokładzie. Prowiantu jest niewiele, wody pitnej jeszcze mniej. Ponieważ ta pływająca platforma jest skrajnie przeładowana, pasażerowie stoją po pas w wodzie. Gdyby chcieć wyobrazić sobie piekło na pełnym morzu, wyglądałoby właśnie tak.
Coraz wyższe fale budzą przerażenie uczepionych tratwy ludzi. Wśród nich są lekarz pokładowy Jean-Baptiste Henri Savigny i inżynier Alexandre Correard. Obaj postanawiają: jeśli przeżyją, opowiedzą światu o okrutnym losie, jaki spotkał rozbitków po katastrofie Meduzy.
Łańcuch fatalnych decyzji
W 1816 roku we Francji czasy są niespokojne. Po zawirowaniach rewolucji i panowaniu Napoleona kraj znów ma króla. Ludwik XVIII popełnia jednak błąd typowy dla wielu władców: usuwa z administracji i wojska najzdolniejszych ludzi, zastępując ich osobami, których główną zaletą jest lojalność wobec tronu.
Jednym z takich nominatów jest Hugues Duroy de Chaumareys. Nie ma odpowiedniego doświadczenia ani kompetencji, by dowodzić okrętem wojennym, mimo to otrzymuje fregatę „Meduza”. Jego zadaniem jest doprowadzenie wraz z trzema jednostkami towarzyszącymi – „Echo”, „Argus” i „Loire” – konwoju z Rochefort do zachodniej Afryki. Na pokładach płynie około 530 osób, wśród nich Julien Schmaltz, świeżo mianowany gubernator francuskiej kolonii Saint-Louis w dzisiejszym Senegalu.
Gdyby ta wyprawa była eksperymentem psychologicznym, stanowiłaby dowód na to, jak zawodowa niekompetencja jednego człowieka może wywołać katastrofalną reakcję łańcuchową. Sporą rolę odgrywa również konfliktowy charakter de Chaumareysa. Już na początku podróży zraża do siebie doświadczonych oficerów. Co gorsza, lekceważy ich ostrzeżenia i ślepo ufa radom pasażera Richeforta, który twierdzi, że zna okoliczne wody.
Gdy „Meduza: dociera do budzących grozę mielizn Banc d’Arguin u wybrzeży Mauretanii, kapitan i oficerowie spierają się o to, jak blisko brzegu można prowadzić okręt. Banc d’Arguin to rozległy obszar płytkich wód i piaszczystych ławic. Doświadczeni żeglarze nalegają na bezpieczną trasę, lecz de Chaumareys i jego samozwańczy pilot chcą szybciej dotrzeć do celu. 2 lipca 1816 roku, przy doskonałej pogodzie i świetnej widoczności, „Meduza” gwałtownie osiada na mieliźnie.
Porzuceni na tratwie
Początkowo sytuacja nie wydaje się beznadziejna. Uszkodzony został jedynie ster. Gdyby pozbyto się części ciężkiego wyposażenia, okręt prawdopodobnie udałoby się uwolnić. Na pokładzie znajduje się ponad czterdzieści dział oraz tysiące żelaznych kul, ważących łącznie kilkadziesiąt ton. Ich wyrzucenie do morza mogłoby zapewnić jednostce wystarczającą wyporność. Kapitan odmawia jednak takiego rozwiązania.
Załoga próbuje wyciągnąć kadłub z piasku za pomocą kotwic, lin i kabestanów, lecz „Meduza” pozostaje unieruchomiona. Morale spada, siły słabną.
A potem nadciąga sztorm. Rozszalałe fale rzucają fregatą raz w jedną, raz w drugą stronę. W końcu rozlega się ogłuszający trzask – kadłub nie wytrzymuje naprężeń i pęka. „Meduza” jest stracona.
Jednostki towarzyszące zniknęły z pola widzenia już kilka dni wcześniej, a szalupy mogą pomieścić tylko część pasażerów.
Podróżujący okrętem gubernator Schmaltz przejmuje inicjatywę i szkicuje projekt ogromnej tratwy. Budowana jest z masztów, rei, desek i olinowania pod kierunkiem okrętowego cieśli.
Już podczas ustalania, kto trafi do szalup, a kto na tratwę, wybucha pierwszy bunt. Niektórzy marynarze, pod wpływem alkoholu, próbują siłą odmienić swój los. Kapitan i gubernator przysięgają jednak, że nikogo nie porzucą. Plan wydaje się prosty: tratwa zostanie połączona linami z szalupami i odholowana czterdzieści mil morskich do brzegu.
Rozpoczyna się załadunek. Gdy na tratwie znajduje się pierwszych pięćdziesiąt osób, zanurzenie sięga już pół metra. Trzeba wyrzucić część zapasów. Do morza wpadają beczki z mąką i wodą pitną. Ostatecznie na pokładzie tłoczy się 146 mężczyzn i jedna kobieta. Każde z nich ma mniej niż metr kwadratowy przestrzeni, a słona woda sięga pasa.
Początkowo konwój rusza naprzód. Kilka godzin później liny nagle wiotczeją.
Do dziś nie wiadomo, co dokładnie się wydarzyło. Schmaltz utrzymywał, że liny same pękły. Wielu historyków uważa jednak, że zostały celowo przecięte. Czy był to rozkaz? Akt desperacji? Tego już prawdopodobnie nigdy nie uda się rozstrzygnąć.
Trzynaście dni piekła
Pierwsza noc przynosi prawdziwy koszmar. Morze staje się coraz bardziej wzburzone. W ciemności rozbrzmiewają krzyki, płacz, przekleństwa i modlitwy. O świcie okazuje się, że nie żyje już dwanaście osób. Wpadły między belki tratwy i zostały zmiażdżone.
Do picia pozostaje jedynie wino, które tylko pogłębia chaos. Wkrótce wybucha walka na śmierć i życie. Buntownicy ruszają przeciwko pozostałym rozbitkom.
Savigny opisuje później tę scenę:
„Na hasło: »Do broni! Wstańcie, kamraci!«, pan Correard się opamiętał. Chwycił za szablę. Mężczyźni z nożami, szablami i bagnetami nieustannie atakowali obrońców. Niektórzy mieli karabiny, którymi uderzali jak maczugami. Musieliśmy zmobilizować całą siłę broni i odpierać gniew gniewem”.
Pod koniec dnia na tratwie leży około sześćdziesięciu zabitych.
Każdy z ocalałych zajrzał wtedy w najciemniejsze zakamarki ludzkiej natury. Sam Savigny po latach, w rękopisie opublikowanym dopiero po jego śmierci, znacznie surowiej ocenił zachowanie własnej grupy niż w oficjalnych wspomnieniach:
„Wy nieszczęsne ofiary, wielu z was na próżno nas błagało, nasze barbarzyńskie uszy pozostały głuche, a wy zostaliście ofiarowani w nieludzki sposób”.
Głód staje się nie do zniesienia. W akcie desperacji rozbitkowie przekraczają ostatnią granicę i zaczynają zjadać zwłoki.
Ósmego dnia piętnastu najsilniejszych wyrzuca do morza pozostałych ocalałych, chcąc zwiększyć własne szanse przeżycia.
Skandal i tajemnica
Po trzynastu dniach męki na horyzoncie pojawiają się maszty żaglowca. Ci, którzy mają jeszcze resztki sił, machają rękami i krzyczą. To bryg „Argus”, którego załoga przypadkowo zauważyła tratwę.
Przy życiu pozostaje zaledwie piętnaście osób. Pięć z nich umiera już po wejściu na pokład statku ratunkowego.
Wśród ocalałych znajdują się Savigny i Correard. Po powrocie do Francji lekarz składa oficjalny raport w ministerstwie. Marynarka wojenna próbuje utrzymać całą sprawę w tajemnicy, jednak dokument wycieka do prasy. Katastrofa „Meduzy” przez wiele miesięcy nie schodzi z pierwszych stron gazet i przeradza się w aferę polityczną.
Kapitan de Chaumareys staje przed sądem wojskowym. Zostaje skazany na trzy lata więzienia oraz dożywotnie pozbawienie praw obywatelskich. Nigdy więcej nie może pełnić żadnego urzędu ani prowadzić działalności gospodarczej.
Jedna zagadka pozostaje jednak nierozwiązana. Według relacji na pokładzie „Meduzy” znajdowało się kilka beczek pełnych złotych monet – prawdziwa fortuna. Kolejne wyprawy do wraku nie odnajdują po nich śladu. Pojawia się nawet plotka, że de Chaumareys i Schmaltz wywieźli złoto jeszcze przed wypłynięciem, a katastrofa miała jedynie ukryć kradzież.
W 1980 roku z piasków Banc d’Arguin wydobyto pozostałości „Meduzy”: kilka armat, miedziane gwoździe i metalowe okucia. Zwyczajne przedmioty stały się niemymi świadkami jednej z najbardziej przerażających katastrof morskich XIX wieku – historii, która do dziś pozostaje symbolem ludzkiej niekompetencji, desperacji i walki o przetrwanie.
Jacek Hilgier

